Koniec Świata powie Ci dokąd warto pojechać i jak to zrobić tanio. Co więcej, powiedzą Ci o tym ludzie, którzy znają dany kraj na wylot, bo mieszkają w nim lub byli w nim wielokrotnie. Dowiesz się co zobaczyć, co zjeść, na co się szczepić, obejrzyjsz zdjęcia i posłuchasz muzyki.
Jeśli jedziesz gdzieś z plecakiem, znajdziesz tu wszystko czego szukasz.

Trzeba jeść by żyć, a nie żyć by jeść
Molier
Czym jest dla nas jedzenie? Potrzebą biologiczną? Koniecznością, tudzież przyjemnością? Dla niektórych – sztuką? Pewnie wszystkiego po trochu. Dla Chińczyków jedzenie jest WSZYSTKIM. Całym życiem, jego kwintesencją, urokiem, sensem.
Opisać komuś nieznającemu Chiny, nigdy tu niebędącemu, fenomen znaczenia konsumpcji w życiu największego narodu świata, to jak tłumaczyć daltoniście jak wyglądają kolory. Bo niby rozpoznaje on większość, kojarzy, wie o co chodzi. Pewnych barw jednak nigdy nie dostrzeże.
Tak samo tutaj: wiemy, że jedzenie jest ważne, że bez tego nie da się żyć. Nasza kultura pełna jest przykładów kulinarnych. Znamy mnóstwo porzekadeł ludowych o tym traktujących. Lubimy od czasu do czasu (a nawet częściej) dobrze zjeść. To jest normalne. A jednak, to co znamy z własnego podwórka w porównaniu do chińskiego, jest niczym blade odbicie, cień cienia.
Więc jak to opisać? Jak oddać? W jaki sposób przedstawić naród, w którym – śmiem twierdzić – mężczyźni przez większość czasu nie myślą o seksie, lecz o jedzeniu? Milion trzysta milionów Chińczyków, którzy – jak na zawołanie, grupowo, masowo – codziennie punkt o 12-tej zostawiają wszystko i lecą jeść? Ludzi, z którymi nie pogadasz przed porami posiłków (zapomnij o 11.30, czy przed 18-tą), bo będą rozkojarzeni, duchem nieobecni, niezdolni do jakichkolwiek działań? Jak opisać człowieka, dla którego najpiękniejszymi chwilami dnia (to się czuje!) są te w których je, a przez pozostałe myśli i/bądź mówi o tym co jeść będzie? Jak to zrobić?!
Spróbujmy po kolei. A więc najpierw moment jedzenia. Chińczycy mają bardzo specyficzny sposób pochłaniania swego pokarmu. Tak właśnie: pochłaniania. To nie jest zwykłe jedzenie. Oni pałaszują, chapią, wsuwają, wtranżalają. Słowem: żrą łapczywie. Z miskami/talerzami przy samym podbródku, z pałeczkami latającymi koło nosa niczym na taśmie produkcyjnej, z oczami wlepionymi jak zaklęte w JEDZENIE. Oni wcinają jakby im zaraz miał ktoś to zabrać, jakby za moment zabrakło, lub już więcej nigdy miało nie być.
Jedzący Chińczyk jest niczym zaczarowana postać z bajki. Cały świat dla niego nie istnieje – liczy się tylko on i jego talerz. Tu i teraz. Nie ma przeszłości, ni przyszłości. Cała reszta nie liczy się. Nie istnieje. Jest milczeniem. W tym kraju codziennie miliard ludzi kilkukrotnie w ciągu dnia osiąga kulinarną nirwanę. Lecz ta piękna chwila nie trwa wiecznie. Nasycony Chińczyk wraca do życia. Jest spełniony (na moment), znów może się czymś innym zająć. Pracować, uczyć się, tworzyć. I marzyć – o nowym posiłku.
Tu wchodzimy w drugi etap. Przedstawiania roli jedzenia w życiu codziennym. To nie jest tylko moment posiłku. To cała otoczka. O jedzeniu się nieustannie mówi. Opowiada, co się jadło, bądź co się dopiero będzie. Pożywienie jest niekończącym się tematem rozmów. Podobnie jak ich zagajeniem. Po chińsku „co słychać?” brzmi: „ni chi le ma?”. Czyli dosłownie „jadłeś już?” (a jak odpowiesz „nie”, to rozmówca, poruszony twą nie do pozazdroszczenia sytuacją, jest zobowiązany cię zaprosić na posiłek).
