Koniec Świata powie Ci dokąd warto pojechać i jak to zrobić tanio. Co więcej, powiedzą Ci o tym ludzie, którzy znają dany kraj na wylot, bo mieszkają w nim lub byli w nim wielokrotnie. Dowiesz się co zobaczyć, co zjeść, na co się szczepić, obejrzyjsz zdjęcia i posłuchasz muzyki.


Jeśli jedziesz gdzieś z plecakiem, znajdziesz tu wszystko czego szukasz.

Chiny - Państwo Środka od srodka

Łzy Mao

Ilekroć jechałem metrem we wrześniu bądź październiku, nie sposób było uciec od trailerów pewnego filmu. Nie dało się ich nie zauważyć, ominąć wzrokiem, zignorować. Biły po oczach, wręcz krzyczały: „zobacz mnie!”, „zobacz!”, „tu jestem, tu! tu!”. A że w pekińskiej kolejce podziemnej w każdym wagonie jest kilka telewizorów, usytuowanych tak, by były widoczne z dowolnej części kabiny (z której książki znamy taką rzeczywistość? No z której?), to uciec od tego widoku siłą rzeczy się nie dało. Zresztą – dopóki nie przejadły mi się całkowicie te same sceny powtarzane w kółko – to patrzałem z żywym zainteresowaniem. Film ten bowiem traktował o wydarzeniach poprzedzających ustanowienie ChRL, a konkretnie o wojnie domowej w Chinach z lat 1945-1949. A temat ten mi bliski – ongiś pisałem magisterkę o stosunkach radziecko – chińskich, w których odegrała ona jedną z kluczowych ról. Poza tym, akurat przypadała 60 rocznica proklamacji miejscowej Republiki Ludowej.


Film ten miał ją uświetnić. W jego produkcji wzięła udział pokaźna liczba chińskich celebrities, z ludźmi formatu Chena Kaige na czele. Główne zaś role zagrały miejscowe gwiazdy. Uroczysty stosunek do tego owocu Melpomeny (bo raczej nie Klio) dało się odczuć również w zapowiedziach prasowych. W jednym z artykułów wyczytałem pouczające zdanie o tym, że niektórzy z aktorów w nim grających zrobili to społecznie, dając tym samym godny pochwały przykład patriotyzmu. A już szczególnie zachwycił mnie komentarz redakcyjny, sławiący tę postawę i jednocześnie snujący konkluzję, że takie zachowanie skłania do refleksji nad tym, którzy z reszty ekipy tego NIE uczynili…

Skoro o odtwórcach mowa, to są nawet do granych protoplastów podobni. Najbardziej udał się im Mao i Czou Enlaj, nienajgorzej prezentują się też Zhu De, czy Song Meiling. Znacznie mniej realnie wygląda Czang Kaj-szek, ale tu trzeba twórców rozgrzeszyć. Primo – to główny Schwarz Charakter, po co się było zbytnio starać, secundo: znaleźć kogoś  podobnej kościotrupiej aparycji naprawdę nie jest łatwo. Nawet w ponad miliardowych Chinach (zresztą, kto by chciał?).   

Jednak nie to, jak wygląda się liczy, lecz jak gra. A czyni to znakomicie. Czang jest najbarwniej ze wszystkich sportretowany filmie. Nie jest ani cukierkowy jak komuniści, ani do szpiku kości zepsuty jak jego własne otoczenie. Ku memu zaskoczeniu nie jest też ontologicznie zły. No, fakt, czasem kogoś tam skaże na śmierć, słów i umów nie dotrzymuje, słucha się żony za bardzo (ale jakie to chińskie!) i w ogóle to marny z niego przywódca (nie to, co Mao). Z drugiej jednak strony jest bystrym i dalekowzrocznym politykiem, realistą mającym świadomość własnej porażki. Na koniec filmu wypowiada podsumowujące – i jakże prawdziwe – zdanie: „sami zniszczyliśmy Kuomintang”. Absolutnie najlepszą sceną w filmie jest jego spacer po pustym Parku w Nankinie z synem, Chiang Ching-kuo. Chiang jest tu młodym reformatorem chcącym poskromić skorumpowanych oficjeli – i uratować przez to Chiny. Czang Kai-szek wypowiada wtedy iście hamletowskie zdanie: „jeśli to zrobisz, zachowamy kraj, lecz stracimy partię”. Nie pozwala, tracąc kraj, lecz zachowując partię.   

Widok podtrzymującego się na lasce, steranego wiekiem i brzemieniem, jakie na siebie włożył, przywódcy Republiki Chińskiej, jest świetną ilustracją końcówki rządów KMT na kontynencie. I przypomina mi jedno zdjęcie. Przedstawia ono Czanga (razem z synem) jak po raz ostatni przed ucieczką na Tajwan odwiedza grób przodków w rodzinnym Xikou. Jest tam przygnębiony, rozbity, złamany. Zupełnie jak tutaj. To scena i ta postać to wielki atut filmu.    

Jeden z niewielu. Bo poza tym dzieło to nawiązuje do najlepszych serwilistycznych tradycji socrealizmu. Nacieszyć oczy można chociażby widokiem Mao bawiącego się na łące pełnej kwitnących kwiatów (pewnie stu…) z małymi dziewczynkami. W pewnym momencie idyllę przerywa Czou Enlaj, spieszący donieść o czymś ważnym. Mao, choć niechętnie, to jednak z potrzeby obowiązku wobec narodu, wstaje zająć się sprawami państwa. Ale dziewczynka prosi: „wujku, wujku, weź mnie na barana!”, a że druga nie pozostaje dłużna, to Mao jest w kropce. Nic to! Od czego ma Enlaja! Obaj biorąc dziewczynki na plecy i radosnym truchtem wracają do bazy. Słowem: „obrońca Pokoju, przyjaciel dzieci” w pełnej krasie! A do tego demokrata. Pod koniec mamy scenę jak Mao siedzi przy stole i z niekłamaną radością oraz iście ojcowską dumą, przysługuje się dyskutującym towarzyszom. I jeszcze – dżentelmen. Jednym z najbardziej kuriozalnych momentów filmu jest fragment o wyborze flagi ChRL. Wszyscy debatują i debatują. Omawiają kolejne projekty i nie umieją wybrać. Wreszcie Mao pomaga wyjść z impasu.  Podczas spotkania z kobietami pyta się, co one o tym myślą. A panie, jedna przez drugą, zachwalają jeden projekt. Podkreślają znaczenie kolorów, empatię, jaką ta flaga wywoła i ogólny ciepły nastrój. Mao patrzy na nie rozanielonym wzrokiem męża pozwalającego żonie zrealizować się w gotowaniu i na końcu przytakuje. Nie trzeba chyba dodawać, że mowa o obecnej fladze Chińskiej Republiki Ludowej…     

Momentami jest jeszcze lepiej. Żywcem wyjęta z „Defilady” Fidyka jest chociażby historia kucharza Mao. Poznajemy go w chwili, gdy Mao, zmęczony codzienną pracą, daje się uprosić Czou Enlajowi, by coś zjeść. Wchodzą słudzy i proszą, by mogli przedstawić kuchtę. Mao rzecz jasna się zgadza, chwali naszego szefa kuchni i pyta, co sprawia, że jego dania są tak wyśmienite. Ten pokazuje mu czerwoną papryczkę. Taką niepozorną, niewinną, prawie jak u Monty Pythonów: „mały listeczek”… Ale Mao to (jeszcze) nie Pan Gruby z „Sensu życia”: bierze paprykę, przegryza – i jak przystało na prawdziwego mężczyznę – ani drgnie, mówiąc tylko: „No, naprawdę ostre”. W nagrodę daje swemu kucharzowi papierosa. Ten wkłada go za ucho. „Nie palisz?” – pyta zdumiony Przewodniczący. „To papieros od Mao Zedonga, mój skarb, zachowam na pamiątkę!” prawie łkając ze szczęścia odpowiada tamten. Wielki Sternik nienamyślając się wiele funduje mu CAŁĄ paczkę.   

Kilkanaście scen później mamy bombardowanie bazy komunistów. Wszyscy uciekają w góry, tylko kucharz biegnie w drugą stronę. Siłą go ktoś zatrzymuje: „Ty dokąd?, oszalałeś?!”, „puść mnie! Nie wziąłem przypraw dla Mao!” wyrywając się z uścisku krzyczy kuchta. I po chwili ginie w zbombardowanym domu. Już po wszystkim Mao pociesza szlochającego przyjaciela zmarłego. Ten wstrząsany spazmami płaczu wyje: „Nie chciał słuchać, nie dał się zatrzymać, mówił, że musi wrócić, bo nie zrobił jeszcze obiadu Przewodniczącemu!” 

Na pogrzebie Mao Zedong pokazany jest z oddali. Samotnie kontempluje widok skromnego nagrobka. Nie wiemy, czy płacze. Raczej nie. Ta czynność jest u niego zarezerwowana dla ważniejszych wydarzeń. Jak chociażby do tego. Po jednym ze zwycięstw mamy scenę, która jest twórczym rozwinięciem najlepszych tradycji N. Ostrowskiego, Polewoja, czy Fadiejewa (a z naszych chociażby Ważyka). Mao i s-ka tańczą z ludem, trzymając się za ręce, śpiewając, śmiejąc się i całym swoim jestestwem prezentując postawę: „radujcie się!”. Potem zaś, już w pokoju, przy suto zastawionym stole, Czou Enlaj, Zhu De i Liu Shaoqi, pijani w sztok, podrywają się i, prowadzeni przez Czou, zaczynają wyśpiewywać „Międzynarodówkę”. Scena jest tak podniosła, że gdyby nie odruchowy wybuch śmiechu, to aż chciałoby się wstać i ryknąć: „wyklęty powstań ludu ziemi! Powstańcie, których gnębi głód!”... Mao, rzecz jasna najmniej pijany, opiera się głową o ścianę i patrząc na przyjaciół, na jego policzku pojawia się łza szczęścia.    

