Koniec Świata powie Ci dokąd warto pojechać i jak to zrobić tanio. Co więcej, powiedzą Ci o tym ludzie, którzy znają dany kraj na wylot, bo mieszkają w nim lub byli w nim wielokrotnie. Dowiesz się co zobaczyć, co zjeść, na co się szczepić, obejrzyjsz zdjęcia i posłuchasz muzyki.


Jeśli jedziesz gdzieś z plecakiem, znajdziesz tu wszystko czego szukasz.

Pekińska Obłomowszczyzna

Kapuściński pisał o Londynie: „ogromny, bez granic. Przytłaczające odległości. Ewa jedzie do pracy godzinę, ale zna takich, co w jedną stronę jeżdżą dwie godziny i dłużej: codziennie, niemal połowa dnia  w kolejkach dojazdowych, w metrze, autobusach. W monotonnym stukocie kół, wśród twarzy obojętnych, zmęczonych, w tłumie, który kolebie się rytmicznie, monotonnie, biernie, miesiącami, latami. Jak to wpływa na myślenie człowieka, na jego wrażliwość, żywotność, energię? Wszyscy stłoczeni, do siebie przyciśnięci, wszyscy tuż obok, czując ciepło innych, a jednak sobie obcy, sobie nieciekawi, nawet jedno drugiemu niechętne. Gdzieś tam globalizacje i internety, czyli niby wspólnoty i zbliżenia, w rzeczywistości ich pozór, bo kiedy człowiek naprawdę spotyka drugiego człowieka cieleśnie, fizycznie, oko w oko, odzywa się w nim inność, odzywa obcość, czuje, że coś go odrzuca” Lapidarium V

Dodać by można, że za zmianami nadąża język. Wszak w angielskim jest słowo commuter dosłownie nie przetłumaczalne na polski, a oznaczające człowieka codziennie dojeżdżającego z daleka do pracy. Nie o język tutaj chodzi. Ani o Londyn – bo przy całym szacunku i swoistej sympatii jakiej mam do tego miasta – do Pekinu porównać się go nie da.

Miałem kiedyś taki zwyczaj, że którymkolwiek mieście nie byłem – zwiedzałem je pieszo. W Londynie się dało, podobnie jak w większości stolic europejskich. W metropoliach typu Stambuł czy Petersburg też. Mieszkając w Moskwie złaziłem ją całą pieszo – i do dziś uznaje to za wyczyn (męczący). W Pekinie poległem.  

Napisać, że Północna Stolica jest olbrzymia, to nic nie napisać. Skala wielkości tego megalopolis – podobnie jak innych wielkich miast Chin – jest zupełnie nieporównywalna z jakimikolwiek europejskimi realiami. Rosjanie mieli kiedyś taki kompleks, że wszystko u nich musiało być największe – miasta, ulice, place. Chińczycy ich przebili. Choć nie wynika to z kompleksów, lecz z realiów – tu po prostu wszystko musi być największe, bo inaczej nie spełnia podstawowej funkcji utylitarnej.

Miasta musza być olbrzymie, by pomieścić tyle ludzi, ulice – by umożliwić dojazd, metro, autobusy, taksówki – by zapewnić komunikację. Obiektywna rzeczywistość narzuca pewne rozwiązania, implikuje konkretne decyzje. Inaczej się po prostu nie da. Jest to zrozumiałe i wytłumaczalne. Lecz trudno akceptowalne.

Z mojego uniwersytetu, położonego we wschodniej części miasta, za 5 obwodnicą, dojazd do Placu Tian’anmen zajmuje mi metrem 35-40 minut (1 przesiadka), autobusem godzinę. Do dworca kolejowego mam mniej tyle samo (2 przesiadki). Na główną ulicę rozrywkową Pekinu – San li tun, metrem jadę godzinę (3 przesiadki), autobusem trochę ponad, ale tu jest sprawnie, bo mam tylko jedną przesiadkę. Jakbym chciał pojechać do obiektów olimpijskich, zajęłoby mi to spokojnie ze dwie godziny i cztery przesiadki metrem (o autobusach można zapomnieć). Do tego doliczyć trzeba dojście do stacji metra, czyli z 10-15 minut (jestem szczęściarz, mam ją obok). Ostatnio jechałem na imprezę andrzejkową na uniwersytet Beiwai, położony w północnej części miasta. Poszło mi to sprawnie – po godzinie i czterdziestu minutach od wyjścia z domu byłem już na miejscu. Wracałem taksą (28 km z hakiem!) – i tylko większej trzeźwości kumpla ze mną jadącego zawdzięczam, że nie wysiadłem, dla oszczędności, wraz z nim. 5 stacji metra wcześniej… czyli 17 kilometrów od domu.  