Umówić się z Chińczykiem/Chinką można tylko na jedzenie. Zapomnijcie o kawie/herbacie – spotkanie towarzyskie ma sens tylko wtedy, gdy się coś przy okazji szamie. Albo raczej odwrotnie – to spotkanie jest dodatkiem. Terzani narzekał kiedyś na międzynarodowy, kulturowo zakorzeniony, zwyczaj spotykania się przy jedzeniu. Co za głupota – pisał – by gadać, przeżuwając i mając ciągle pełne usta. Chińczycy nie mają tego problemu. Oni nie rozmawiają.
Pół biedy, gdy chodzi o życie codziennie: wtedy można sobie plan dnia ułożyć pod jedzenie. Tutaj między 12 a 13 (czasem 14) większość firm ma przerwę. Zabawnie to wygląda w centrum Pekinu, koło Jianguomen chociażby, gdy wszyscy biznesmeni w garniturach, jak jeden mąż, wychodzą z biurowców i niczym lunatycy zmierzają w stronę jadłodajni. A następnie siorbią, mlaszczą i wsuwają kolejne porcje z talerzem pod nosem. To też tłumaczy imponującą ilość garkuchni, barów i ulicznych straganów z jedzeniem, by o restauracjach wszelakich nie wspomnieć. Knajpy są niezmiennym pejzażem chińskich miast i wsi. Nigdy nie stoją puste.
To na co dzień. Gorzej, gdy Chińczyk ma gdzieś wyjechać. O, to już poważne wyzwanie! Co to będzie?! Jak Chińczycy pytają o wycieczki, to chcą głównie ustalić co – i kiedy – będzie się jadło. Moja znajoma, która wyszła za Chińczyka i ma z nim córkę opowiadała mi, jak kiedyś planowali wycieczkę. „A będzie obiad?” – spytało zaniepokojone dziecko. Pamiętam czytankę z jednych zajęć. Też było o wyprawie. Połowa konwersacji szła o tym, jak będzie zorganizowane żywienie. A głównym mottem było: nie zapomnijcie wziąć drugiego śniadania.
Zwykle program biur zaczyna się od tego, że się gdzieś jedzie – i zanim się zacznie, jest posiłek. Lub też samo zwiedzanie traktuje się jako „zło konieczne” – byle szybko, byle zaliczyć. I skupić się na tym, co najważniejsze. Na pochłanianiu. Często – gęsto główną atrakcją danego miejsca są jego smakołyki. Tak jest chociażby na Tajwanie. Jedzie się gdzieś – by zjeść. W ładnym otoczeniu – ale by się nasycić. A po powrocie opowiedzieć, co się wsunęło. Najważniejszym zaś souvenirem są lokalne przysmaki. To zresztą zrozumiałe. Dając prezent najbliższym daje się przecież to, co najlepsze. A cóż może być piękniejszego od pokarmu?
Idźmy dalej, etap trzeci: myślenie o jedzeniu. Oni dumają o tym nieustająco. To widać po ich minach, po ich zachowaniu, po ich rozmowach i zainteresowaniach. Nie ma zajęć na których nie tłumaczono by nam nowych wyrażeń porównaniami wziętymi z kulinariów. Przykłady? Proszę bardzo, dwa z brzegu, ostatnia lekcja. Nauczycielka tłumaczy idiom znaczący coś w stylu naszego „bujać w obłokach”: no wiecie, to jest tak, jak ktoś się nie skupia na zajęciach, tylko myśli o tym, co będzie za chwilę jeść. Albo drugi: konstrukcja oznaczająca „nie móc sobie przypomnieć”: to jest tak, jak ktoś zjadł wczoraj jakąś potrawę, ale nie jest w stanie sobie przypomnieć, jak ona się nazywała. A w podręczniku mamy inne pouczające przykłady. Mówi matka do dzieciaka: „jak nie zrobisz zadania – nie będziesz jadł” (u nas byłoby – nie będziesz się mógł pobawić!). Odebrać jedzenie! Cóż za straszna, przerażająca w swych konsekwencjach, groźba! To musi działać na wyobraźnie dziecka.
