Koniec Świata powie Ci dokąd warto pojechać i jak to zrobić tanio. Co więcej, powiedzą Ci o tym ludzie, którzy znają dany kraj na wylot, bo mieszkają w nim lub byli w nim wielokrotnie. Dowiesz się co zobaczyć, co zjeść, na co się szczepić, obejrzyjsz zdjęcia i posłuchasz muzyki.


Jeśli jedziesz gdzieś z plecakiem, znajdziesz tu wszystko czego szukasz.

Chiny - Państwo Środka od srodka

Łaźnia

Mój znajomy Ormianin od kilku tygodni naciągał mnie na pójście do wspaniałej, jak twierdził, łaźni. Zachwalał ją w samych superlatywach, mówiąc, ze cudowne, ze mnóstwo możliwości i że tanie. Jak usłyszałem, ze 160 RMB (80PLN), to początkowo iść nie chciałem. Potem  jednak – powodowany ciekawością i chęcią wyleczenia utraty głosu i ogólnego zapalenia gardła, spowodowanego intensywnymi terenowymi badaniami nad mongolską bai jiu, poszedłem.

 

Ledwo żywy przez to gardło pojechałem z 6 innymi osobami, w tym z głównym prowodyrem - Ormianinem. Jazdę w taksie przespałem, nagle budzę się, patrzę - a tu zajeżdżamy przed wielki budynek, z zewnątrz wyglądający jak 5 gwiazdkowy hotel. Wchodzimy - wrażenie się potęguje. Potem jest juz tylko jedno wielkie nieustające wytrzeszczenie oczu. Całość lśni, jest wypucowana i wymuskana, każdy detal stworzony jest po to, by być jak najwygodniejszym i najpraktyczniejszym. Sama łaźnia to inny świat. Basenów jest kilka: główny, wielki, 40-stopniowy, gdzie można zażywać różnych masaży wodnych, prysznicy, leżąc w fotelach à la jacuzzi, a nawet oglądać mecze angielskiej Premiership z umieszczonych wszędzie telewizorów. Kolejny: na zewnątrz budynku - na dworze. Tez 40-stopniowy, z młynem wodnym obracającym się i wlewającym strumienie na leżącego pod nim klienta. Wrażenie chłodu z góry i zimna z dołu - niezapomniane. Do tego jest jeszcze jeden basen, najgorętszy, 45stopniowy, położony na samej górze. Prowadza doń schody, sam jest mały i otoczony fotelami bujanymi oraz leżakami - by jeśli ktoś zechce, miał jak  odpocząć przed i po. Oprócz tego na terenie kompleksu znajdują się  3 sauny: turecka i dwie fińskie oraz kilka pomieszczeń masażu. Jest również osobna atrakcja: brodzik z małymi rybkami chmarą otaczającymi kapiących się i gryzący ich, na zdrowie podobno. Spędzić tu z zaiście można cały dzień, człowiek się po tym czuje jak nowo narodzony. A do tego w cenie dla gości serwowane są jabłka, gruszki i banany oraz woda. Zaś wieczorem darmowa kolacja – z cyklu najwykwintniejszych. A jak ktoś chce odpocząć - to i sale do spania. Bo tu kupuje się wstęp za 160 yuanow na 18 (sic!) godzin i wszystko jest w nim. Skorzystałem wiec: po kolacji znajomi poszli do klubu, ja zaś z przyczyn zdrowotnych zostałem – zaprowadzono mnie do jednej z wielu sal, gdzie w każdej usytuowanych jest po 30 niesamowicie miękkich łóżek. Rozłożone są od siebie na tyle daleko, by nikt nikomu nie przeszkadzał i na tyle blisko, by można było rozmawiać. Oraz – robić to, co dla wielu jest kwintesencją życia: oglądać TV. Każdy dostaje przenośny telewizor, łóżko zaś można złożyć i wtedy staje się fotelem, oraz rozłożyć – i mamy wielka sypialnie. Rano serwowane jest śniadanie, w południe – obiad. Całość robi wrażenie jak z innej bajki. Jest to wprost nie do uwierzenia, ze za taka cenę człowiek ma możliwość pojawić się w samym centrum najbardziej ekskluzywnego świata. Tu się czuje, że to dla elity: gośćmi są sami chińscy milionerzy, przed wejściem dumnie pysznią się kolejne najnowsze modele mercedesów, porsche i ferrari. W szatni przyjrzeć się można jak zdejmują najdroższe ubrania, diamentowe zegarki i tysiące podobnych atrybutów luksusu. Widać białych biznesmenów robiących tu interesy i – rzecz jasna – Ruskich, z tym ich charakterystycznym emploi wschodniej mafii, z tatuażami i wielkimi spasionymi brzuchami. Ale nie tylko takich - jak siedziałem sobie sam w łaźni fińskiej, to nagle weszło 5 ludzi, Rosjan. Przysłuchałem się rozmowie. Okazali się być członkami oficjalnej delegacji z Kremla...

