Koniec Świata powie Ci dokąd warto pojechać i jak to zrobić tanio. Co więcej, powiedzą Ci o tym ludzie, którzy znają dany kraj na wylot, bo mieszkają w nim lub byli w nim wielokrotnie. Dowiesz się co zobaczyć, co zjeść, na co się szczepić, obejrzyjsz zdjęcia i posłuchasz muzyki.


Jeśli jedziesz gdzieś z plecakiem, znajdziesz tu wszystko czego szukasz.

Ognistym pojazdem

Po chińsku pociąg zwie się „huo che”, czyli dosłownie „ognisty pojazd” i jeżdżąc po Chinach wielokrotnie się o prawidłowości tej nazwy przekonamy. Jazdy pociągiem to absolutnie najbardziej ekstremalne przeżycie backpackerskie w tym kraju, a można by zaryzykować sformułowanie, że w całej Azji. Zanim więc ruszymy na dworzec, trzeba wziąć kilka głębokich oddechów, przygotować się na całkowite niezrozumienie, graniczące z absurdem, pogodzić się z myślą, że TO DŁUGO POTRWA, a także pamiętać że z funkcjonowaniem kolejami w Chinach to jak z Kantowskim dowodem na istnienie Boga: „rozumem tego nie pojmiesz, a jednak istnieje”.

Najpierw trzeba kupić bilet. Kasy biletowe usytuowane są zazwyczaj obok dworca, często, mają napis po angielsku „ticket office”. Tu jednak znajomość angielskiego się kończy, za to zaczyna się pandemonium: kas są dziesiątki, a ludzi tysiące, do każdej stoi kolejka średnio 50-60 osobowa, przy której końcu kłębią się chcący się wcisnąć kolejni, których nie odstraszają metalowe przegrody ani patrolujący co pewien czas mundurowi (a jak zobaczą białego to na mur beton będą próbowali się wcisnąć – i to na chama). Na największych stacjach typu Pekin, czy Szanghaj są osobne kasy dla obcokrajowców, ale kolejki są tam nie mniejsze, gdyż mimo iż jest WYRAŹNIE napisane po chińsku i po angielsku, że to kolejka dla obcokrajowców, i tak Chińczycy się tam ładują (choć, trzeba przyznać, w mniejszej ilości, tak ze 20). Pani w kasie powinna mówić po angielsku i zazwyczaj tak jest, ale nie zawsze, ponadto kasa nie pracuje bez przerwy, więc nie należy na to (zbytnio) liczyć. Na dużych stacjach w wielkich miastach pokroju Nankinu okienko dla obcokrajowców jest wielofunkcyjne: obsługuje również uczniów, studentów, czy emerytów (Xi’an), bądź jest oznaczone tylko po chińsku (Nankin) lub wcale (Chengdu, co nie znaczy, że go nie ma). Na pocieszenie zawsze można liczyć na to, że jak podejdzie się do zwykłej kasy to kasjerka zawoła kogoś kto coś rozumie po angielsku i rozwiąże ten skomplikowany problem komunikacyjny. Jeśli nie ma kasy dla obcokrajowców i musimy skorzystać ze zwykłej, zawsze lepiej podchodzić do kasy, gdzie pracuje kobieta: są zazwyczaj bystrzejsze i życzliwsze, choć może trafić się biurokratyczne monstrum. Absolutnie najlepszym sposobem kupowania biletów, wypróbowanym i sprawdzonym w 2 miesięcznej podróży przez autora zanim jeszcze zaczął się uczyć chińskiego, jest napisanie sobie na kartce znaków (bądź poproszenie kogoś o to, bądź zeskanowanie nazw z przewodnika i wydrukowanie ich sobie przed podróżą) oznaczających nazwy miejsc do którego chcemy jechać i rodzaj biletu jaki chcemy sobie kupić. Pokazujemy te znaki i uśmiechamy się psiak który czegoś chce, licząc, że naszą bezradnością wzbudzimy u pani kasjerki instynkty macierzyńskie. To prawie zawsze działa. Jak dostaniemy bilet, zawsze możemy sprawdzić, czy się zgadza: nazwy miast są napisane w pinyinie (czyli łacińskiej transkrypcji), za to rodzaj biletu już nie, ale grunt to bilet dostać, reszta jest milczeniem. Bo kupno biletu, abstrahując od trudności językowych, jest naprawdę wyzwaniem: można to zrobić tylko na 10 dni przed podróżą i lepiej tego na ostatnią chwilę nie zostawiać: kupienie leżanki na dwa dni przed podróżą jest bardzo trudne, a na dzień graniczy z cudem (szczególnie w sezonie). Najlepsze bilety, czyli „ying wo” (hard sleeper) są zazwyczaj od razu wykupywane, często przez mające układy na kolei biura podróży. Trochę lepiej jest z „ying zuo” (hard seat), ale mała to pociecha, ze się dostało bilet siedzący na pociąg jadący 30 godzin. Czy się uda, czy nie, zawsze należy mieć na uwadze, że nabycie (bądź sama li tylko próba) biletu jest masakrycznie czasochłonna: trzeba dojechać na dworzec, wystać się w kolejce, aż wreszcie dogadać się w kasie. To wszystko TRWA. Minimum godzinę.

Jeżeli rozumiemy trochę po chińsku, to na większych stacjach (Pekin na przykład): są takie tablice pokazujące ilość miejsc w danych pociągach. Jest tam zazwyczaj numer, godzina odjazdu, skąd i dokąd. Potem zaś: ilość biletów danej klasy. To pomaga w rozeznaniu się, a jeśli na dany pociąg są same zera, to nie przejmujmy się: tu logika (zachodnia) nie działa: nawet jeśli tablica pokazuje zero, nie znaczy to, że biletów nie ma. Może się znajdą. Warto sobie sprawdzić numery pociągów i orientacyjne ceny. Poza www.travelchina.guide.com ,która jest najlepszą stroną do sprawdzania pociągów), dobra jest też, choć trochę dziwnie działającą, jest serwis chińskiej wersji dawnego radzieckiego Inturist: CITS-u: www.cits.net Tam jest podstrona pociągi, a tam ich rozkłady. Tylko broń Boże nie należy u nich kupować, bo za rezerwacje każą sobie płacić jakieś horrendalne sumy. Naprawdę nie warto. Jeśli nie udało nam się kupić biletu, nie załamujmy rąk; zazwyczaj da się go kupić przez hostel, bądź jakieś biuro podróży. Będzie nas to kosztowało o jakieś 20/30 RMB drożej, ale będzie (a jak nie mamy sił walczyć o bilety – jak 90% zachodnich „plecakowców” – to możemy od razu w hostelu zamówić). Jeśli i to nie pomoże, od biedy zostaje nam wspomniany CITS. Jest to wyjątkowo nieprzyjemna i stanowiąca oczywiste przeciwieństwo backapckerskiego stylu podróżowania organizacja. Tak jak jej sowiecki odpowiednik Inturist, stworzono ją, by obsługiwała obcokrajowców, którzy nic nie wiedzą, za to mają dużo pieniędzy z których (nieświadomie) wyskoczą. Po drodze przeszła reformę i dziś jest świetnie prosperującą firmą: w jej biurze znajdziemy ludzi dobrze mówiących po angielsku, którzy wszystko (no, prawie, leżanki w ten sam dzień jednak nie) załatwią, będą mili i życzliwi, a na koniec skasują nas jak za zboże, licząc sobie 30% procent (czasem więcej) wartości biletu. Ponadto życzliwie doradzą, by zawsze zaopatrywać się w bilety u nich, bo są jedynym licencjonowanym biurem państwowym i na pewno nikt nas nie oszuka. A najlepiej od razu, by mieć z głowy, kupić sobie u nich wszystkie bilety, bo podróż przebiegała miło i spokojnie (i drogo).
Gdy dostaniemy bilet i udamy się na dworzec (najlepiej z godzinę wcześniej, NIGDY na mniej niż 20-30 minut przed odjazdem), zderzymy się z oceanem ludzi tłoczących się we wszystkich kierunkach. System tutejszy działa tak, że pociągi podjeżdżają na perony i dopiero wtedy wpuszcza się do nich ludzi (w przeciwnym razie by się stratowali nawzajem). Czeka się więc na „ogniste pojazdy” w wielkich, hangaro-podobnych poczekalniach. Nad nimi na elektronicznych tablicach jest wyświetlany numer pociągu i jego kierunek (po chińsku). Zaś gdy wchodzi się na dworzec na głównej tablicy oznaczone są odpowiednie dla danych pociągów poczekalnie (na głównych stacjach jest to po angielsku). Jak już dostaniemy się do poczekalni, to musimy znaleźć tablicę z naszym pociągiem. Jeśli jest, to dobrze, na razie nie mamy się czym martwić. Gorzej, jeśli go tam nie ma (choć np. na głównej tablicy jest oznaczone jako ta poczekalnia, w której jesteśmy): znaczy to, że odjeżdża z innego miejsca o czym zapewne poinformowano przez głośniki – po chińsku. Wtedy musimy zrobić rundkę po wszystkich poczekalniach oraz korytarzach dworca, sprawdzając, czy naszego pociągu gdzieś tam nie ma. Jak go znajdziemy, gdziekolwiek by nie był, należy ustawić się do gigantycznej kolejki. Jeśli mamy leżanki, to nie mamy się o co martwić, gdy mamy siedzące jest gorzej, bo choć miejsce swoje wywalczymy, to z bagażem może być już kiepsko (vide: niżej). Jeśli, jak większość w kolejce, mamy „wu zuo”, to musimy robić jak Chińczycy: pchać się po trupach do przodu. Na końcu kolejki jest peronowa, sprawdzająca bilety, w momencie w którym da znak do startu, zaczyna