Koniec Świata powie Ci dokąd warto pojechać i jak to zrobić tanio. Co więcej, powiedzą Ci o tym ludzie, którzy znają dany kraj na wylot, bo mieszkają w nim lub byli w nim wielokrotnie. Dowiesz się co zobaczyć, co zjeść, na co się szczepić, obejrzyjsz zdjęcia i posłuchasz muzyki.
Jeśli jedziesz gdzieś z plecakiem, znajdziesz tu wszystko czego szukasz.

Powszechnie znaną anegdotą o Tajwanie jest ta o tym, w jaki sposób Portugalczycy nadali mu europejską nazwę – Formoza („piękna”). Jest jednak i inna, w przeciwieństwie do wspomnianej, mało znana – lub też: chętnie przez Tajwańczyków przeoczana. O zdaniu chińskiego cesarza Kangxi z dynastii Qing, czyli pochodzącego mniej więcej z tego samego okresu, co historia portugalskiego okrzyku. Imperator usłyszawszy nazwę Tajwan, skwitował z niesmakiem: „ta kupa błota poza granicami cywilizacji?” – i zakazał umieszczania jej na mapach cesarstwa. No i stało się – po dziś dzień Tajwan nie widnieje na mapach jako część Chin. Chociaż te bardzo by to chciały zmienić…
Gwoli ścisłości trzeba dodać, że na chińskich mapach Tajwan jak najbardziej ukazany jest jako część Chin (czyli – jakościowa zmiana od czasów Kangxiego jednak nastąpiła). Tylko, że mapy terytorium ChRL made in China to fascynujący i frapujący przykład „myślenia życzeniowego”, a nie realnej sytuacji geopolitycznej. Szczególną zadumę wzbudzają tam granice morskie Chin Ludowych, ciągnące się hen, hen daleko aż po Indonezję i Filipiny i swym kształtem przeczące wszelkiej logice (za to dziwnie zgadzające się z mapą geologiczną najbardziej poszukiwanych surowców typu ropa czy gaz). Zresztą Tajwan widnieje jako część Chin nie tylko na mapach: w telewizji pokazują prognozę pogody dla Tajpej, a czasem jakiś dokument o wyspie. W gazetach prawie codziennie jest coś na „międzycieśninne”(cross-strait) tematy. W słownikach i encyklopediach wyspa twardo widnieje jako „prowincja”, zaś każde twierdzenie przeczące oficjalnej linii „jednych Chin” może narazić mówiącego obcokrajowca na widmo utrudnień w codziennym funkcjonowaniu w tym kraju. Nie trzeba dodawać, że każdy obywatel ChRL automatycznie, w (wyrobionym?) odruchu Pawłowa stwierdzi, że „Tajwan to nieodłączna część Chin!”. To rozumie się samo przez się. Wszak „partia z narodem, naród z partią”.
Nie o percepcji Tajwanu w Chinach tu jednak rzecz, lecz o samym Tajwanie. A raczej – o jego wizerunku i postrzeganiu. Bardzo chińskim, dodajmy. Streścić to można w kilku typowych opiniach: „Prawdziwe Chiny są na Tajwanie”. „Tylko na Tajwanie uratowało się to, co komunizm zniszczył na kontynencie”. „Chcesz zobaczyć najlepsze zabytki chińskie – jedź na Tajwan”. Z drugiej strony zdania o tym, że Tajwan „to lepsze Chiny”, to Chiny „jutra”, „XXI wieku”, czy nawet, że „Tajwan jest tym, czym Chiny chciałyby być”. Słowem: wyspa jak od czasów Formozy (czyli, przypomnijmy, „pięknej”) miała, tak nadal ma doskonały PR. Co nie znaczy – prawdziwy.