 

A że przebywają tu nowe elity widać również po zachowaniu obsługujących. Już przy wejściu jeden odźwierny otwiera nam drzwi, przechodzimy do przedpokoju gdzie kilku kolejnych nas wita i pokazuje drogę w pozie kolonialnych lokai. Ściągamy buty - dobrze, że robimy to szybko, bo juz podbiega kilku, by nam w tej czynności pomoc. Potem szatnia – nawet nie pozwolą samemu znaleźć szafki – już zabierają klucz i w największej służalczości otwierają szafkę, pomagają włożyć do niej rzeczy, a nawet się rozebrać. Są tak mili, tak służalczy, nie człowiek już całkiem głupieje - bo przecież pozwolić, by ktoś cię ubierał i rozbierał nie można, to wszak upokarzające, a z drugiej strony – urazić się nikogo nie chce. Wygrywa jednak samodzielność, podlana jeszcze spora dawka slow typu „dziękuję i przepraszam”, które maja tutaj magiczne działanie – Chińczyk cały promienie i staje się prze szczęśliwy, ale równie szybko sam z kolei zaczyna się kajać w stylu „przepraszam ze żyje”. Widać, ze wyrazy te traktowane są tak, jak u nas staropolszczyzna: wiemy, ze kiedyś tak mawiano, ale co to właściwie znaczy?To nie koniec, to początek. Podczas kąpieli cały czas za człowiekiem łażą i dają kolejne ręczniki, kładą pod głowę, przynoszą jabłka. Jak zdrzemnąłem się chwile na fotelu, zaraz jeden podbiegł żeby powiedzieć, ze na drugim piętrze jest specjalna sala do drzemki. To samo jak przechodzi się przez korytarz: o samotnym szukaniu drogi można zapomnieć. Zaraz pojawi się jakiś zgięty w pół człowieczek i z mina wiernego psa spełniającego swój obowiązek – i wyrażającego w tym swe pragnienia – zaprowadzi do odpowiedniego miejsca. Jak położyłem się na fotelu, by zasnąć, za chwile przybiegł jeden, by nacisnąć mi przycisk rozkładający łóżko – by było mi wygodniej. Gdy człowiek skończy się kąpać, trzeba się przebrać w stylowe piżamy – to też oczywiście oni to chcą zrobić i tez trzeba być szybkim, by samemu się rozebrać i ubrać (z bielizna włącznie). Po czym od razu zaprowadzą na stołówkę (ze mną mieli jeszcze ten problem, ze szybko chodzę, wiec w kilku lecieli). Byłem, obok moich znajomych chyba jednym z nielicznych, których to zachowanie krepowało - reszta gości traktowała je nie tylko jako cos jak najbardziej naturalnego, lecz jako coś oczywistego, coś jak najbardziej na miejscu, coś naturalnego. I to było najbardziej szokujące. To wrażenie jest lepsze niż dziesiątki lektur o kolonializmie, o zachowaniu białych sahibów na Wschodzie, czy też o neokolonializmie XX wieku. Bo to właśnie wygląda, jakby było żywcem wyjęte z innej epoki, jakby tylko zmieniono dekoracje i dodano trochę błyskotek technicznych. Zachowania zaś pozostały te same. I to jest straszne. Zdarzało mi się zachowywać w sposób kolonialny – czego dziś się wstydzę – choćby w Indiach. Nigdy jednak nie była to nawet namiastka tego, co ujrzałem. To nie jest Orwellowskie „równi i równiejsi”. Tu króluje postawa à la arystokracja i bydło - powiedzieć to i tak będzie to mało. Do wychodzę z szoku, co tam ujrzałem. Całe moje wychowanie, moja kultura, moja religia, wszystko to nauczyło mnie jakiegoś elementarnego szacunku dla drugiego człowieka, fundamentalnej zasady równości ludzi w sensie aksjologicznym. Nie mogę pojąć, jak tam można?Wczoraj zrozumiałem, dlaczego narodził się socjalizm.I to gdzie? w Chińskiej Republice Ludowej! No przecież to być nie może! Przeciecz właśnie przez COŚ TAKIEGO Kuomintang przegrał wojnę domowa a komuniści ja wygrali! Bo za KMT byli „ancient regime” w wersji tak lokalnej, jak i neokolonialnej, byli „równi i równiejsi” i było „po nas choćby potop” - i tym samym było deptanie godności drugiego człowieka. Źle się tam czułem. Mimo tych wszystkich bajerów, błyskotek, tego wszystkiego, co miało sprawić, bym odpoczął. Owszem, fizycznie czuje się znacznie lepiej, tylko będąc tam nie byłem w stanie się dobrze bawić. Nie tylko z powodu tej rażącej, szokującej, bijącej po oczach nierówności. Także z innego.