się , jak piosence Iron Maiden, „run for your life”: wszyscy ruszają, przepychają się, nacierają, ciut li nie tratują nawzajem. W dużych miastach jest trochę lepiej, ludzie są bardziej ucywilizowani, za to jak jedziemy gdzieś na prowincji, to mamy szansę wyobrazić sobie, jak to było na stadionie Heysel w 1986 r. W końcu dostaniemy się jednak do pociągu (musimy). W zależności od tego, jaki mamy bilet, skierujemy się do odpowiedniego przedziału (jest to napisane na bilecie… po chińsku). Teraz o rodzajach biletów: Zasadniczo najtańsze są „yingzuo” (znane nam bardziej pod angielską nazwa hard seat), czyli „twarde siedzenia” (nie licząc rzecz jasna „wuzuo”, czyli stojących, ale tego NIKT NIE CHCE przeżyć). Wygląda to tak, że przedział średnio ma trochę ponad 100 miejsc, usytuowanych zazwyczaj w boksy po cztery siedzenia z każdej strony. Jest gdzie wyciągnąć nogi i można by spokojnie tym jechać, nawet na długich dystansach, gdyby nie kilka „ale”. Otóż po pierwsze jedziemy z Chińczykami, których ZAWSZE jest za dużo: większość z nich kupuje bilety „wo zuo”, czyli bez miejscówki, bo te są najtańsze (albo bo innych już nie ma). Jak tylko wpadną do pociągu, siadają na każdym wolnym miejscu w nadziei, że właściciel się nie zjawi. Plus zawalają bagażami wszystko dookoła. Jeśli ktoś taki siadł na naszym miejscu, trzeba nie patyczkując się, delikwenta wyrzucić. Lepiej to zrobić stanowczo, bo może zechcieć grać na nieświadomości lub/i poczuciu przyzwoitości obcego. Trzeba użyć wszystkich dostępnych sposobów komunikacyjnych poza użyciem siły, a jak i to nie pomoże, zawołać konduktora. Na szczęście zazwyczaj prawie nigdy nie jest to potrzebne. Dostawszy (odzyskawszy) nasze miejsce, miejmy świadomość, że podróż dopiero się zaczyna. Zazwyczaj jest tak, że choć wagon ma te 100 ileś miejsc siedzących, wchodzi do niego dodatkowo cztery razy tyle stojących, którzy cisną się we wszystkie możliwe kąty, więc również tam, gdzie w normalnych okolicznościach trzymalibyśmy nogi. Co więcej, Chińczycy gdziekolwiek by nie byli, jedzą, a przy tym siorbią, plują, bekają, charkają i wydają tysiące innych aromatycznych odgłosów. Oraz, co gorsza – jedząc ZAWSZE syfią. I to w stopniu niewyobrażalnym. Jak to jest na zewnątrz, to pół biedy, ale pociąg to przestrzeń zamknięta, a że jedzie długo, to po pewnym czasie, mimo częstego sprzątania go przez konduktora, wygląda to jak tabor cygański: po ziemi walają się śmieci, tysiące plastików, tekturek, opakowań, słowem: odpadów wszelakich. Do tego po podłodze pływają wszelakie płyny tworząc lgnące do butów i plecaków błotko, a nad wagonem ulatnia się niepowtarzalny odór chińskich (rodzimych) zupek błyskawicznych, przy których nasze zupki to wzór zdrowej żywności. Co więcej: im bardziej na prowincję, tym gorzej, bo będzie więcej wieśniaków, niemiłosiernie kurzących i siorbiących lokalne samogony, dla których wszelkie akcje uświadamiające odpowiednie zachowania są daremne i którzy w całkowicie spontaniczny sposób rozumieją przestrzeń publiczna jako synonim syfu. A najgorzej, jak będą jechać z dziećmi, bo Chińczycy, szczególnie starzy, je straszliwie rozpieszczają, nie przejmując się na przykład tym, że dzieciak zrobi kupę na środku wagonu albo obsika pół przedziału (i można zapomnieć, że opiekunowie posprzątają, nie, po prostu pójdą sobie gdzie indziej, przy bierności reszty, dodajmy). Nie mówiąc o tym, że bachor będzie darł mordę przez pół podróży, chcąc czegoś i mając już (nabytą) świadomość, że to dobry sposób na wyłudzenie jakiegoś cukierka czy soczku. Rzecz jasna, nie zawsze jest tak źle, wagony ying zuo na liniach typu Szanghaj – Pekin są dość czyste i jazda nimi to (prawie) przyjemność. Ale już, powiedzmy, Xi’an – Chengdu czy Kunming – Guilin mogą na zawsze zapaść w pamięć…

