Koniec Świata powie Ci dokąd warto pojechać i jak to zrobić tanio. Co więcej, powiedzą Ci o tym ludzie, którzy znają dany kraj na wylot, bo mieszkają w nim lub byli w nim wielokrotnie. Dowiesz się co zobaczyć, co zjeść, na co się szczepić, obejrzyjsz zdjęcia i posłuchasz muzyki.
Jeśli jedziesz gdzieś z plecakiem, znajdziesz tu wszystko czego szukasz.

Qingchen shan było miejscem magicznym. Położone z jednej z najpiękniejszych – a na pewno najbardziej legendarnych – prowincji Chin: Syczuanie. Szczycące się mianem jednego z miejsc narodzin taoizmu, sławne na całe Państwo Środka jako cel pielgrzymek, opiewane przez malarzy, poetów i kaligrafów, o współczesnych turystach nie wspominając.
Trudno się dziwić: wyobraźcie sobie ciągnące się aż po horyzont, zdawać by się mogło, nieskończone, bezkresne lasy przykrywające łagodne szczyty gór, spowite ową sławną, na poły realną, na poły transcendentną, mgłą. Tą, którą znamy z chińskiego malarstwa, tą pośród której od tysięcy lat mędrcy taoistyczni poszukiwali życiodajnej siły qi i nieśmiertelności. Wreszcie tą, którą odrealniając znane nam kształty przywodzi na myśl inną, lepszą rzeczywistość. Qingchen shan było na poły baśniową krainą, wyjętą z orientalnych opowiadań ziemią tchnącą mistyką, zdającą się być wyśnionym celem poszukiwań duchowych w stylu Mertona.
Mgła spowijała ukryte skarby gór: położone poza głównymi trasami , zapomniane i porzucone przez wszystkich klasztory taoistyczne. Stare, drewniane ściany świątyń wciąż toczące daremną walkę z wdzierającą się zewsząd nieuchronnie przyrodą. Oblepione bluszczem, zarośnięte tropikalnymi chaszczami, upstrzone imponującymi pajęczynami, świątynie w których dziś zamiast dzwonów i śpiewów mnichów słychać wyłącznie dojmujący pisk cykad. Smutne i piękne jednocześnie, jako świadectwo nietrwałości człowieka wobec potęgi przyrody. A z drugiej strony jakże urzekające, będące niczym żywa egzemplifikacja zasad taoizmu: tej najbardziej bliskiej naturze z wielkich religii świata. I zdecydowanie bliższe jej duchowi niż kiczowate podobizny Laozi czy Zhuangziego, znane ze świątyń jak Chiny długie i szerokie.
A do tego autentyczne cuda przyrody: imponujące, ginące we mgle i znów pojawiające się 2 tysięczne szczyty. Jaskinie z wykutymi rzeźbami Buddów, ozdobne, wiekowe pawilony między przełęczami, urokliwe wioski na trasie, czy wreszcie wodospady i jeziora, ukryte między gęstą dżunglą. I ta niezmienna, wszechobecna, magiczna mgła…
Pod górami, nad wijącym się u ich podnóża strumykiem, leżała malownicza wioska Tan’an, ze ślicznymi, bielutkimi domami o drewnianych dachach i wspaniałą perspektywą na zalesione wierzchołki gór Qingchen. Wioska ukryta w podgórzu, cała w tradycyjnej architekturze, swym romantycznym image’em przywodząca na myśl chiński odpowiednik wyidealizowanego obrazu Zakopanego u młodopolskich poetów.
Ale Qingchen shan to nie tylko to co dla ducha, lecz i to co dla ciała. W Tan’an pełno było małych, rodzinnych sklepików sprzedających miejscowe specjały: pieprz syczuański, żeń szeń, imbir i tysiące innych przypraw. Do tego mnóstwo małych, przytulnych pensjonatów, klimatycznych restauracyjek serwujących pyszne lokalne grzyby i rozpływający się w ustach, niemiłosiernie tłusty boczek. A także dziesiątki innych potraw, przyprawionych, zgodnie z miejscową normą, w iście diabelski sposób. Tan’an było miejscem, gdzie siedząc w nadbrzeżnej knajpce i mocząc nogi w krystalicznie czystej wodzie (o popijaniu piwa Qingdao nie wspominając) można było zapomnieć o wszystkich troskach dnia codziennego.
I jeszcze jedno: tam się dało oddychać i choć wilgoć jak w całym Syczuanie dawać o sobie nie zapominała, to nie było tego rozbrajającego skwaru, tej duchoty która odbiera wszelką chęć do podróży. Wreszcie ostatnia cecha, nie mniej ważna: tam było mało (no, stosunkowo mało) Chińczyków, gdyż większość z nich wybierała bardziej znaną, drugą stronę gór. W kraju, w którym zatłoczenie to norma, w którym co rusz możemy się przekonać o słuszności tez stawianych w „Ukrytym wymiarze” Halla i w którym ani na moment nie zapomnimy o słowach Johna Donne’a „żaden człowiek nie jest samotną wyspą”, w tym właśnie kraju, jak w żadnym innym (no, może poza Bangladeszem), ma to niebagatelne znaczenie.
Takie pamiętam Qingchen shan sprzed 3 lat. Było to najpiękniejsze miejsce w mojej ówczesnej 2 -miesięcznej podróży po Chinach. Spędziłem tam niezapomniany czas. Do dziś z rozrzewnieniem wspominam to miejsce, bardzo dla mnie – z różnych względów – osobiste. Teraz znów będąc w Chinach, tym razem zawodowo, wybrałem się w „poszukiwaniu straconego czasu”. Nie znalazłem go. To se ne vrati. Tego miejsca już nie ma. Wszystko leży w gruzach.
