Koniec Świata powie Ci dokąd warto pojechać i jak to zrobić tanio. Co więcej, powiedzą Ci o tym ludzie, którzy znają dany kraj na wylot, bo mieszkają w nim lub byli w nim wielokrotnie. Dowiesz się co zobaczyć, co zjeść, na co się szczepić, obejrzyjsz zdjęcia i posłuchasz muzyki.
Jeśli jedziesz gdzieś z plecakiem, znajdziesz tu wszystko czego szukasz.

„Gdyby historia miała zapach, pachniałaby jak to miasto o świcie, kiedy kościoły są puste, a domy gry jeszcze pełne, kiedy żebracy podnoszą się z ławeczek nadmorskiej promenady, a zmarznięte pary oglądają w witrynach lombardów zegarki, złote łańcuszki, wieczne pióra oddane w zestaw i utracone przez graczy. Z wysokości swoich piedestałów kamienni bohaterowie i święci celują mieczami oraz łacińskimi krzyżami w przejaśniające się azjatyckie niebo. Po żółtawych wodach zatoki, do której wpada Rzeka Perłowa, suną drewniane dżonki z rozpostartymi żaglami. Świt w Makau nie jest początkiem nowego dnia, lecz tylko chwilą w nieustannej wymianie ciemności i światła, podobnej do następujących po sobie czerwonych i czarnych pól w ruletce, której koła nigdy się nie zatrzymują” (Tiziano Terzani, „W Azji”).
Czym było to miasto „pachnące o świcie”? Makau – to kwintesencja dziejów Zachodu w Azji. W połowie XVI w. cesarz Chin przekazuje 16 kilometrowy skrawek ziemi na południowym wybrzeżu Portugalczykom. Ci szybko przekształcają ową ziemię w Makau: swą drugą najważniejszą – po Goa w Indiach – bazę logistyczną Dalekiego Wschodu. Nie tylko kolonię. Makau stanie się centrum cywilizacji zachodniej w Azji. A więc przede wszystkim – Kościoła. Stąd na podbój zamkniętych światów Chin i Japonii wyruszy najsłynniejszy misjonarz Azji, Apostoł Dalekiego Wschodu – Franciszek Ksawery. Stąd pochodził kapłan, który dał Wietnamowi alfabet oraz ten, który odkrył ruiny Angor Wat w Kambodży. To z Makau swą podróż, uwieńczoną pierwszym w historii pozwoleniem na głoszenie Słowa Bożego w Chinach, zaczyna Mateo Ricci. A po nim wielu innych.
Potem czas chwały Makau minął. Przyćmione w XIX wieku przez Hong Kong, stało się znane głównie jako świątynia hazardu, miejsce, gdzie ludzie grając zbijali i tracili majątki – a wraz z nimi duszę. Angielski poeta Austin Coates napisał wtedy takie epitafium dla miasta:
„Tutaj leży krzyżowiec,
miecz i kamień nagrobny pokryte
zielenią zapomnienia”.
Datą kończącą dzieje miasta miał być 21 grudnia 1999 r. Wtedy to Chiny Ludowe, na mocy traktatu analogicznego do tego który oddał im we władanie Hong Kong dwa lata wcześniej, zajęły kolonię. Terzani nazwał to „podróżą w czasie, która dobiegła końca”.
Wybrałem się do Makau równo w 10 rocznicę tego wydarzenia. Chciałem na własne oczy zobaczyć, jak wygląda to miasto. Co zostało z przeszłości i jak dziś wygląda „zapomniany krzyżowiec”. Pragnąłem przekonać się, czy naprawdę jest tak źle i czy już wszystko stracone. Czy wszelka duchowość zalana została przez znaną mi z Chin wymiotną mieszankę zamordyzmu z dzikim kapitalizmem. Odbyłem podróż „po czasie”.
Na pierwszy rzut oka Makau optymizmem nie nastraja. Chociaż starówka jest imponująca, a pyszniące się „orientalnym barokiem” kościoły wręcz zachwycają. Mimo, iż główny plac – Senatu pełen jest godności i dystynkcji, a w krętych, wijących się raz w górę, raz w dół uliczkach, poczuć można klimat śródziemnomorskich miasteczek. Wreszcie: choć w barwnych świątyniach – z najsłynniejszą, Matsu, od której miasto wzięło imię – daje się odczuć zupełnie nieznaną w Chinach atmosferę pobożności i (prawie, że) sacrum, to jednak ogólny obraz jest bardzo przygnębiający.