Dodatkowym utrudnieniem ZAWSZE występującym jest fakt, że w tych przedziałach nigdy nie gasi się światła oraz to, że właściwie co chwilę ktoś chodzi: jak nie konduktor, to sprzedawca, a jak nie ten, to kolejni pasażerowie idący do kibla, bądź pędzący zalać swoje cuchnące zupki. Chińczycy mają łażenie w naturze, kiedyś wyliczyłem ze znajomymi średnią przechodzenie każdego przez przedział w „ying wo”: wyniosła co  17 sekund. W „ying zuo” jest znacznie gorzej, a szczególnie w wieczorem i nad ranem. A co pewien czas chodzi jeszcze sprzątacz zamiatający wagon i zbierający śmieci. Jego zbliżanie się sygnalizuje wielka wędrówka ludów: wszyscy niemający miejscówki w popłochu uciekają przed budzącym grozę, wielkim, brudnym mopem. Wszystkie te rzeczy, a także tysiące innych mogą sprawić, że podróż „ying zuo” będzie przeżyciem absolutnie jednorazowym i z niczym nie porównywalnym. Ale przecież: to jest to, co (backpackerskie) tygryski lubią najbardziej!
Wybierając „ying wo” (hard sleeper), czyli gdzieś o 1/3 droższe „twarde leżanki” możemy, dosłownie i w przenośni, spać spokojnie. Otwarty przedział (trochę w stylu rosyjskiej płackarty) liczy sobie po 3 leżanki z każdej strony stolika. Najlepiej brać środkowe i górne, bo na dolnych siadają, w naturalny dla siebie sposób nie pytając się wcale o zgodę, Chińczycy i siedzą tak pół nocy (syfiąc). Pościel jest zazwyczaj czysta, chyba, że nie wchodzimy na pierwszej stacji, ale nawet jeśli – to i tak da się przeżyć. Na początku sprawdzą nam bilety, konduktorzy zamienią je na metalowe blaszki (po które przyjdą równo na godzinę przed przyjazdem) i mamy spokój do końca podróży (o 22 zawsze gaszą światło). Stąd też ying wo jest najlepszym sposobem na podróżowanie po Chinach, ale też najtrudniejszym do dostania, bo WSZYSCY je chcą. Jeśli nie uda nam się dostać „ying zuo” ani „ying wo”, nie mamy sił na „wu zuo”, a jechać musimy, to prawie zawsze dostaniemy najdroższe bilety: „ruan wo” (soft sleeper), czyli „miękkie leżanki” (zamknięty przedział po dwa łóżka z każdej strony stolika), ale to już nie jest backpackerski standard cenowy. Na krótszych dystansach (np. Pekin – Tianjin, czasem Pekin – Szanghaj) są również „ruan zuo”, czyli „miękkie siedzenia”, które kosztują coś pomiędzy twardymi  a miękkimi leżankami. Gdy udało nam się dotrzeć na stację docelową, pamiętajmy o tym, by nie wyrzucać biletu. Przy wyjściu z dworca stoją kolejni mundurowi, odbierający bilety. Co prawda obcokrajowców prawie zawsze puszczają, ale a nuż znajdzie się nadgorliwiec i będzie problem. Wydostawszy się na dworzec możemy odetchnąć z ulgą. Zawsze obok znajdzie się jakiś supermarket, a w nim co najmniej kilka rodzajów piwa i innych życiodajnych trunków…

Michał Lubina

Autor

Michał Lubina - jest doktorantem Wydziału Studiów Międzynarodowych i Politycznych UJ. Zjeździł z plecakiem większość krajów Azji, docierając lądem najdalszych zakątków Rosji, Chin, a także Indii, Pakistanu, Iranu czy Bangladeszu. Autor przewodników po Litwie i Rosji oraz licznych wystaw fotograficznych – m.in. z Rosji, Chin czy Armenii. Przewodnik i autor programów po Chinach w Klubie Laurazja (www.laurazja.pl). Fascynuje się Dalekim Wschodem, a Chinami w szczególności, o których związkach z Rosją pisze doktorat. Od sierpnia 2009r. jest stypendystą Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego w Pekinie.

Obejrzyj zdjęcia z Chin w naszej galerii.

Komentarze? Zaloguj się.

Aby dodać swoją opinię, zaloguj się korzystając z poniższego formularza. Jeśli nie masz jeszcze konta, zarejestruj się.

TypoScript object not found (lib.small_login)