Rok temu, na początku maja, Syczuanem wstrząsnęło trzęsienie ziemi. Zabiło dziesiątki tysięcy ludzi i – co dla niektórych było nawet boleśniejsze – kilka misiów panda (które, znając ich dynamiczny sposób poruszania się, najpewniej nie zdążyły uciec). Zrównało – nomen omen! – z ziemią dziesiątki wsi i miasteczek. Rozniosło się szerokim echem tak w Chinach, jak i w całym świecie, nagłośnione w kontekście Olimpiady i zamieszek w Tybecie. Nie ominęło też gór Qingchen.
Składały się one z dwóch części, będących swoistą naturalną ilustracją doktryny yin – yang o dwóch stokach jednej góry: Qingchen shan, czyli „gór przednich” oraz Qingchen Houshan, czyli „gór tylnich”. „Góry przednie”, gdzie znajdowały się najważniejsze klasztory, przyciągały 90 % przyjezdnych, całą turystykę masową, przez co mało kto docierał do „gór tylnich” i dzięki temu zachowały one swój niepowtarzalny urok. Jadąc tam, wiedziałem, że było trzęsienie ziemi i że zniszczyło jedną część. Ku mej rozpaczy, tę piękniejszą: Qingchen Houshan.
Już w hostelu w Chengdu usłyszałem, że Qingchen shan „nie jest już takim miejscem jakim było”, ale na miejscu zrozumiałem, że było to bardzo chińskie, nieopowiedziane wprost, wyrażenie. Już dojazd do Qingchenhou shan był skomplikowany: na drodze, przypominającej trasę rajdów samochodowych, uwijały się tysiące robotników, przez co przejazd, urozmaicony nieustannym podskakiwaniem, wszystkim wnętrznościom oferującym niezapomnianą gimnastykę, zajmował 3 razy tyle co poprzednio.
Wreszcie dojechaliśmy. Po wyczłapaniu się z samochodu, przeskoczeniu kilku gęstych kałuż błota, oczom ukazał się obraz zniszczenia. Tan’anu po prostu nie było. Z ongiś ślicznego miasteczka pozostała tylko brama i kupa kamoli. Domy leżały w gruzach, czasem pozostała jakaś ściana czy fundament. Większość była upstrzona rusztowaniami, założonymi w jakiejś trochę tytanicznej, a trochę daremnej próbie, odbudowanie tego co było ongiś. Po miasteczku, poza robotnikami przechadzało się kilkunastu miejscowych, z żywym zainteresowaniem patrzących na te postrzelone białe diabły, które nie wiedzieć po co tu przyjechały.
To nie koniec: kolejka, którą można było sobie skrócić drogę na szczyt, ostała się tylko w formie szkieletu. Na dawnych ścieżkach zalegały 10 metrowe kawały skał. Iście po nich przypominało wspinaczkę, albo survival, jeśli trzeba było przekroczyć rzekę. Z klasztorów taoistycznych nie pozostał nawet ślad, podobnie z wodospadów, czy jezior. Woda po prostu odpłynęła.
Grzebanie dawnych wyidealizowanych wspomnień szczyt osiągnęło przy klasztorze buddyjskim. Spaliśmy tam 3 lata temu. Był bardzo wiekowy, drewniany, tchnący starością. Pamiętam z niego poranne dzwony i śpiewy mnichów. I to, że jak się meldowaliśmy, to z jednej strony pokój jaki dostaliśmy był największą norą w jakiej przyszło mi kiedykolwiek spać w Chinach (porównywalną tylko z Indiami, względnie Pakistanem), a z drugiej braciszkowie mieli najnowocześniejszy sprzęt i elektroniczną ewidencję. I – rzecz jasna – pieniędzy zażądali z góry, ale to nie zdziwiło. Wszak to w Chinach narodziło się ongiś powiedzenie, że „tylko dwóch rzeczy nie da się powstrzymać: przypływu oceanu i chciwości mnicha buddyjskiego”. Teraz z klasztoru, leżącego w samym środku miasteczka, pozostała kupa gruzów i rozbity ołtarz. Resztę pochłonęła ziemia.
Nic nie było jak dawniej, nawet konstatacja, że Chińczyków jest jeszcze mniej niż poprzednio, niewiele pocieszała. Tylko jedno pozostało, teraz zwielokrotnione: ogłuszający pisk cykad, przywodzący na myśl opisy Kambodży u Górnickiego. Reszta leżała w gruzach.
Michał Lubina
Michał Lubina - jest doktorantem Wydziału Studiów Międzynarodowych i Politycznych UJ. Zjeździł z plecakiem większość krajów Azji, docierając lądem najdalszych zakątków Rosji, Chin, a także Indii, Pakistanu, Iranu czy Bangladeszu. Autor przewodników po Litwie i Rosji oraz licznych wystaw fotograficznych – m.in. z Rosji, Chin czy Armenii. Przewodnik i autor programów po Chinach w Klubie Laurazja (www.laurazja.pl). Fascynuje się Dalekim Wschodem, a Chinami w szczególności, o których związkach z Rosją pisze doktorat. Od sierpnia 2009r. jest stypendystą Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego w Pekinie.
Aby dodać swoją opinię, zaloguj się korzystając z poniższego formularza. Jeśli nie masz jeszcze konta, zarejestruj się.