Chociaż pekińskie metro jest bardzo dobrze zorganizowane, nie można narzekać na oznaczenia, ani na jego układ, ani tym bardziej na sprawność i szybkość, to jazda nim przyjemnością nie jest. Oględnie mówiąc. O jakiejkolwiek porze by się nie jechało – czy to w środku tygodnia, czy w weekend, czy o 8 rano, czy o 13, a nawet o 20- tej, czy 21- tej tłok jest zawsze. Kwestia tylko o skali – czy jest za wielu ludzi, czy nieprawdopodobnie za dużo? Czy wejdzie się do co drugiego wagonu, czy zostanie się wepchanym przez specjalnie do tego wyszkolone pracownice na niektórych stacjach przesiadkowych?

Jazda metrem w weekendy może nas wprawić w przekonanie, że Chińczycy dni wolnych nie mają – i że pracują na okrągło. Na jakiejkolwiek stacji by się nie weszło, można mieć problem ze znalezieniem miejsca… stojącego. Pociągi są wypełnione szczelnie i jak na nasze standardy – panuje w nich tłok. A jednak – owo złudne przeświadczenie, iż każdy dzień jest tutaj podobny znika natychmiast, jak tylko spróbujemy się dostać do pociągu w któryś z dni roboczych podczas godzin szczytu. Ujrzymy wtedy mrowie ludzi szczelnie wypełniające jeżdżące co pół minuty składy. Do tej pory tylko raz w życiu zdarzyło mi się, że widok nabitego doszczętnie wagonu za wagonem, pociągu za pociągiem, był codziennością. W Bombaju. Tam w podmiejskiej kolejce ludzie jeżdżą stojąc na schodach, czy zwisając i dyndając w powietrzu, trzymając się tylko za rurki. Tutaj jest to niemożliwe, bo drzwi są zamykane automatycznie. Za to wymyślono inny sposób. Na każdej stacji jest kilku specjalnie do tego wyszkolonych upychaczy. Przy każdy składzie żwawo biorą się do roboty. Są w tym naprawdę dobrzy, wszak (nieustający) trening czyni mistrza. 

A jak się już człowiek zdoła dostać do środka, to w metrze jest to, co opisał cytowany na początku Kapuściński. A że zrobił to lepiej – nie ma co się powtarzać. Można tylko dodać jedno – ja mam szczęście, uniwersytet mam pod nosem, mi nie trzeba codziennie dojeżdżać do pracy/szkoły. Ja pojechać metrem mogę. Oni muszą. Codziennie. Dzień w dzień. Miesiąc za miesiącem. Rok za rokiem. Dekadę za dekadą… 

Mogę, ale nie chcę. Efekt tych odległości jest taki, że wyjazd gdziekolwiek to prawdziwa wyprawa. Jak tylko pojawi się myśl – a może dziś gdzieś pojadę sobie? Dajmy na to: do Parku Świątyni Nieba, porobić zdjęcia wykorzystującym jak się tylko da wolny czas staruszkom. Zaraz po tym następuje świadomość – to zajmie z półtorej godziny w jedną stronę, z 3 przesiadkami i ciągłym ściskiem. Natychmiast odechciewa się. I tak jest ze wszystkim – poszłoby się do teatru. Ale to jest TAK daleko. Do księgarni – nie, może w weekend. Od miesiąca wybieram się do Biblioteki Jezuitów. Jeszcze nie dotarłem. O Narodowej nawet nie myślę – metrem to będzie spokojnie ze dwie godziny w jedną stronę.

