Koniec Świata powie Ci dokąd warto pojechać i jak to zrobić tanio. Co więcej, powiedzą Ci o tym ludzie, którzy znają dany kraj na wylot, bo mieszkają w nim lub byli w nim wielokrotnie. Dowiesz się co zobaczyć, co zjeść, na co się szczepić, obejrzyjsz zdjęcia i posłuchasz muzyki.
Jeśli jedziesz gdzieś z plecakiem, znajdziesz tu wszystko czego szukasz.

Jadąc do Mongolii Wewnętrznej można mieć spore obawy co do tego, czy warto. Lektura przewodników oraz świadomość tego, iż region ten Mongolią jest już w dużej mierze tylko z nazwy, tylko pogłębiają to wrażenie. I rzeczywiście, jeśliby mieć ograniczoną ilość czasu, lepiej wybrać się do innych części Chin, bądź też, po prostu – do Mongolii (Zewnętrznej). Tym niemniej warto jednak – jeśli nie oczekuje się cudów, można zobaczyć piękne miejsca i zakosztować (powoli ginącego) uroku stepów.
Pierwsze wrażenie z Mongolii Wewnętrznej: Batou, to egzemplifikacja wszystkich najgorszych przeczuć. Jeśli można nazwać miasto koszmarnym, to Batou takie właśnie jest. Ta ongiś nomadyczna osada została po 1949 r., dzięki doskonałemu położeniu linii kolejowej Pekin – Yichuan, zamieniona w industrialne centrum. Jest to znakomity przykład typowej komunistycznej deformacji i odhumanizowania: miasto jest takim chińskim Donieckiem, wielkim, szaro - burym przemysłowym molochem, z ogromnymi prospektami i rozpadającymi się w oczach budynkami z wielkiej płyty. Tu dobrze widać, jak skończyło przesiedlenie koczowników ze stepów do bloków. A jednocześnie: stymulowanie Hanowskiej migracji. Tym samym miasto powstałe w imię „budowania nowej Mongolii” zaludniły dwie społeczności, mongolska i chińska, obie wyrwane ze swego środowiska i pozbawione korzeni. Stanowiące tym samym idealny materiał na „nowego człowieka” – śrubkę w systemie. Tak z pewnością wyglądała większość przemysłowych aglomeracji Chin przed 1979 r. Do Batou reformy jednak wciąż nie dotarły. Beznadzieja widoczna jest gołym okiem.
Na szczęście jest to wyjątek: bo już Hohhot, stolica, prezentuje się znacznie lepiej. Miasto jest czyste, zadbane, co rusz spotykamy (nowe) budynki upstrzone cała masą detali w symbolice nawiązujących do tradycyjnej sztuki mongolskiej. I chociaż jest to ewidentna cepelia, to urokowi miasta te błękitno – białe kopułki wręcz służą. Widać czasem odrobina kiczu nie zaszkodzi. Poza tym w Hohhot, w przeciwieństwie do Batou, coś jest. Chociażby osobliwa pagoda Wuta, czy urokliwy Wielki Meczet w stylu chińskim. A przede wszystkim: Da Zhao, główny klasztor lamaistyczny. Choć remont i (od)budowę widać na każdym kroku, to ta świątynia buddyjska zachowała, szczególnie w głównej Sali, z przepięknymi rzeźbami, autentycznie sakralną atmosferę. Kto trochę podróżował po Chinach, wie, jakże rzadki to przypadek.
Jeszcze lepiej jest w ukrytym w górach klasztorze Wudang. Miejsce to w pełni zasługuje na określenie „koniec świata”: bo zdaje się leżeć za siedmioma stepami i siedmioma górami. Droga do niego prowadzi przez budowaną dopiero drogę Batou – Shigui, w tumanach pyłu i kurzu. Po drodze mija się jakiś wielki kombinat, wyglądem przypominający rdzawiące radzieckie industrialne kompleksy na Syberii i będący kolejnym namacalnym dowodem na to, że „zmienianie biegu rzek” (tu raczej: kształtu gór) zawsze skończy się powolnym, nieuniknionym dekonstruktywizmem. Czyli po prostu – ruiną.
Do Shugui dojazd jest, dalej trzeba kombinować na własną rękę, bo transport publiczny nie istnieje. Temu miejscu to tylko służy, po ostatnim odcinku drogi do klasztoru mało kto jeździ, zaś sam monastyr położony jest w wyjątkowo malowniczej kotlinie, między łagodnymi, zalesionymi górami.
Wudang jest klasycznym przykładem, jak ważna w podróżowaniu po Chinach jest sceptyczna postawa. Jeśli jedzie się do tego kraju w poszukiwaniu jakiejś duchowości – zawód będzie srogi, a najbardziej: w klasztorach buddyjskich. Zresztą taoistyczne prezentują się nie lepiej, a o konfucjańskich świątyniach lepiej w ogóle nie wspominać – oglądać to warto tylko dla architektury (ale samo to – wystarczy). Jeśli natomiast przyjeżdża się ze świadomością wkraczania niczym w pustynię duchową, można się miło zaskoczyć. I tak właśnie jest w Wudangu. Monastyr ten, będący własnością Sekty Gelugpa (Żółtych Czapek) buddyzmu tybetańskiego, otrzymał od przedstawicieli „naukowego ateizmu” cios jak najboleśniejszy: w niewyjaśnionych okolicznościach przepadła ostatnia inkarnacja Żyjącego Buddy (z oficjalnej historii klasztoru również, tak na wszelki wypadek). Z klasztoru zrobiono muzeum, zaś mnichów zmuszono do dziurkowania biletów przy każdym kolejnym budynku. Poza tym podczas Wielkiej Proletariackiej Rewolucji Kulturalnej (którą kiedyś pewien nasz sinolog trafnie podsumował, mówiąc, że 3 z 4 tworzących je słów to kłamstwo: z wyjątkiem przymiotnika „wielka”) hordy hunwejbinów doszczętnie zniszczyły najpiękniejszą – i najważniejszą świątynie klasztoru (tej zarazie nawet na takie odludzie się chciało przedzierać, by coś zniszczyć – kolejny przykład potęgi fanatyzmu). Słowem: oczekiwań wielkich docierając do tego miejsca mieć nie można było. A jednak klasztor potrafi uwieść: nie tylko swym pięknym położeniem, bielącymi się na tle bezchmurnego nieba ścianami, czy naprawdę przepięknymi freskami z XVII w. (na szczęście hunwejbingowie zazwyczaj zbyt bystrzy nie byli i niszczyli na oślep, więc sporo cennych zabytków się zachowało). Przede wszystkim: iście buddyjską atmosferą zatrzymania się w czasie, spowolnienia i wręcz filozoficznej ciszy. Widać, że duchowość się powoli odradza. Sprzyja temu zaciszne położenie i bycie na uboczu głównych szlaków turystycznych. I choć chińskie grupy się pojawiają, to jest ich mało i dzięki temu nie zakłócają atmosfery tego miejsca. A mnisi siedzący w cieniu upstrzonych freskami bóstw sal modlitewnych i bibliotek, choć dziurkowaniem biletów zajmować się muszą, to jednocześnie przewijają palcami paciorki różańców, nie przerywając przy tym śpiewania mantr.
Jednak to nie klasztory są tym dla czego się przyjeżdża do Mongolii Wewnętrznej, a stepy. I chociaż komercjalizacja odcisnęła na tym obszarze swoje charakterystyczne, destrukcyjne piętno, to akurat jesienią wszystkie jurty turystyczne stoją puste, zaś po drogach nie mkną jedne za drugimi setki wynajętych pod grupy autokarów. Jest naturalnie. Pusto. I zimno. Diabelsko. Wiatr przewiewa człowieka na wszystkie strony, jest przenikliwy, przeszywający, wręcz chłoszczący po twarzy. Bez ciepłej kurtki, czapki i szalika przetrwać się tu w październiku nie da – i strach pomyśleć, jak jest tu później. A ziąb ten jest dość nieoczekiwany, kontrastujący z suchym, palącym słońcem i bezchmurnym, błękitnym niebem. Jadąc autobusem można zachwycić się sięgającymi po horyzont łąkami, wysiadłszy zaś momentalnie doświadczy się realiów, dosłownie – zejdzie na ziemię. Odczuje całkowicie, co znaczy siła żywiołu: wiatru.
Można zacząć się zastanawiać: po kiego czorta jechać taki kawał, by, zostawszy przewianym na wszystkie strony, zobaczyć kawał pustej równiny? Bo na dobrą sprawę step to nic szczególnego – wielka, niekończąca się łąką i już. Tak racjonalnie do tego podchodząc, to nie ma w tym nic pociągającego. A jednak… W stepie jest coś takiego nieopisanego, co sprawia, że człowiek może wędrować i czuje się jak zaklęty, wpatrując się w ciągnący się po horyzont bezkres. Skąd się to bierze? Może to jakiś sentymentalizm się włącza, reminiscencja Kresów? Wizualizacja młodzieńczej fascynacji Sienkiewiczem? Romantyczna, narodowa tęsknota za mitycznymi „Dzikimi Polami”?
Bo, włócząc się po, brązowym o tej porze roku, smaganym wiatrem, stepie, można wreszcie w odpowiednim miejscu zaśpiewać pieśń, pamiętaną z czasów licealnych, gdy chodziło się do Spodka na mecze siatkarzy, piosenkę znaną każdemu kibicowi w Polsce:
„W stepie szerokim,
Którego okiem, nawet sokolim,
Nie zmierzysz….
Wstań! Unieś głowę!
Wsłuchaj się w słowa,
Pieśni o Małym Rycerzu!”
Odśpiewanie tego w mongolskim stepie jest jedną z tych rzeczy, za które nie zapłaci się kartą Mastercard. Jeszcze długo.
Michał Lubina
Michał Lubina - jest doktorantem Wydziału Studiów Międzynarodowych i Politycznych UJ. Zjeździł z plecakiem większość krajów Azji, docierając lądem najdalszych zakątków Rosji, Chin, a także Indii, Pakistanu, Iranu czy Bangladeszu. Autor przewodników po Litwie i Rosji oraz licznych wystaw fotograficznych – m.in. z Rosji, Chin czy Armenii. Przewodnik i autor programów po Chinach w Klubie Laurazja (www.laurazja.pl). Fascynuje się Dalekim Wschodem, a Chinami w szczególności, o których związkach z Rosją pisze doktorat. Od sierpnia 2009r. jest stypendystą Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego w Pekinie.
Aby dodać swoją opinię, zaloguj się korzystając z poniższego formularza. Jeśli nie masz jeszcze konta, zarejestruj się.