Miałem kiedyś znakomite zajęcia z antropologii religii. Przerabialiśmy tam m.in. 8 sposobów bycia religijnym. 4 pierwsze były tradycyjne i zrozumiale. 4 pozostałe - nowoczesne. Ostatnim była - religijna wiara w to, że postęp i rozwój technologiczny może wzbogacić życie człowieka. Sprawić, ze będzie ono przyjemniejsze. A przez to - pełniejsze. I piękniejsze. Ta sauna była świetną ilustracja tego zachodniego podejścia, teraz eksportowanego do Chin. Bo to jest iście religijna postawa - by było jak najwygodniej, jak najbardziej ekskluzywnie i – przede wszystkim – jak najbardziej komfortowo.

A mnie to w ogóle nie bawi, nie kreci, nie podnieca, nie robi na mnie wrażenia. Ja się tu czuje dziwnie i obco. Ciągle ciśnie mi się na usta pytania: „Ale po co?”. Dla mnie wystarczyłaby jeden basen i jedna szafka na rzeczy.

Już Diogenes mawiał, ze szczęście polega na ograniczaniu swoich potrzeb (i dlatego wlazł do beczki). Nie o cyników tu jednak chodzi. O coś innego - nie dziwi mnie, ze chińscy komuniści przejęli to zachodnie podejście - bo one idealnie współgra z ich permanentna walka z wszelka duchowością. Bo jakakolwiek prawdziwa religia i idąca za nią postawa życiowa, wyrażająca się w kulturze ludzi, społeczeństw i narodów jest idealnie sprzeczna z quasi religijna postawa symbolizowaną przez to miejsce.

 

Na zakończenie coś, czego może nie powinienem pisać. Byłem tak zmęczony, ze obudziłem się bardzo późno. Spojrzałem na zegarek - i się przeraziłem. Była 11.20, a ja 16 godzin jakie jest w cenie jednego pobytu mijały za 10 minut. Oznaczało to, ze mam małe szanse. Mogłem w sumie zejść z mina milionera niedbającego o nic. Zbiegłem jednak szybko na dół, w wielkim pospiechu zacząłem się ubierać i pokazując lokajom zegarek. Nerwowością i językiem ciała pokazywałem, ze nie stać mnie na dłuższy tu pobyt. Zrozumieli: jeden z nich wziął to ode mnie elektroniczny zamek, gdzie wbita jest godzina pobytu, nie czekając aż się ubiorę i pobiegł i przystawił to do czytnika. Zdążyłem. o 7 minut.

 

Wtedy, jak biegłem, by zdążyć, po raz pierwszy ci chłopcy, pracujący tu jako lokaje, przestali patrzeć na mnie jak na zblazowanego nowobogackiego przedstawiciela bananowej młodzieży. Zaczęli mnie traktować jak jednego z nich. Zobaczyli we mnie człowieka. Dobrze mi z tym. A potem się okazało, ze się pomyliłem: nie 16, a 18 godzin: wciąż miałem dwie godziny wolnego. Nie żałuję.

 
Michał Lubina



Autor

Michał Lubina - jest doktorantem Wydziału Studiów Międzynarodowych i Politycznych UJ. Zjeździł z plecakiem większość krajów Azji, docierając lądem najdalszych zakątków Rosji, Chin, a także Indii, Pakistanu, Iranu czy Bangladeszu. Autor przewodników po Litwie i Rosji oraz licznych wystaw fotograficznych – m.in. z Rosji, Chin czy Armenii. Przewodnik i autor programów po Chinach w Klubie Laurazja (www.laurazja.pl). Fascynuje się Dalekim Wschodem, a Chinami w szczególności, o których związkach z Rosją pisze doktorat. Od sierpnia 2009r. jest stypendystą Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego w Pekinie.


Zdjęcia Michała Lubiny

Obejrzyj zdjęcia z Chin w naszej galerii.

Komentarze? Zaloguj się.

Aby dodać swoją opinię, zaloguj się korzystając z poniższego formularza. Jeśli nie masz jeszcze konta, zarejestruj się.

zaloguj się: