Koniec Świata powie Ci dokąd warto pojechać i jak to zrobić tanio. Co więcej, powiedzą Ci o tym ludzie, którzy znają dany kraj na wylot, bo mieszkają w nim lub byli w nim wielokrotnie. Dowiesz się co zobaczyć, co zjeść, na co się szczepić, obejrzyjsz zdjęcia i posłuchasz muzyki.
Jeśli jedziesz gdzieś z plecakiem, znajdziesz tu wszystko czego szukasz.

Pierwsze, co przychodzi na myśl na widok Pacyfiku, to słowo: majestatyczny. Jest w nim coś budzącego szacunek i grozę – i jest to nieuchwytne. Jeśli napiszemy, że sprawia to bezkres, wielkie fale, klifowe wybrzeże – będzie to mało. Nie sposób oddać tego ogromu, tej okazałości, tej wspaniałości. Choć można spróbować.
Z jednej strony wrażenie potęguje wyobraźnia. Patrząc na Pacyfik, wie się, że jest to największy zbiornik wodny na świecie. Że zajmuje 1/3 globu. A także – jak bardzo pomylił się Magellan, nazywając go Spokojnym. Wie się, że jest to najmniej godne tej nazwy morze świata.
Z drugiej strony naocznie widać ten ogrom. Początkowo nieogarniony błękit z świetlistą łuną na horyzoncie. Potem roztrzaskujący się o skały żywioł. Następnie zaś znów przechodzący w łagodność zatok i lagun. Zmieniając się Ocean nie traci niczego ze swego majestatu.
Różnorodność wschodniego wybrzeża Tajwanu jest naprawdę imponująca. Najpierw skaliste góry. Innym razem – zalesione. Raz trzymające się z dala od wody, tworzące spokojne doliny. Kolejnym razem zmieniające się w ścianę lasu i postrzępionych skał, spadających klifem prosto do oceanu.
Właśnie nad wschodnich wybrzeżem, uznawanym – słusznie! – za to ładniejsze „Pięknej Wyspy” znajduje się największy skarb Tajwanu: Wąwóz Taroko. Jest to jedyne miejsce na wyspie, gdzie można autentycznie się zachwycić – i to jak! Podziwiając jego scenerię tylko stać i oczami chłonąć, zastanawiając się, iloma synonimami słowa „doskonały” i/bądź „przepiękny” ów widok oddać. I tym samym, mimowolnie, zgadzając się z jego „odkrywcą” z plemienia Truku, który zobaczywszy wąwóz po raz pierwszy, stanął jak wryty i wykrzyknął: Taroko! (co w ichnim języku znaczy właśnie „doskonały”, „piękny”). Albo też po prostu poddać się i – zdradzając ojczysty język – wykrzyknąć „wow!”.
Taroko to cały, ogromny park narodowy, lecz jego sercem i esencją jest około 20 kilometrowy wąwóz. Pionowa, kilkusetmetrowa ściana gór, robiąca oszałamiające wrażenie. Płynąca w dole rzeka wijąc się i zakręcając, ukazuje kolejne bajkowe widoki. A to wiszące skały – i drobną tropinkę po której szlak prowadzi. A to wielki ekran skalny. A to z kolei panoramę zawieszonych nad urwistą przepaścią mostów linowych. Krajobraz Wąwozu Taroko wprost zmusza do pobudzenia wyobraźni, tworzenia legend i mitów. Wymarzone to miejsce szukania natchnienia dla poetów, muzyków – słowem: wszelki maści artystów. A bardziej współcześnie – filmowców. Sceneria aż się prosi, by ulokować akcję jakiegoś filmu przygodowego. Mogliby tu spokojnie nakręcić kolejną część Indiany Jonesa (pod warunkiem, że Harrison Ford dałby wciąż radę).
Kino wciąż tego miejsca nie odkryło, za to masowa turystyka niestety tak. Przy głównych punktach widokowych rzędami stoją wielkie autokary: tak miejscowe, jak i japońskie. Ich klientela wychodzi w klapkach i robi sobie – (wschodnio) azjatyckim zwyczajem – tysiące zdjęć w tych samych pozach. Co gorsza – jako, że przez wąwóz prowadzi jedna, długa, kręta i niska droga – autobusy raz po raz, zdawałoby się, lawirują na granicy kraksy, kasacji dachu, bądź upadku się w przepaść. To się – (aż chciałoby się napisać: „niestety”) – z pewnością nie zdarzy: tutejsze normy imprez zorganizowanych prowizorki nie dopuszczą. Za to jak tak dalej pójdzie, to autokary wąwóz rozjadą, a masowi turyści go zadepczą.
Taroko nie jest miejscem dla indywidualnych podróżników. Komunikacja publiczna jest słaba, dziennie przez wąwóz jadą dwa autobusy. Przejść całości pieszo się praktycznie nie da (po przejściu połowy byłem ledwo żywy i tylko tradycyjnej, nadzwyczajnej życzliwości Tajwańczyków zawdzięczam, że nie musiałem spędzić nocy na drodze). Co więcej – idąc wąziutką drogą cały czas jest się mijanym przez autokary. A że ma się do przejścia kilkusetmetrowe tunele wydrążone w skałach, to przeżycie to do najmilszych nie należy. Chociaż zagrożenia nie ma, na poboczach są chodniki, a całość jest oświetlona, to wyobraźnia działa. Tu można pojąć co znaczy klaustrofobiczny lęk, wrażenie przebywania samemu w olbrzymim, pozbawionym „światełka na końcu” tunelu jest jednorazowe. Całość atmosfery potęgowana jest jeszcze przez nieprawdopodobny huk przejeżdżających taśmowo autokarów. Przejście takiego tunelu jest iście pandemoniczne. A jest ich kilka…
A mimo to jest rewelacyjnie! Właśnie dlatego należy iść pieszo – by docenić ogrom tego wąwozu, a nie liznąć przez szybę. By posmakować kilku odbijających od głównej drogi górskich tras – a nie tylko obfotografować, co trzeba.
Taroko jest „moim miejscem” na Tajwanie. Z równie męczącą, co fascynującą drogą do celu. Z zapierającymi dech widokami po drodze. Z noclegiem w górskiej wiosce, w katolickim schronisku. Obok drewnianego kościółka wznoszącego się na platformie, z której roztacza się wspaniały widok na wąwóz – i buddyjską pagodę naprzeciw.
Michał Lubina
Michał Lubina - jest doktorantem Wydziału Studiów Międzynarodowych i Politycznych UJ. Zjeździł z plecakiem większość krajów Azji, docierając lądem najdalszych zakątków Rosji, Chin, a także Indii, Pakistanu, Iranu czy Bangladeszu. Autor przewodników po Litwie i Rosji oraz licznych wystaw fotograficznych – m.in. z Rosji, Chin czy Armenii. Przewodnik i autor programów po Chinach w Klubie Laurazja (www.laurazja.pl). Fascynuje się Dalekim Wschodem, a Chinami w szczególności, o których związkach z Rosją pisze doktorat. Od sierpnia 2009r. jest stypendystą Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego w Pekinie.
Aby dodać swoją opinię, zaloguj się korzystając z poniższego formularza. Jeśli nie masz jeszcze konta, zarejestruj się.