Koniec Świata powie Ci dokąd warto pojechać i jak to zrobić tanio. Co więcej, powiedzą Ci o tym ludzie, którzy znają dany kraj na wylot, bo mieszkają w nim lub byli w nim wielokrotnie. Dowiesz się co zobaczyć, co zjeść, na co się szczepić, obejrzyjsz zdjęcia i posłuchasz muzyki.


Jeśli jedziesz gdzieś z plecakiem, znajdziesz tu wszystko czego szukasz.

Ostatni manichejczyk

Dawno, dawno temu na Wschodzie był sobie mędrzec. Stworzył własną religię, zyskał wyznawców. Zginął męczeńsko. Jego wiara stała się jedną z najważniejszych w ówczesnym świecie. Przystawało do niej wielu, w tym pewien młodzieniec z Afryki. Z czasem zmienił się on w jej śmiertelnego wroga i głównego myśliciela innej religii – zwycięskiej w tym pojedynku. Przegrawszy batalię o rząd dusz, wyznawcy mędrca rozpierzchli się po świecie. W wiekach średnich na krańcu świata kilka ich społeczności odnalazł pewien słynny podróżnik. Od tego czasu słuch o nich zaginął. Zdawać by się mogło, że na dobre wyginęli. No, prawie.

Na południowo – wschodnim wybrzeżu Chin, w prowincji Fujian (Fukien), nieopodal starożytnego portu Quanzhou, znajduje się industrialny moloch Jinjiang. Gdy minie się wielkie, żelbetonowe i szpetne jak we wszystkich wielkich chińskich miastach główne ulice. Wjedzie w mniejsze, tradycyjne, postrzępione siatką uliczek i podwórzy, drogi. Znajdzie się, przy pomocy miejscowych, ścieżkę prowadzącą na wzgórza Lingyuan. Dojrzy się klasztor buddyjski. Usłyszy się głosy mantry „Um Mani Padme Hum” (Chwała klejnotowi w kwiecie lotosu). Skręci się w prawo, w bok od głównego klasztoru. Wejdzie do środka. Ujrzy się stary portret za szybą. Zobaczy się wiernych modlących się do obrazu Buddy, przysłoniętego szklaną zasłoną. Ale portret ten nie przedstawia Oświeconego. To Mani (Manes). A modlący się ludzie, choć sami tego nie wiedzą, są ostatnimi manichejczykami na świecie. 

Tak właśnie: manichejczykami. Wyznawcami religii stworzonej przez perskiego mędrca Maniego (Manesa) w III w. n.e. z elementów wierzeń staroperskich, babilońskich, żydowskich, chrześcijańskich i myśli własnych. Mani, początkowo u szczytu popularności, wraz ze zmianą ekipy panującej w Persji traci wpływy – i przy okazji życie. Lecz jego nauka się rozprzestrzenia, obejmując w pewnym momencie ogromne obszary Bliskiego Wschodu i stając się głównym rywalem chrześcijaństwa.

Korzeniem manicheizmu jest wiara w dwie równorzędne siły: Światło – Dobro (Bóg) i Ciemność – Zło (Szatan), które toczą ze sobą nieustanną walkę. Na wielu frontach, z różnym skutkiem, o nieznanym ostatecznym rezultacie. Ludzkość, dzieło Szatana, również jest częścią tej walki. W każdym człowieku także istnieją dwa wzajemnie się zwalczające pierwiastki: dobra i zła, które również nieustannie się pojedynkują (koncepcja ta doprowadziła do uznania, że skoro ktoś źle czyni, to nie jest on temu winien, lecz pierwiastek zła w nim). Nie tylko zresztą w nim: cząstki światłości (boskie, czyli dusze), są uwięzione w materii: tak w ludziach, jak i w roślinach, czy zwierzętach. Materia zaś jest diabelskiej proweniencji. Stąd też ideałem manichejczyka jest wyzwolić się z niej. By to uczynić manichejscy „wybrani” (electi) zachowywali się w sposób, który z całą pewnością zyskałby uznanie dzisiejszych zielonych. Obowiązywał ich całkowity wegetarianizm, godny najgorliwszych dżinistów (nie mogli spożyć żadnego mięsa, ani zabijać żadnej istoty – nawet muchy), zwielokrotniony jeszcze zakazem zrywania roślin i owoców (gdyż wtedy przebywające w nich dusze cierpią katusze), a najlepiej również ich niejedzenia. Do tego nie mogli zawierać małżeństw ani się rozmnażać (by nie tworzyć kolejnych bytów materialnych). Jak to napisał w charakterystycznym dla siebie, sardonicznym stylu, Kazimierz Sidor („Bogowie, magowie i nafta”): „ideałem manicheizmu jest samounicestwienie rodzaju ludzkiego”.   

Człowiekiem, który zadał manicheizmowi decydujący cios, był jego były uczeń (manichejczycy dzielili się na „słuchaczy”: auditores i „wybranych”: electii), pochodzący z Tagasty w Północnej Afryce, a światu znany lepiej jako św. Augustyn. Z żarliwością neofity i pomocą geniuszu swego umysłu, ten „pijany wiarą” Ojciec Kościoła rozłożył intelektualnie na łopatki manicheizm i jego założenia. A przy okazji zbudował podstawy doktryny chrześcijańskiej (szczególnie jej zachodniego „płuca”). Mało kto dziś wie, że takie fundamentalne koncepcje chrześcijaństwa jak chociażby: pojęcie grzechu jako braku dobra; koncept wolnej woli człowieka; uznanie Boga za stwórcę czasu, pozostającego poza nim, czy  przekonanie o ostatecznym zwycięstwie sił niebiańskich na końcu świata: to wszystko  rodziło się w głowie św. Augustyna nijako z kontry wobec manicheizmu.

Św. Augustyn, który za swoją postawę wobec manicheizmu otrzymał wiele mówiący przydomek „młot na heretyków”, zrobił wiele, by religia ta przegrała pojedynek z chrześcijaństwem w basenie Morza Śródziemnego. Ostała się na moment w swej ojczyźnie: Persji, lecz tam z kolei dosiągł ją islam, zmuszając jej wyznawców do dalszej emigracji. Rozpierzchli się do Azji Centralnej i Chin, gdzie stopniowo ulegali asymilacji. Jeszcze w XIII wieku, podczas swej słynnej podróży, ogniska manichejczyków na południowym wybrzeżu Chin odnalazł Marco Polo. Potem wieści o nich pojawiały się coraz rzadziej, a oni sami coraz bardziej wtapiali się w miejscowe społeczności, zapominając o swym dziedzictwie.

W dzisiejszym świecie manicheizm to już tylko blade wspomnienie przeszłości. W powszechnej świadomości figuruje bardziej jako synonim walki dobra ze złem. Pojęcie to nierzadko występuje w słownictwie politycznych (m.in. ostatnio Bush jr. był oskarżany o manichejski stosunek do świata). Jako religia znana chyba tylko historykom i religioznawcom A praktykujący manichejczycy to dziś takie samo dziwo, jak, powiedzmy, neopoganie.

Mnie się Manicheizm kojarzył przede wszystkim z jakąś utraconą cząstką Persji. Byłem w Iranie (nawet dwukrotnie) i chociaż to Isfahan z jego majolikową architekturą zdobył mą duszę, starałem się też znaleźć to, co nieislamskie. Wcześniejsze, pierwotne, perskie. Dotarłem do Choqa Zanbil: najstarszego zigguratu świata. Zjeździłem okolice Jazdu i z jego zaratustriańskimi „wieżami milczenia” i świątyniami ognia poukrywanymi w górach. Jednak śladów manichejczyków nie znalazłem. 

Pogodziłem się z tą stratą, nie licząc na to, że kiedyś uda mi się to nadrobić. Tymczasem, zupełnie nieoczekiwanie, na przeciwległym krańcu Azji, w Chinach, w moje ręce wpadła dość dziwna książka. Moja koleżanka z Xiamenu (d. Amoy), którą odwiedziłem na jesieni, dała mi ją, bym sobie poczytał, co będę zwiedzał w mieście. Kniga ta już na pierwszy rzut oka odrzucała swym designem, radosnymi barwami sraczko-buraczko i kompletnym miszmaszem graficznym. Wziąłem jednak przez grzeczność tę kiczowatą pozycję i zacząłem czytać. Nie mogłem się oderwać. 