I rzeczywiście, patrząc na ten film z tej strony, chciałoby się zacytować mojego dziadka, który powtarzał mi ongiś przedwojenne powiedzonko: „tu nie ma się co śmiać, tu trzeba płakać”. Konkretnie – tylko siąść i płakać.

Obejrzałem ten film, bo ciekawiło mnie, jak pogodzona zostanie potrzeba prezentowania tych wydarzeń „po linii” z oczekiwaniami współczesnego widza. Zdawać by się mogło, że dziś już nie przejdą numery z pierwszej epoki socrealizmu. Że nie te czasy. Że propagandowe gnioty nie mają już racji bytu. I tak poniekąd jest. Ten film niejednoznaczny jest bowiem. Jego tempo, sposób filmowania, grania, a nawet pokazywania najbardziej pomnikowych momentów, jest bardzo nowoczesny. Za to treść tak świeża jak skóra Przewodniczącego w jego pekińskim mauzoleum. 

Jest jedno novum w tym dziele. A mianowicie pokazanie emocji u wodzów rewolucji. Czou Enlaj i Mao zachowują się jak oddani sobie na dobre i złe przyjaciele. Song Qingling wzrusza się na widok setek tysięcy śpiących żołnierzy – zdobywców Szanghaju. Pokazywane dyskusje wewnątrz „wielkiej piątki” KPCh mogłyby być wzorem demokracji i sposobu rozwiązywania problemów. Są szczere, uczciwe, prowadzone w najlepszym duchu szacunku i przyjaźni. Ten obraz to rzecz jasna wszystko wynik imponującej imaginacji partyjnych „władców przeszłości”. Jak było naprawdę, dobrze opisuje chociażby Li Zhisui. A stosunki między Mao Zedongiem a Czou Enlajem najtrafniej podsumowała Jung Chang, pisząc ongiś, że „Czou był dla Mao kimś w rodzaju eunucha”.  

Tyle tylko, że przeciętny widz tego nie wie (i pewnie nigdy się nie dowie). Raduje on oczy urzekającym obrazem władzy, która nie tylko jest potężna i niezwyciężona, ale również: ludzka. W takie ręce aż chce się oddać brzemię rządzenia. A przede wszystkim – ją polubić. A jak zapała się sympatią, to tym łatwiej wybaczy się pewne „błędy i wypaczenia”. 

A czyż nie ma lepszego sposobu na wzbudzenie pozytywnych emocji, niż ukazanie Mao Zedonga podczas proklamacji ChRL jako roniącego łzy szczęścia Ojca Narodu, który spełnił odwieczne marzenie o dobrobycie i sile Państwa Środka? Przewodniczący jest tutaj jakby głową jednej, wielkiej, wspólnej rodziny. W naturalny sposób winno mu okazać szacunek. I nie zadawać zbyt wielu pytań. Ojców się nie osądza. Nie w tym kraju.

Jiàngúo dàyè (Powstanie Republiki)
Chiny 2009,
Reż. Huang Jianxin, Han Sanping
Wyk. Tang Guoqiang, Zhang Guoli, Wang Xueqi, Chen Kaige i in.

Michał Lubina


Najtańsze bilety lotnicze w sieci
+/- 3dni
+/- 3dni

Autor

Michał Lubina - jest doktorantem Wydziału Studiów Międzynarodowych i Politycznych UJ. Zjeździł z plecakiem większość krajów Azji, docierając lądem najdalszych zakątków Rosji, Chin, a także Indii, Pakistanu, Iranu czy Bangladeszu. Autor przewodników po Litwie i Rosji oraz licznych wystaw fotograficznych – m.in. z Rosji, Chin czy Armenii. Przewodnik i autor programów po Chinach w Klubie Laurazja (www.laurazja.pl). Fascynuje się Dalekim Wschodem, a Chinami w szczególności, o których związkach z Rosją pisze doktorat. Od sierpnia 2009r. jest stypendystą Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego w Pekinie.


Zdjęcia Michała Lubiny

Obejrzyj zdjęcia z Chin w naszej galerii.

Komentarze? Zaloguj się.

Aby dodać swoją opinię, zaloguj się korzystając z poniższego formularza. Jeśli nie masz jeszcze konta, zarejestruj się.

zaloguj się: