Koniec Świata powie Ci dokąd warto pojechać i jak to zrobić tanio. Co więcej, powiedzą Ci o tym ludzie, którzy znają dany kraj na wylot, bo mieszkają w nim lub byli w nim wielokrotnie. Dowiesz się co zobaczyć, co zjeść, na co się szczepić, obejrzyjsz zdjęcia i posłuchasz muzyki.
Jeśli jedziesz gdzieś z plecakiem, znajdziesz tu wszystko czego szukasz.

Wśród wielu regionów Chin Mandżuria wydaje mi się najbardziej bliska. Nie ze względu imponujące zabytki bądź niezwykłe krajobrazy – choć te również tam są, dodajmy, by uniknąć nieporozumień. Lecz przez swoją „swojskość”. Tu wszystko jest podobne do znanych nam, rodzimych, widoków: jeżdżąc pociągiem ujrzymy niekończące się pola, w oddali zaś: łagodne pagórki. W części północno – wschodniej z kolei: lasy i jeziora jako żywo przypominające Beskidy. I nawet temperatura późnym latem jest podobna, i kolory… Taka to dalekowschodnia wersja naszej „złotej jesieni”. Tylko zimą tu inaczej, srożej, wszak Syberia nieopodal.
Mandżurię tworzą obecnie trzy prowincje chińskie: Heilongjiang, Jilin i Laoning. To pierwsze oznacza „Rzekę Czarnego Smoka”(chińska nazwa Amuru), zaś ostatnie znane jest nam bardziej pod nazwą Laotung. Jako całość zwie się to dziś oficjalnie Chinami Północno – Wschodnimi, nazwa Mandżuria jest w realiach chińskich wyjątkowo politycznie niepoprawna. Co najmniej z kilku powodów: stąd, a konkretnie z Shenyangu (czyli dawnego Mukdenu), mandżurscy nomadzi z dynastii Qing wpadli w 1644 r. do Chin i zajęli cały kraj, narzucając mu swe panowanie, czego Hanowie miło nie wspominają. Tu wreszcie Japończycy w na początku lat 30- tych utworzyli marionetkowe państwo Mandżukuo, które oderwali od reszty kraju i które formalnie miało być państwem mandżurskim, a de facto stało się japońską kolonią. Stąd też nazwa Mandżuria kojarzy się źle historycznie, a jeśli dodamy d tego konotacje językowe – wszak mandżurski implikuje coś innego niż chiński – i przypomnimy sobie, że walka o „właściwe nazwy” jest prawie tak stara, jak Państwo Środka (a sięga wszak Konfucjusza), to zrozumiemy, dlaczego o Mandżurii nikt już dziś nie mówi.
Zresztą to co mandżurskie zamiera tu pod naporem większości hanowskiej i powoli wymiera jak rodzimy język, którym nikt się już nie posługuje. O dawnej zaś świetności przypominają tylko zabytki Shenyangu (Mukden jako nazwa mandżurska też jest już passé): okazały pałac cesarskim, słusznie nazywany miniaturą Zakazanego Miasta, który właśnie na pekińsku wzór zbudowali władcy dynastii Jin, która przemianowała się później na Qing i zdobyła całe Chiny; czy też grobowce dwóch pierwszych władców tej familii: Nurchacziego oraz Huanga Taili, którzy podłożyli fundamenty pod konstrukcję mającą przetrwać do 1911. Mauzolea są bardzo chińskie, widać przemożne wpływy sąsiadów, ale i sporo z nomadycznej przeszłości założycieli. A że leżą na uboczu głównych szlaków turystycznych, nie ma tu hord chińskich wycieczek zorganizowanych, jest cicho i przyjemnie, grobowce tchną swoistym melancholijnym spokojem.
Najnowszą historię najlepiej poznać w Changchunie, który był stolicą marionetkowego państwa Mandżukuo. Tam miał swój pałac Pu Yi, „ostatni cesarz”, sławny dzięki pamiętnemu filmowi Bertolucciego. Był on w nim przedstawiony jako wyjątkowo nieszczęśliwy człowiek. Tu wrażenie jest spotęgowane, a tworzą je szczegóły, jak chociażby opis sali do gry na fortepianie, na którym cesarz grał by odeprzeć kolejne ataki depresji. Czy też sylwetka japońskiego komisarza, mającego pilnować Pu Yi. Zaczynał mając stopień porucznika. Skończył jako generał. I tylko jedno jest tu mocno niewiarygodne: opis jakim to szczęśliwym i spełnionym człowiekiem dawny cesarz się stał po reedukacji i zostaniu zwykłym obywatelem ChRL- u…
Największą atrakcją Mandżurii nie jest jednak ani Pu Yi, ani Qingowskie zabytki, lecz… tygrys. Mandżurski, zwany również Syberyjskim, jeden z najbardziej zagrożonych gatunków na świecie. W Rosji kociak stał się sławny jakiś czas temu, bo za jego ochronę z charakterystycznym dla siebie emploi ruskiego macho wziął się sam Putin. W Chinach też go chronią – i to jak!
Za Harbinem jest jedyny w Chinach rezerwat Tygrysa (zwanego tu, a jakże, Tygrysem Chin Północno – Wschodnich). Sam główny zainteresowany najczęściej śpi – co kociaki generalnie lubią robić najbardziej i co pewnie czyniłyby przez cały czas, gdyby nie wstrętni turyści im w tym podczas sezonu przeszkadzający. Bo to miejsce rezerwatem jest tylko z nazwy, faktycznie to jakieś dziwne skrzyżowanie zoo i safari, hybryda tygrysom z całą pewnością nie służąca. Wygląda to tak, że ładują człowieka (to znaczy: ludzi, tu wszystko jest w liczbie mnogiej) do takiego opancerzonego minivana (z kratami z jednej i oknami z drugiej strony) i nim wjeżdżają w kolejne części parku, podzielone żelaznymi kratami. By było sprawniej jeżdżą po kilka, w każdym vanie jest ze 20 miejsc, a pojazdów: 4-6 na raz. Co pół godziny. Jeżdżą i raz po raz zatrzymują się przy kolejnych otwieranych okratowanych bramach, oddzielających części „rezerwatu” (w jednych są młode tygrysy, w innych starsze, podziałów tu sporo). Te segmenty nie są zbyt wielkie, chyba nawet najgłupszy tygrys nie nabierze się na to, że to imitacja swobody, zresztą jak ma to zrobić, skoro ciągle kursują mu wycieczki, a w oddali suną pociągi (bo linia kolejowa jest obok). Więc co ma robić? Śpi.
No, ale to tak być nie może, że tygrys sobie śpi, skoro grupy przyjechały zobaczyć go w akcji. Więc trzeba jego instynkt drapieżnika pobudzić. Można to uczynić na dwa sposoby: przy wejściu do parku znajduje się cennik zwierząt, i to imponujący: kury, kaczki, świnki, owieczki, a nawet krowy, słowem: czego tygrysia dusza nie zapragnie. Za grube pieniądze zachęca się do nabycia tychże mięs, by następnie je rzucić tygrysowi na pożarcie. Nie zawsze to jednak działa, bo ceny są wygórowane, widać tygrysy się cenią i byle czego nie zjedzą. W efekcie nikt nie kupuje i atrakcyjność pobytu leci na łeb na szyje. Nic to! Jest i inni sposób: gromadzi się całą masę tychże minivanów w jednym, centralnym punkcie dookoła klepiska i czeka. Kociaki już wiedzą o co chodzi, więc nadciągają, ku powszechnej uciesze. Jak już się wszystkie zbiorą, nadjeżdża ciężarówka, a z niej wyskakuje oszołomiona i przerażona jałówka. Ku niej dość leniwie podczłapują tygrysy i z melancholijnym spokojem przegryzają jej gardło, a następnie biorą się za kolektywną konsumpcję. Tu jest trochę nerwów, wszak każdy chce ugryźć więcej od sąsiada, ale bez przesady, nie ma tu jakiejś bratobójczej walki, panuje raczej solidarność wewnątrzgatunkowa, podbudowana (nabytą) świadomością, że jak nie teraz, to za chwilę znów przyjadą turyści i zaś coś do jedzenia rzucą.
Po skończonym przedstawieniu vany przywożą wszystkich do kilku dużych klatek, gdzie kłębi się zdecydowana większość tygrysów i gdzie już żadne nazwy nie zatrą wrażenie, że jest to najzwyklejsze zoo, tym bardziej, że dalej (w mniejszych klatkach, wszak są tu gościnnie) usytuowane są inne zwierzęta: lwy, pantery… Na koniec zaś na turystów, szczególnie tych młodszych, czeka kolejna atrakcja: fotografia z malutkim tygrysiątkiem. Kosztuje to słono, 50 RMB (25 PLN) za jedno zdjęcie, ale chętnych nie brakuje, ku przerażeniu i frustracji kociaka, który już po kilku seriach piszczy i wyrywa się, desperacko próbując gryźć niewyrosłymi jeszcze zębami. I – co gorsza – bezczelnie nie chce pozować do zdjęć en face, więc robi się kolejka, a turyści coraz bardziej się niecierpliwą. Nie rozumieją, że tygrys jest młody, niedoświadczony i uwarunkowań rynkowych nie pojmuje. Nie jest świadom, że od jego prawidłowej postawy zależy dochodowość parku i los jego pobratymców.
Choć w sumie nie ma się o co martwić, patrząc na zainteresowanie. Całe masy grup przyjeżdżają – i wyjeżdżają, jak się wydaje, zadowolone. Wszak nie dość, że zobaczyli igrzyska, to jeszcze przyczynili się do ochrony środowiska, tym samym realizując dyrektywę Partii z 2008 r. która jako jeden z głównych celów rozwoju kraju określiła ochronę przyrody. Nikomu, rzecz jasna, do głowy nie przyjdzie zapytać jak taki park przygotowuje tygrysy do życia w naturze (a to jest jego główny cel deklaratywny) – a już szczególnie jak będzie wyglądała w przyszłości chociażby psychika tego małego tygrysiątka – ale może i po co? Wszak jak tak dalej z tym chińskim rozwojem pójdzie, to natury (dzikiej) już nie będzie, problem zniknie więc samoczynnie.
Michał Lubina
Michał Lubina - jest doktorantem Wydziału Studiów Międzynarodowych i Politycznych UJ. Zjeździł z plecakiem większość krajów Azji, docierając lądem najdalszych zakątków Rosji, Chin, a także Indii, Pakistanu, Iranu czy Bangladeszu. Autor przewodników po Litwie i Rosji oraz licznych wystaw fotograficznych – m.in. z Rosji, Chin czy Armenii. Przewodnik i autor programów po Chinach w Klubie Laurazja (www.laurazja.pl). Fascynuje się Dalekim Wschodem, a Chinami w szczególności, o których związkach z Rosją pisze doktorat. Od sierpnia 2009r. jest stypendystą Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego w Pekinie.
Aby dodać swoją opinię, zaloguj się korzystając z poniższego formularza. Jeśli nie masz jeszcze konta, zarejestruj się.