Koniec Świata powie Ci dokąd warto pojechać i jak to zrobić tanio. Co więcej, powiedzą Ci o tym ludzie, którzy znają dany kraj na wylot, bo mieszkają w nim lub byli w nim wielokrotnie. Dowiesz się co zobaczyć, co zjeść, na co się szczepić, obejrzyjsz zdjęcia i posłuchasz muzyki.
Jeśli jedziesz gdzieś z plecakiem, znajdziesz tu wszystko czego szukasz.

Jak powszechnie wiadomo Korea Północna jest najbardziej zamkniętym krajem na świecie. Jedyną możliwością zwiedzenia go jest wykupienie wycieczki, gdzie poprawni ideologicznie przewodnicy pokażą to, co należy zobaczyć. Innej możliwości nie ma. Jednak można poczuć trochę klimatu tego kraju w sąsiednich Chinach. Konkretnie w Mandżurii.
Przede wszystkim w górach Changbai („Wiecznie białych”), zwanych też z koreańska Paekdusan. Ich szczyty wznoszą się na pograniczu chińsko – koreańskim i stanowią największy park narodowy w całych Chinach. Jego szczytowym punktem jest Jezioro Tian Chi („Niebiańskie”), dawny wulkan leżący na wysokości 2194 o szerokości 13 km, otoczony 16 górskimi szczytami. Jest to bardzo ważne miejsce dla Korei: to właśnie tu miał u zarania dziejów zejść na ziemię Pan Niebios i stworzyć naród koreański (według wersji z drugiej strony granicy: mandżurski), stąd też miejsce to uważa się za mityczny początek Korei. Z jeziora według lokalnych podań miały też wyłazić wszelkiego rodzaju smoki, a nawet coś w rodzaju miejscowego potwora z Loch Ness, który, gdyby istniał, musiałby być dość odporny na chłód, wszak zimą jezioro zamarza i nawet plankton tu nie jest w stanie przeżyć. Najnowsza, północnokoreańska legenda państwowa głosi, że urodzić się tutaj miał Kim Dzong Ill (chociaż reakcyjne źródła twierdzą, że jednak w Chabarowsku). Można tu nawet nabyć taką radującą serce pocztówkę, przedstawiającą Umiłowanego Przywódcę podczas zamieci śnieżnej na Jeziorze Tian Qi: w pozie Jezusa uciszającego jezioro Genezaret karze on zamilknąć burzy, zaś pod spodem napis głosi: „góra Paekdu to moje miejsce urodzenia”.
Jezioro autentycznie zapiera dech w piersiach: wygląd ma iście księżycowy, w naturalny sposób skłaniający do snucia mitów. W krystalicznie czystej wodzie odbijają się postrzępione wierzchołki gór – zdawałoby się – wpadających do jeziora. Panorama tego miejsca jest w najwłaściwszym tego słowa znaczeniu spektakularna, zaś jej nazwa jak najbardziej adekwatna.
Ongiś można było się na niego wspiąć. Po to tu przyjechałem. Już nie można. Cały kompleks tego parku - a potężny on – jest upstrzony alejkami i szlakami do chodzenia. Napisy są po chińsku i angielsku, ale nikt po szlakach nie chodzi, bo Chińczycy jeżdżą autobusami, które podjeżdżają pod główne wejścia, tak, by wszyscy mogli wyjść i zrobić zdjęcie i tym samym nacieszyć się natura, zaś obcokrajowców nie ma. Nabywając bilet do parku trzeba jednocześnie wykupić przejazd autobusem (moja determinacja by iść pieszo zdumiała tu wszystkich i - rzecz jasna - była daremna). Tym niemniej udało mi się powłóczyć nieco, pooglądać kilka malowniczych stawów i wodospadów i gdy juz szykowałem się na 2-3 godzinna wspinaczkę na wulkan, okazało się... ze przejście zamknięte. Teren to przecież
pograniczny, niedaleko Korea Północna(w każdym przewodniku jest ostrzeżenie, by trzymać się szlaku), wiec na wszelki wypadek go zamknęli. Pragmatyczne to, bo i tak żaden Chińczyk tędy nie szedł, a biały jeszcze przelezie do Korei i będzie problem. A zresztą, po co się
włóczy? tak sam po górach? Skoro można wyjechać? Podejrzane! Wiec lepiej
zamknąć i skasować kolejne 80 yuanow (40 PLN) za wyjazd na gore jeepem! Wtedy każdy wjedzie, pospaceruje na obszarze 5 km i zrobi zdjęcie jeziora. I to chodzi. I tak
jest to zrobione.
Jezioro Tian Chi to kolejny dowód na chińskie traktowanie „kontaktu z natura": w tym kraju na wszystkie najważniejsze góry są horrendalnie wysokie bilety wstępu, pobudowane kolejki, a jakby i tego zabrakło to wszędzie znajdą się tragarze, którzy chętnie wniosą. 99% gości z tego korzysta, wszak zdobycie danej góry wartość ma tylko wtedy, gdy można zrobić sobie na jej tle zdjęcie. I pokazać znajomym. Zresztą ta swoiście rozumiana potrzeba przyrody nie tylko tak się wyraża. W miastach powszechne jest, że starsi ludzie idąc do parku biorą ze sobą ptaki (w klatkach) i je tam kładą. To po to by – jak mówią – ptaki pooddychały świeżym powietrzem. Widząc to nie trudno zrozumieć, czemu Andersen umieścił bajkę o słowiku właśnie w Chinach.