Najwymowniejszym przykładem dzisiejszego Makau jest jego najsłynniejszy zabytek: ruiny kościoła św. Pawła. Z ongiś imponującej świątyni została tylko fasada, „ale to właśnie ona, ze swoimi oknami podobnymi do ślepych oczu wpatrzonych w pustkę, jest najbardziej wymownym pomnikiem wielkich nadziei z przeszłości i najtrafniejszym symbolem ich upadku” (Terzani). Przy schodach doń prowadzących roi się od chińskich wycieczek. Te ostatnie zresztą bywają tam tylko na chwilę. Turyści przyjeżdżają dziś do Makau po jedno – by zagrać. Chińczycy przekształcili dawną kolonię w coś w rodzaju „azjatyckiego Las Vegas”. Wszędzie pobudowali horrendalnie kiczowate kasyna (jedno jest kopią Pałacu Dożów w Wenecji), do których – oprócz kontynentalnego proletariatu – helikopterami przylatują miliarderzy z Hong Kongu. Przez 10 lat poza kasynami, drogami i mostami zbudowano tu tylko jeden znaczący budynek – wielki pomnik ku czci bogini Matsu na szczycie najwyższego wzgórza należącej do Makau wyspy Taipy. Do tej pory nad miastem górowała figurka MB z Penha. Ateistyczne Chiny odczuły widać potrzebę doceniania pogańskiego bóstwa.
Czy warto było więc tam jechać? Jak najbardziej tak. Tu może się podobać – pod warunkiem, że się trochę oszukamy. Wyłączymy na chwilę oczy – oraz idący za nimi rozum – i włączymy wyobraźnie. Udamy, że nie widzimy tego przygnębiającego bezguścia nowobogackiej architektury. Że nie zauważamy totalnej masówki chińskich wycieczek. Że przestaniemy się zasmucać konstatacją, do czego to wszystko prowadzi. Wyobraźmy sobie, że zasnęliśmy. Śnimy o legendarnym Makau.
Piękny to sen. Ujrzymy uliczki dawnego portu. Gwarną, pełną wiernych, spowitą dymem z kadzidełek i okrągłych spirali świątynie Matsu, do której po raz pierwszy przybywają Portugalczycy. Potem zobaczymy ich początki, z wymianą produktów, nieznanych miejscowym, z pierwszym handlem. A następnie – jak rośli w siłę, krzepli. Budowali pałace, rezydencje, kościoły. Wszystko zgodnie ze swoim mottem, z którym wyruszyli na podbój świata: „dla Boga, chwały i pieniędzy” (niekoniecznie w tej kolejności). Jak uczynili z Makau cywilizacyjną forpocztę Zachodu w Chinach. A potem przyjrzymy się ich powolnemu zmierzchowi. Wejdziemy w sam środek kuriozalnej bitwy z atakującymi Holendrami (tymi, którzy zastąpili Portugalczyków we władaniu Dalekim Wschodem) – dokonującymi inwazji i kroczącymi przez miasto w buńczucznym pochodzie zwycięstwa, do czasu aż na ich tyłach wybuchają składy amunicji. Zobaczymy jak uciekają – nomen omen – gdzie pieprz rośnie (tam mieli kolonie) i więcej nie wracają. Potem przyjrzymy się codzienności w późniejszych wiekach. Zobaczymy wille pierwszych Tai Panów, a także domy – schroniska rewolucjonistów z Sun Jat-senem na czele. Miniemy przy okazji letnie domki „Makaeńczyków” – owego jednorazowego owocu romansu Wschodu i Zachodu. Zatrzymamy się na chwilę na wyspie Colonae – by powłóczyć się po uliczkach wioski uzyskanej w latach 30- tych XX w. i kościele św. Franciszka Ksawerego zadumać się nad losem Angelo Acquistapace (drugą wyspę: Taipę ominiemy – za dużo kasyn zbudziłoby nas brutalnie ze snu). Wreszcie, odpoczniemy trochę w Parku Camõesa, gdzie ów słynny, jednooki portugalski pisarz napisał swe największe dzieło – Luzjadę (oczywiście pod warunkiem, że w ogóle w Makau był – ale tą nadmierną dawkę rzeczywistości w swym śnie przeoczymy). Na końcu, nijako na podsumowanie, udamy się na cmentarze. Na katolicki – by zachwycić oczy niezwykłą mieszanką detali azjatyckich i europejskich. I na protestancki – by zadumać się nad tragicznym losem, ścinanych chorobami i wrogością, pierwszych ewangelickich misjonarzy w Chinach. Trochę nostalgiczni, a trochę melancholijni, obudzimy się. I mając ten obraz w pamięci – czym prędzej wyjedziemy do Hong Kongu.