Jest to jeden z najlepszych przewodników, jaki kiedykolwiek czytałem. Tak doskonały, że wart zareklamowania. Nazywa się to dziełko „Magic Amoy”, a jego autorem jest nijaki Bill Brown, były amerykański komandos na Tajwanie, który po 1989 r. zmienił strony (i nawet się tego nie wstydzi). Przeniósł się na drugi brzeg Cieśniny Tajwańskiej i zamieszkał w Xiamenie. Został kimś w rodzaju lokalnego celebryty, a przy okazji – wielkim propagatorem tego regionu Chin. Jednoosobowym Bedekerem. Jego książki, a także strona http://www.amoymagic.com/main.htm , to kopalnia wiedzy nie tylko o Fujian, lecz i całych Chinach. Do tego napisana językiem przystępnym, miejscami błyskotliwym, a nade wszystko – prześmiesznym. Jeśli tylko kogoś nie razi imponująca, nawet jak na Amerykanina, kiczowatość jego tworów – gorąco polecam! 

Tak więc czytałem sobie beztrosko dziełko Billa, aż tu nagle znalazłem zdanie o tym, że w mieście Quanzhou jest ostatnia na świecie świątynia manichejska! Nie zastanawiałem się długo – stwierdziłem, że MUSZE ją znaleźć.

Niestety okazało się, że Bill przejawia większy talent do zainteresowania czytelnika, niż do dokładnego poinformowania go, jak gdzie dotrzeć. Jak zacząłem szukać, to z informacji o tym, że w Quanzhou znajduje się ostatnia świątynia manichejska, zrobiło się prawie jak w kawale o radiu Erewań (vide mój tekst o Mauzoleum Czyngis Chana): nie to miasto, nie ta religia, nie ta świątynia – ale to prawda. Więc nie Quaznhou, lecz Jinjiang, a właściwie to i nawet nie Jingijiang, lecz jakieś góry obok. Tyle można było znaleźć w necie (no, było jeszcze jej zdjęcie).

Nic to, ruszyłem szukać ostatniej świątyni manichejskiej na świecie, nie mając jej adresu, bladego pojęcia, gdzie to jest, ani nawet jak się ona nazywa. Jedyne, co wiedziałem, to że po chińsku manicheizm to „mingjiao”, czyli dosłownie „religia światła”. Tyle, że ta wiedza była idealnie zbędna, bo i tak – zgodnie z oczekiwaniami – kogokolwiek na ulicy nie pytałem, to wytrzeszczał oczy ze zdumienia. Patrzono na mnie (bardziej niż zwykle) jak na kosmitę.

W końcu jednak uśmiechnęło się do mnie szczęście. Na dworcu złapała mnie jakaś dziewczyna, chcąca potrenować angielski. Szybko wykorzystałem okazję – na pytanie, co ja tutaj robię rzuciłem: „ja chcę do świątyni!, pomożecie?!”  Rzecz jasna nic nie wiedziała, ale by nie stracić twarzy wsadziła mnie do jakiegoś minibusa jadącego dokądś. Tu zaczęło się show pt. kolektywne zgadywanie całego autobusu o co mi chodzi. „Świątynia?” „Jedyna taka na świecie?” „Nie buddyjska? Nie taoistyczna? Nie konfucjańska?” (i tak dalej, w dedukcji doszedłem do kolejnego skreślania katolicyzmu, protestantyzm, islamu a nawet judaizmu). W końcu ktoś coś zajarzył, jakaś dziewczyna kazała mi wysiąść, podeszła do stojącego motocyklisty i zaczęła z nim ustalać cenę. Dobra – myślę sobie – chociaż nie mam najmniejszego pojęcia gdzie jestem, ani dokąd mnie wiozą, co mi szkodzi spróbować (tym bardziej, że kosztowało to grosze). Jedziemy.