Do tego – na dobrą sprawę nie muszę się nigdzie ruszać. Wszystkie najważniejsze dla życia instytucje mam na terenie kampusu. Sklepy, pocztę, bankomaty, punkt ksero, a nawet fryzjera (no, to mi akurat niepotrzebne). Jakby tego było mało – wychodzę za Północną Bramę kampusu – i mam wszystko pozostałe: rzędy sklepów, supermarket, targ, banki, restauracje, hale internetowe(mylnie nazywane kawiarenkami) nawet kino gdzieś tam jest (w sumie niepotrzebne, bo obok uniwersytetu kilka stoisk z kopiami najnowszych filmów). Pożywienie? To są Chiny, o jedzenie martwić się nie muszę. Mam 3 stołówki, z wyborem imponującym, a smakiem jeszcze lepszym (mieszkam tu 3 miesiące, ale nie zdążyłem skosztować wszystkich dań w JEDNEJ). Jakbym jednak zechciał być wybredny, jak większość obcokrajowej braci studenckiej, do mam jeszcze do wyboru z 5-6 restauracji na terenie kampusu i ponad drugie tyle poza jego bramami. Jeść można gdzie dusza zapragnie – w japońskiej, koreańskiej, a nawet, o zgrozo (dla niektórych – o zbawienie) McDonald’się. A to jest, przypominam, za 5 obwodnicą miasta.

Drugi powód unieruchomienia – to chłód. Na początku listopada miejscowy Instytut Planowania Pogody postanowił przeciwdziałać suszy – i… wywołał śnieżyce. W efekcie na Wszystkich Świętych temperatura spadła gdzieś do minus 5, a patrząc na to, co działo się za oknem, przypominałem sobie taki ukraiński wierszyk, który kiedyś musiałem wyryć na pamięć: „witr wije, sije, tumanije i hude” („wiatr wieje, sieje, chmurzy i huczy”)  i zastanawiałem się ile jeszcze synonimów słowa „wichura” znam. Zresztą matka natura zdała się mieć ochotę pokazać miejscowym specom od planowania pogody, kto tu rządzi – i sprawiła nam zimę jesienią. Zimno, z przerwami, było przez cały miesiąc. A ziąb to inny niż u nas, taki mało poetycki. Choć jest koło zera, to odczuwalna temperatura jest znacznie niższa. Choćby się nie wiem, jak ciepło ubrało, przemarznięcie jest normą, a wiatry znad Gobi smagają po twarzy lodowatym chłodem. 

No i rezultat tego taki, że podwójnie nie chce się nigdzie wybywać. Na samą myśl, że trzeba znów założyć swetry, kalesony, kurtę, czapkę, szalik i rękawiczki, wszystkiego się odechciewa. Tylko zjeść, za zajęcia i do domu. Na szczęście fanatyczna miłość do piłki nożnej i co dwudniowe treningi ratują ogólną sytuację. Bo gdyby nie to, byłoby ze mną jak u tytułowego bohatera powieści Gonczarowa – Obłomowa: cały dzień w łóżku, byle tylko nigdzie nie musieć wstać.

Michał Lubina

Autor

Michał Lubina - jest doktorantem Wydziału Studiów Międzynarodowych i Politycznych UJ. Zjeździł z plecakiem większość krajów Azji, docierając lądem najdalszych zakątków Rosji, Chin, a także Indii, Pakistanu, Iranu czy Bangladeszu. Autor przewodników po Litwie i Rosji oraz licznych wystaw fotograficznych – m.in. z Rosji, Chin czy Armenii. Przewodnik i autor programów po Chinach w Klubie Laurazja (www.laurazja.pl). Fascynuje się Dalekim Wschodem, a Chinami w szczególności, o których związkach z Rosją pisze doktorat. Od sierpnia 2009r. jest stypendystą Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego w Pekinie.

Zdjęcia Michała Lubiny

Obejrzyj zdjęcia z Chin w naszej galerii.

Komentarze? Zaloguj się.

Aby dodać swoją opinię, zaloguj się korzystając z poniższego formularza. Jeśli nie masz jeszcze konta, zarejestruj się.

TypoScript object not found (lib.small_login)