Skąd się to bierze, ta obsesja jedzenia? Wydaje się, że odpowiedź jest bardzo prosta i wszystko tłumacząca. Głód. Genetycznie zakodowany głód. Chińczycy od wieków głodowali, tu od zawsze wielki brzuch był symbolem dostatku i szczęścia. Dobrze utrwaliło się to w miejscowych wierzeniach. Ilustrują to popularne figurki Buddy Przyszłości: wielkiego siedzącego i śmiejącego się grubasa. Jest to egzemplifikacja wiary w Zachodni Raj, gdzie każdy będzie miał pod dostatkiem jedzenia (dla przeciwwagi: w piekle będą głodować), co pokazuje właśnie Budda. Jest szczęśliwy, bo najedzony, czy też raczej: nażarty (co symbolizuje wielki brzuch), bo cóż może być większym szczęściem dla Chińczyka niż najeść się? Ponoć – jak pisał Górnicki – dlatego właśnie komuniści wygrali w Chinach, że byli w stanie wypełnić niemożliwy do tej pory do spełniania w całej historii tego kraju postulat: codzienną miskę ryżu dla każdego.
I chociaż dziś już głodu nie ma (miski ryżu też nie, swoją drogą), a zdecydowana większość obywateli ChRL wyrwała się z biedy, to mentalność pozostała. Wdarła się w narodową psyche i ma się doskonale. Co bardziej uświadomieni Chińczycy zdają sobie z tego sprawę. Lecz nic z tym nie robią, mimowolnie poddając się temu iście predestynowanemu stosunkowi do żarcia. Tym samym dzieje się to, co opisał ongiś Orwell: „skutek może sam z kolei stać się przyczyną, wzmacniającą przyczynę wyjściową i wywołać ten sam skutek w intensywniejszej formie, i tak w kółko. Ktoś może zacząć pić, czując, że mu się nie wiedzie, po czym będzie doznawał jeszcze gorszych porażek na skutek tego, że pije”.
Trzeba się temu opierać. Z przyczyn podstawowych, fundamentalnych, najważniejszych! Po to, by nie redukować swojego człowieczeństwa do poziomu trochę bardziej myślącego zwierzątka. Wolność to coś więcej niż „uświadomiona konieczność”! Choć patrząc na zatopionych w swych talerzach Chińczyków, Marks mógłby być usatysfakcjonowany: w tym kraju wychodzi na to, że miał rację.
p.s.
Znajomy misjonarz opowiadał mi historię perypetii zakonnic z pewnego dużego miasta Chin. Pewnego dnia władza postanowiła wysiudać ich z należącego do zakonu budynku (powód – chciano tam postawić biurowiec). Siostry broniły się jednak dzielnie. Oparły się najazdowi ekipy budowlanej, nieoczekiwanej inwazji kloszardów z całego miasta, a nawet pogróżkom „smutnych panów” i innym „środkom administracyjnym”. Same też przystępowały do kontrataków, w tym do tak samobójczych akcji jak demonstracja pod siedzibą partii. W pewnym momencie sytuacja zrobiła się jednak krytyczna. Zakonnice uczyniły więc coś, co musiało w oczach Chińczyków uchodzić za przejaw absolutnej determinacji i skrajnej rozpaczy: głodówkę!!! To nie mogło nie podziałać wstrząsająco: ktoś, kto sam, z własnej woli rezygnuje z JEDZENIA ewidentnie nie ma już nic do stracenia. Jest na granicy. I – z tego co wiem – ten ostateczny środek podziałał: przyznano siostrom inny budynek.
Michał Lubina
Michał Lubina - jest doktorantem Wydziału Studiów Międzynarodowych i Politycznych UJ. Zjeździł z plecakiem większość krajów Azji, docierając lądem najdalszych zakątków Rosji, Chin, a także Indii, Pakistanu, Iranu czy Bangladeszu. Autor przewodników po Litwie i Rosji oraz licznych wystaw fotograficznych – m.in. z Rosji, Chin czy Armenii. Przewodnik i autor programów po Chinach w Klubie Laurazja (www.laurazja.pl). Fascynuje się Dalekim Wschodem, a Chinami w szczególności, o których związkach z Rosją pisze doktorat. Od sierpnia 2009r. jest stypendystą Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego w Pekinie.
Aby dodać swoją opinię, zaloguj się korzystając z poniższego formularza. Jeśli nie masz jeszcze konta, zarejestruj się.