Wracając jednak do Korei. Kolejnym miejscem, gdzie można poczuć klimat tego kraju – a szczególnie jego północnej części – jest Dandong, położony nad graniczną rzeką Jalu. Dandong jest bardzo znany w Chinach nie tylko dlatego, że znajduje się tu najbardziej na północ wysunięty odcinek Wielkiego Muru, lecz przede wszystkim z powodu wojny koreańskiej. To właśnie tutaj Chińczycy włączyli się do tego konfliktu, idąc z bratnią, internacjonalistyczną pomocą „napadniętej” przez USA Korei. Znajduje się tam most łączący oba te kraje i resztki starego, który zbombardowali Amerykanie (a zrobili to sprawnie: zniszczyli tylko część koreańską). Most – ten stary – jest obecnie muzeum, można się po nim przespacerować, zadumać się nad lamentującymi napisami informującymi jakim to wspaniałym zabytkiem techniki był i nacieszyć wzrok rzeźbą przedstawiającą chińskich „ochotników” pod wodzą Peng Dehuai’a idących na wsparcie Korei z podpisem: „Dla Pokoju”. Jeszcze bardziej frapujących rzeczy można się dowiedzieć w muzeum poświęconym… zwycięstwu ChRL- u nad USA w wojnie koreańskiej! Już na wstępie wita nas rzeźba, przedstawiająca Mao Zedonga i Kim Ir Sena witających się w bratnim uścisku na tle oddziałów armii (Mao jest, rzecz jasna wyższy; kilka sal dalej jest podobny sztandar koreański, tam Kim jest wyższy; a w ogóle te ich pozy są oczywistym nawiązaniem do słynnego radzieckiego plakatu pokazującego Stalina witającego Mao. Stalin tam, oczywista, Chińczyka przewyższa). Potem jest jeszcze lepiej, idąc korytarzami wystylizowanymi na drewniane okopy, wchodzi się do kolejnych pomieszczeń, takich jak sala pamięci poległego syna Mao, Anyinga, czy pokoi z setkami gablot, gdzie ujrzeć można zdjęcia pokazujące zwycięstwa armii chińskiej (znaczy, rzecz jasna, ochotników), , wdzięczność narodu koreańskiego, defilady zwycięstwa w Phenianie (teraz to się już pisze Pjongjang), czy powitanie bohaterów przez Mao Zedonga czy Zhou Enlaja (na jednym uroczym zdjęciu setkę sobie wali z żołnierzami, nic dziwnego, że był najbardziej lubianym przywódcą ChRL). Przekłamanie tutejsze jest wprost rozbrajające, ono nawet nie szokuje, swą naiwnością wręcz bawi. Jak chociażby ze zdjęciami przedstawiającymi domniemane użycie przez wojska ONZ broni biologicznej. Odnosi się tu wrażenie, że aforyzm o tym, iż „największym głupcem jest ten, kto innych uważa za głupców” nie jest miejscowym znany. Największą atrakcją muzeum jest fragment poświęcony propagandzie skierowanej do żołnierzy amerykańskich. Znajdziemy więc tutaj plakaty ze zrozpaczoną, samotną matką czytającą list ukochanego syna poległego w bezsensownej, imperialistycznej wojnie, zdjęcia tęskniącej ukochanej z napisem „marzę, że wrócisz na Święta. Nie mogę sobie ich bez Ciebie wyobrazić”, czy dające do myślenia kolaże pokazujące uniwersytet z jednej strony i okopy z drugiej z edukacyjnym podpisem: „synowie bogatych się uczą, synowie biednych giną w Korei”. Potem następuje seria materiałów o jeńcach wojennych: jak im to dobrze było w obozach, jak to dostali nowe płaszcze, jak ich przekonania religijne były respektowane, czy też jak to oddział Murzynów przeszedł na stronę chińską (tfu, sił Pokoju znaczy!). Są też – a jakże – zdjęcia matek cieszących się, że ich synowie dostali się do niewoli chińskiej: one wiedzą, że będą tam dobrze traktowani i że wrócą bezpiecznie na Święta. Na koniec zaś mamy fotografie amerykańskich jeńców protestujących przeciwko agresywnej i neokolonialnej wojnie prowadzonej przez ich państwo. To akurat jest prawda: Chińczycy w praniu mózgów osiągnęli na wojnie w Korei znakomite rezultaty, do dziś opisywane jako sztandarowe przykłady pozyskiwania przeciwników. Któż więc jest tutaj głupi?
Michał Lubina
Michał Lubina - jest doktorantem Wydziału Studiów Międzynarodowych i Politycznych UJ. Zjeździł z plecakiem większość krajów Azji, docierając lądem najdalszych zakątków Rosji, Chin, a także Indii, Pakistanu, Iranu czy Bangladeszu. Autor przewodników po Litwie i Rosji oraz licznych wystaw fotograficznych – m.in. z Rosji, Chin czy Armenii. Przewodnik i autor programów po Chinach w Klubie Laurazja (www.laurazja.pl). Fascynuje się Dalekim Wschodem, a Chinami w szczególności, o których związkach z Rosją pisze doktorat. Od sierpnia 2009r. jest stypendystą Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego w Pekinie.
Aby dodać swoją opinię, zaloguj się korzystając z poniższego formularza. Jeśli nie masz jeszcze konta, zarejestruj się.