Mijamy kolejne hutongowate przedmieścia, wjeżdżamy w jakieś pagórki. W końcu dojeżdżamy pod klasztor. Patrzę na wiszący na głównej bramie znak, stoi jak byk: „si” (czyli świątynia buddyjska). Do tego słyszę charakterystyczne dźwięki mantry „Um Mani Padme Hum”. No nie, to przecież jest buddyjska, jak nic! Wchodzę, by się przekonać i tracę resztki nadziei – mnisi, figurki bodhisatwów, wierni z kadzidełkami… Zawieźli mnie pod zwykły klasztor buddyjski! To nie tu (nie trzeba dodawać, że nikt nic nie wie, na żadne nazwy własne nie reaguje). Wściekły wracam z motocyklistą pod główną drogę. Co robić?!

Pytam go, czy nie ma tu gdzieś kafejki internetowej. Jest. Wiezie mnie tam. Siadam przed komputerem i desperacko szukam jakiejkolwiek wskazówki. I wtedy ratuje mnie to, co na co dzień tak mnie drażni w Chinach. Ciekawskość miejscowych. Motocyklista, razem z połową ekipy z kawiarenki stoi mi za plecami, niczym kat nad duszą, i wlepia się bez żadnych oporów na to, co robię, a do tego jeszcze głośno komentuje. Wchodzę na stronę, gdzie jest zdjęcie klasztoru, otwieram nowe okno… A on nagle krzyczy do mnie: „to jest tam! Tam! Myśmy tam byli”! ”Co?!!!” „Tak, tak, to jest ten sam klasztor – buddyjski!”, z przekonaniem tłumaczy.

Nie wierze mu, szukam dalej. Nagle znajduje jakiś link z tekstem naukowym o manicheizmie w Chinach. Czytam i oczom nie wierzę. Jest tam napisane, że religia ta trzymała się jako tako do XIX wieku, ale wtedy uległa całkowitej asymilacji. Okazało się, że Mani (Manes) to po chińsku „Muni”. Po iluś tam wiekach miejscowi całkiem naturalnie zrozumieli to jako zniekształcenie imienia….Sakjamuni. Dodali więc go do licznego panteonu bóstw buddyjskich, jako kolejną reinkarnację Oświeconego. A że nie było już nikogo, kto by wytłumaczył subtelną różnicę między Manim a Buddą, to tak już zostało. 

Rzeczywiście, wracam z moim kierowcą, a on prowadzi mnie nie do głównego klasztoru (czyli tam, gdzie za pierwszym razem poszedłem), lecz w prawo, do starszej części. Wchodzimy do środka, a tam, przed ołtarzem na którym – miejscowym zwyczajem – leży mnóstwo owoców i wszelkiego jadła, modli się kilka staruszek, potrząsając kadzidełkami w geście koutou. Przedstawienie Buddy do którego się wznoszą swe prośby, to nie kto inny jak Mani…

Tak więc znalazłem ostatnią na świecie świątynię manichejską, która okazała się być buddyjska. Miejsce, gdzie miejscowi modlą się do Maniego, myśląc, że to Sakjamuni, czyli Budda. Ostatni manichejczyk jest więc buddystą. Święty Augustyn by się uśmiał. 

Autor składa serdeczne podziękowanie Karolinie Schab za gościnę w Xiamenie, a przede wszystkim pożyczenie książki Browna i tym samym inspirację do tej podróży.

Michał Lubina

Autor

Michał Lubina - jest doktorantem Wydziału Studiów Międzynarodowych i Politycznych UJ. Zjeździł z plecakiem większość krajów Azji, docierając lądem najdalszych zakątków Rosji, Chin, a także Indii, Pakistanu, Iranu czy Bangladeszu. Autor przewodników po Litwie i Rosji oraz licznych wystaw fotograficznych – m.in. z Rosji, Chin czy Armenii. Przewodnik i autor programów po Chinach w Klubie Laurazja (www.laurazja.pl). Fascynuje się Dalekim Wschodem, a Chinami w szczególności, o których związkach z Rosją pisze doktorat. Od sierpnia 2009r. jest stypendystą Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego w Pekinie.

Obejrzyj zdjęcia z Chin w naszej galerii.

Komentarze? Zaloguj się.

Aby dodać swoją opinię, zaloguj się korzystając z poniższego formularza. Jeśli nie masz jeszcze konta, zarejestruj się.

TypoScript object not found (lib.small_login)