Twierdzenie, że Tajwan to „lepsze”, „prawdziwe” Chiny, nieskażone komunizmem i jego destrukcyjną siłą, jest niebezpiecznym uproszczeniem. Opiera się ono na założeniu, że skoro komuniści są źli (a przeważnie są), to ci, którzy z nimi walczą, są automatycznie dobrzy. Tymczasem w wielu krajach, a już szczególnie w Azji, czerwoni nie wygraliby, gdyby owe siły z nimi walczące rzeczywiście prezentowały sobą jakieś wartości (Lon Nol w Kambodży chociażby). Podobnie z narodowcami na Tajwanie – jasne, że w Czang Kaj-szek ma na sumieniu o parędziesiąt milionów ofiar mniej niż Mao, ale nie zmienia to faktu – że ma! Od czasu ewakuacji KMT na Tajwanie, do śmierci generalissimusa, liczba ofiar represji ze strony Partii Narodowej sięgnęła ok. 100 tyś. Całkiem niemało jak na „tego dobrego”! Myślowe uproszczenie nie tylko kwestii politycznych wszak sięga: twierdzenie, że wszystko, co najlepsze w chińskiej kulturze znajduje się na Tajwanie jest tym samym sylogizmem myślowym. Błędnym, bo poza oczywistym faktem, że wszystkiego nie wywieźli, ani że nie wszystko udało się zakonserwować, to pamiętać należy, iż chociaż potomkowie „waishengrenów” (tych, którzy przybyli na wyspę po 1949 r.) nadal stanowią znaczną większość, to KMT bynajmniej rzędu dusz (już) nie sprawuje. Zastanawiające i zmuszające do myślenia jest to, że z kimś się na wyspie nie porozmawia, ten twierdzi, że jest Tajwańczykiem, a nie Chińczykiem. Że jego krajem jest Tajwan, nie Chiny, ani nawet nie „inne Chiny”. Nie, nie Chiny. Tajwan! po prostu Tajwan jako państwo!
Bierze się to z fascynującego procesu, jaki zaszedł na wyspie po śmierci generalissimusa Changa. Już jego syn – Chiang Chingkuo zaczął liberalizację, znosząc prawie 40- letni stan wojenny. Za jego następcy Lee Teng-huia wyspa zaczęła się na dobre „tajwanizować”, co osiągnęło swoje apogeum za 8 letnich rządów Chen Shui-biana (obecnie w więzieniu za przewały). Sednem tego było pełna demokratyzacja wyspy, czego najwyrazistszym symbolem stało się dojście do władzy opozycyjnej partii DPP. Doprowadziła ona do kompletnej zmiany optyki. Do tej pory Tajwan uważał się (i uważany był, do 1972 r., albo raczej do 1979 r.) za te „prawdziwe Chiny”, reprezentanta legalnej władzy, która ma pełne prawo powrócić i odebrać, co jej. W efekcie na wyspie zakonserwował się układ polityczny przeniesiony z Chin kontynentalnych w 1949 r. Tajwan stał się „miniaturą” Chin: z parlamentem „cieni” w którym zasiadali przedstawiciele wszystkich prowincji Chin, ogólnochińską świadomością narodową i polityką, której głównym celem stało się odzyskanie kontynentu. Dodajmy – namiastką lepszą, bo Kuomintang jako żywo na Tajwanie pokazał, że rządzić potrafi, co nie było tak oczywiste patrząc na jego dotychczasowe losy na kontynencie. Jednakże KMT zaprezentował się także czym innym – tłumieniem wszelkich głosów „benshengrenów” (czyli tych, którzy mieszkali na wyspie przed 1949 r.), z najsłynniejszą masakrą 28 lutego 1947r., będącą przez ponad 40 lat tematem tabu. Chang Kaj-szek i wspierające go USA skutecznie sprawiały, że status quo trwał, aż wreszcie nastała dyplomacja pingpongowa i Stany przeniosły uznanie na ChRL (a za nimi większość krajów zachodnich). Od tego czasu liczba krajów oficjalnie uznających Tajwan gwałtownie się kurczy (gdyż nie można jednocześnie uznawać Tajwanu – czyli Republiki Chińskiej oraz ChRL – Chińskiej Republiki Ludowej: komuniści nie pozwalają w imię swej zasady „jednych Chin”). Obecnie oscyluje wokół 10- ciu i świeci blaskiem takich światowych potęg jak Nikaragua, Honduras, czy Wyspy św. Tomasza (jedyny znaczący podmiot prawa międzynarodowego na tej liście to…Watykan). To na zewnątrz wyspy. Wewnątrz zaś w jej mieszkańcach obudziła się świadomość odmienności. Poczynając od połowy lat 80 – tych zaczął się wspomniany ruch „tajwanizacyjny”. Mieszkańcy, potomkowie tych, którzy z kontynentu uciekli, porzucili nadzieję, że tam kiedyś powrócą i – na zasadzie odmienności – odkryli, że są z innej gliny, niż ci zza cieśniny. Nagle przypomnieli sobie „niechińskie” dziedzictwo wyspy – Portugalczyków, Holendrów, a przede wszystkim – Japończyków. I chociaż tych ostatnich nadal nie pokochali, to bez wątpienia darzą ich cieplejszymi uczuciami niż reszta Chińczyków. Stwierdzili, że równanie Tajwan = Chiny wcale nie musi być prawdziwe. Że oni są czymś innym. Odmiennym. Niezależnym. Że są Tajwanem. Nie Chinami. Nie ich namiastką, taką a nie inną wersją. Nie, są po prostu – innym państwem: wyspiarskim. Od tego czasu Tajwan stał się fascynującym wyjątkiem światowego porządku prawnego. Wyspa ma wszystkie niezbędne do niepodległości cechy. Ma świadomość narodową, symbole państwowości. Rząd, w oczach obywateli, legalny, kontrolujący swoje terytorium. Posiadający armię, administrację, wszelkie niezbędne struktury państwowe. Ponadto Tajwan ma jeszcze coś, tak bardzo rzadkie w Azji: demokrację. I to autentyczną, a nie pozorowaną, bez ingerencji dworu królewskiego, armii, ani żadnego „ministra mentora”. Bez żadnych przymiotników niwelujących. Tajwan ma wszystko. Z wyjątkiem jednego – uznania międzynarodowego. To świetnie funkcjonujące i radzące sobie państwo jest de iure nielegalne. A do tego żyje w ciągłym strachu przed „braćmi Chińczykami”. Słusznie zakładając, że jeśli ChRL jest bratem Tajwanu, to na imię mu: Kain.
Chociaż ostatnio KMT, czyli obecnie – jakże to paradoksalne! – siła dążąca do zbliżenia z Chinami Ludowymi, wygrał wybory w 2008 r. i – jak pokazują sondaże, tylko nieco ponad połowa Tajwańczyków chciałaby niepodległości, to wrażenie jest zupełnie inne. Z kim nie porozmawiać – podkreśla swą tajwańskość i niezależność od Chin. Gołym okiem widać potrzebę odróżnienia się od kontynentu i tego, co chińskie – a więc (już) obce. Tajwan za wszelką cenę chce być inny. Srogo więc zawiodą się ci, którzy przybywają tutaj, by poszukać nieskażonej, tradycyjnej chińskiej kultury. Spóźnili się 30 lat. Znajdą chińską kulturę – oczywiście. Ale przekształconą na wyspiarką modłę, wzbogaconą o akcenty kontynentowi obce, a spłyconą o prowincjonalizm (miejscowe zabytki są naprawdę śmiechu warte w porównaniu do Chin) i oddalenie od cywilizacyjnych ośrodków. Nie znaczy, że gorszą. Ani lepszą. Inną po prostu.
Drugą płaszczyzną pojmowania Tajwanu na modłę chińską jest przekonanie, że wyspa jest swoistym drogowskazem dla ChRL. Szczególnie w kwestii postępu technicznego i materialnego. Stąd biorą się słowa o tym, że Chiny będą pewnego dnia wyglądać, jak Tajwan. Rzeczywiście rozwinięcie wyspy imponuje. Świetnie skomunikowany transport, z ichnim TGV, czyli HSR na czele. Autostrady, mosty, drogi przekute w skałach. Robiąca wrażenie informatyzacja kraju. A do tego jego dostatek, widoczny na każdym kroku – patrząc na najwyrazistsze symbole dzisiejszego dostatku – niekończące się galerie handlowe, Tajpej w niczym nie ustępuje takim metropolią jak Hong Kong, czy Singapur, a wiele wyprzedza. W tej kwestii Chiny mogłyby rzeczywiście wiele się nauczyć, choć pamiętać należy, że skala obu tych obszarów jest zupełnie inna. Tajwan winien być dla ChRL świetlanym wzorem w jeszcze jednej kwestii: mieszkańców. Życzliwość, przyjazność i ciepło Tajwańczyków jest wprost niesamowite! To, jeśli można użyć takiej gradacji, stopień wyżej niż Chińczycy w Hong Kongu, czy Singapurze. Tam są mili, kulturalni, całkowicie pozbawieni tego irytującego i męczącego prymitywizmu kontynentalnych kuzynów. Tajwańczycy zaś – posiadając również te cechy – są do tego niespotykanie przyjaźni i pomocni. Szukasz drogi i patrzysz na mapę? – masz jak w banku, że zaraz ktoś podejdzie i ci pomoże. Nie wiesz, którym autobusem pojechać? Kasjerka wyjdzie i cię zaprowadzi. Stoisz na dworcu i pojęcia nie masz, z którego peronu jedziesz – nie przejmuj się, długo nie poszukasz, zaraz cię ktoś znajdzie i wsadzi, gdzie trzeba. Chcesz znaleźć tani nocleg – pani z drogiego hotelu cię zaprowadzi. Stopujesz? Wezmą cię, a nawet żywnościowo wspomogą. Jak mnie: grupka buddyjskich mnichów, która nie dość, że nakarmiła, napoiła, to jeszcze na koniec zaprowadziła do katolickiego schroniska. I przywróciła wiarę, mocno po pobycie w ChRL nadwątloną, w to, że przedstawiciele tego wyznania potrafią się wyzwolić z pokus świata doczesnego. Szczególnie z tych materialnych.
Gdyby choć cząstka ciepła mieszkańców Tajwanu udzielała się Chińczykom z drugiej strony cieśniny, Chiny Ludowy byłyby znacznie przyjemniejszym miejscem do życia. W tym sensie bez wątpienia Tajwan to „lepsze Chiny”. Czy tylko w tym? Trudno powiedzieć, rozstrzygnąć jednoznacznie, kwestie, czym jest (albo czym nie jest) wyspa. Znacznie łatwiej powiedzieć, że bez wątpienia ChRL wiele by zyskał przejmując wiele wzorców tajwańskich. Wic w tym, że Chiny wcale nie chcą być Tajwanem. Tylko Singapurem. A to zasadnicza różnica.
Michał Lubina
Michał Lubina - jest doktorantem Wydziału Studiów Międzynarodowych i Politycznych UJ. Zjeździł z plecakiem większość krajów Azji, docierając lądem najdalszych zakątków Rosji, Chin, a także Indii, Pakistanu, Iranu czy Bangladeszu. Autor przewodników po Litwie i Rosji oraz licznych wystaw fotograficznych – m.in. z Rosji, Chin czy Armenii. Przewodnik i autor programów po Chinach w Klubie Laurazja (www.laurazja.pl). Fascynuje się Dalekim Wschodem, a Chinami w szczególności, o których związkach z Rosją pisze doktorat. Od sierpnia 2009r. jest stypendystą Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego w Pekinie.
Aby dodać swoją opinię, zaloguj się korzystając z poniższego formularza. Jeśli nie masz jeszcze konta, zarejestruj się.