Jak urzeczywistnić ten „sen”? Wystarczy nie ruszać się ze Starego Miasta. Powłóczyć się po wąskich uliczkach. Zajrzeć do otwartych, pustych i cichych (cisza jest dopilnowywana) kościołów. Odwiedzić muzea – może nie zachwycające treścią eksponatów, lecz za to urzekające pomysłem i sposobem ich prezentacji. Zachwycić oczy ruinami św. Pawła – najlepiej nocą – gdy wszystkie wycieczki są w kasynach. Albo – nawet lepiej – rankiem, w tej chwili „nieustannej wymiany ciemności i światła”. Odczuć gwar przy kościele św. Dominika i klasę Placu Senackiego. Skosztować słynnej zupy saldo verde (innych tradycyjnych potraw już nie – ceny pod turystów zmienią sen w koszmar). Wreszcie – daj się urzec pogodnemu nastrojowi i życzliwości miejscowych (z wyjątkiem sprzedawców souvenirów, nie mówiących po mandaryńsku, po portugalsku zresztą też nie).
W Makau sporo wciąż miejsc spokojnych, oaz dawnych czasów. Dzięki nim można udać, że się nie zauważa wyrastających jak grzyby po deszczu blokowców i prześcigających się w megalomanii i kiczowatości kasyn. Można dalej szukać straconego czasu – tam, gdzie go już nie ma. Tam, gdzie jest już „po czasie”.
Michał Lubina
(zamiast zakończenia)
Na należącej do Makau wysepce Colonae znajduje się kościół św. Franciszka Ksawerego. Gdy wejdzie się do środka, w gablotce znajdzie się zdjęcie najsłynniejszego kapłana tej świątyni, opisanego przez Terzaniego. Losy Salezjanina Angelo Acquistapace to obraz dziejów Kościoła w Chinach w XX wieku. Był on misjonarzem w Państwie Środka do 1949. W roku tym – po zwycięstwie w wojnie domowej – władzę w kraju przejęli komuniści, a jego wygnali. Przeniósł się do Sajgonu, gdzie założył sierociniec. Niestety, w 1975 r., po wygranej wojnie z USA, do miasta wkroczyli wietnamscy komuniści i kapłan znów musiał uciekać. Schronił się w Makau, ostatnim skrawku chrześcijańskich Chin, i zajął się trędowatymi. Co niedziele, skończywszy mszę, odwracał się w stronę Chin, widocznych po drugiej stronie cieśniny, i wołał: „Vade retro, Satana!” („Cofnij się, Szatanie”). Triumfu Czerwonego Lucyfera nie dożył. Zmarł przed 1999 r., w którym to Chińska Republika Ludowa przejęła z rąk Portugalii Makau. Miłosierdzie Boże oszczędziło mu oglądania obrazu dzisiejszego Makau.
Michał Lubina - jest doktorantem Wydziału Studiów Międzynarodowych i Politycznych UJ. Zjeździł z plecakiem większość krajów Azji, docierając lądem najdalszych zakątków Rosji, Chin, a także Indii, Pakistanu, Iranu czy Bangladeszu. Autor przewodników po Litwie i Rosji oraz licznych wystaw fotograficznych – m.in. z Rosji, Chin czy Armenii. Przewodnik i autor programów po Chinach w Klubie Laurazja (www.laurazja.pl). Fascynuje się Dalekim Wschodem, a Chinami w szczególności, o których związkach z Rosją pisze doktorat. Od sierpnia 2009r. jest stypendystą Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego w Pekinie.
Aby dodać swoją opinię, zaloguj się korzystając z poniższego formularza. Jeśli nie masz jeszcze konta, zarejestruj się.