Koniec Świata powie Ci dokąd warto pojechać i jak to zrobić tanio. Co więcej, powiedzą Ci o tym ludzie, którzy znają dany kraj na wylot, bo mieszkają w nim lub byli w nim wielokrotnie. Dowiesz się co zobaczyć, co zjeść, na co się szczepić, obejrzyjsz zdjęcia i posłuchasz muzyki.


Jeśli jedziesz gdzieś z plecakiem, znajdziesz tu wszystko czego szukasz.

Ładna wyspa

Najpopularniejszą i najbardziej zużytą anegdotą o Tajwanie jest opowieść o tym, w jaki sposób otrzymał on swoją europejską nazwę: Formoza. Miał mu ją nadać holenderski kapitan portugalskiego statku (już owe połączenie jest dość osobliwe w kontekście azjatyckiej rywalizacji tych krajów). Zobaczywszy ląd krzyknął z zachwytem: „Ilha Formosa!” („piękna wyspa”). Jak dowcipnie napisał jeden z naszych internatów: „ciekawe, jakby się dziś Tajwan nazywał, gdyby tym kapitanem był Polak?”. W końcu Tajwan też jest na 5 liter… 

Bez względu na to, w jaki sposób okazał(by) swój podziw, nie można się z nim zgodzić. Zapewnie marynarze płynęli już długo i/bądź nie oczekiwali tak szybko tak dużego lądu. Może nie widzieli w swoim życiu wcześniej niczego porównywalnego. Bądź też wypili za dużo rumu. Albo po prostu cała anegdota jest doskonałym przykładem dawnego marketingu Tajwańczyków. Ta wyspa nie jest piękna. Jest ładna. Tylko tyle. Albo aż tyle.

Zacznijmy od stolicy. Tajpej: nic tu nie ma. Mauzoleum (Sala Pamięci) Czang Kaj-szeka może zafascynować tylko szczególnych miłośników tego typu miejsc (jak ja), bądź namiętnych historyków. Samo w sobie jest ciekawe, ale nic więcej. Podobnie jak jego ideologiczna kopia: Sala Pamięci Sun Jat – sena. Nowa wizytówka miasta: drugi najwyższy budynek świata, wieża Taipei 101, jest równie wielka jak rozczarowująca. Wydaje się, że została zbudowana z jakiejś potrzeby dogonienia światowych wzorców. Chyba się włodarze miasta poczuli łyso, że wszystkie azjatyckie metropolie mają drapacze chmur i wysokościowce, a Tajpej pozostaje miastem parterowym. Zaczęli więc nadganiać stracony czas i bezustannie budować szklane potwory: nowoczesna architektura stolicy Tajwanu jest wyjątkowo pozbawiona wyrazu, nijaka i brzydka po prostu. Sama wieża, poza swą wysokością, nie robi żadnego wrażenia (to nie Petronas w Kuala Lumpur). Ot, stoi na tle niskich budynków mieszkalnych i myśli falliczne przywodzi.

Główną atrakcją stolicy miało być Muzeum Pałacowe (zbiory Gugongu, czyli Zakazanego Miasta w Pekinie, wywiezione w trakcie ewakuacji KMT na Tajwan). Nie raz, nie dwa słyszałem, że żeby zobaczyć prawdziwe, najlepsze dzieła sztuki chińskiej, trzeba pojechać na Tajwan, gdyż na kontynencie komuniści wszystko zniszczyli. Zjechawszy sporą część Chin, a teraz Tajwan, stwierdzam, że to bzdura. Po pierwsze – czerwoni nie wszystko poniszczyli, nawet w trakcie Rewolucji Kulturalnej Zhou Enlai czuwał i najważniejszych zabytków tknąć nie dał (jasne, że nie wszystko wyratowano, ale na pewno uratowano więcej niż zniszczono). Po drugie: narodowcy ewakuowali na Tajwan tylko to, co się dało. Siłą rzeczy nie mogły to być ani budynki, ani większe rzeźby, ani wielkogabarytowe wyposażenie świątyń i pałaców. Wzięli to, co mogli: kaligrafię, pisma, dokumenty, a przede wszystkim: sztukę dekoracyjną. Tajpejski Gugong to przykład mistrzostwa szczegółu. Co rusz eksponowane są maciupeńkie majstersztyki dawnych mistrzów, złotnicze ozdóbki, rękodzielnicze cacka i jubilerskie pierdułki. Główną atrakcją są: ozdoba w kształcie sztuki mięsa (sic!) i nefrytowa miniatura kapusty (sic!). Znając rolę jedzenia w życiu Chińczyków rozumiem, że rzeźba mięsa może wzbudzać w nich wzniosłe uczucia, ale nie znaczy to, że zachwyt ten jest uniwersalny i każdemu się udziela. Całość przywodzi na myśl jakąś chińską odmianę jajek Faberge. Intrygujące, zaciekawiające, interesujące. Na chwilę, bo dojmującym uczuciem zwiedzania całości Gugongu jest Gombrowiczowskie „jak zachwyca, jak nie zachwyca?”. Pekińska Świątynia Nieba, nawet tak kiczowato odnowiona jak dziś, przemawia do mnie bardziej niż jakieś kilkucentymetrowe, nefrytowe kapusty.

Idźmy dalej: świątynie stolicy Tajwanu mogą zaciekawić kogoś, kto nigdy nie był w Chinach – odwrotnie na pewno nie. Bez wątpienia odczuwa się inny do nich stosunek – bardziej poważny, tradycyjny. Ale sacrum się tu nie uświadczy (jak zresztą nigdzie w chińskich wierzeniach). W poszukiwaniach duchowości lepiej przerzucić się na inne azjatyckie kraje, szczególnie te od wpływów kręgu konfucjańskiego daleko leżące i mało na jego promieniowanie narażone.
Najlepiej widać to nie tyle w Tajpej, ile w Tajnanie, starej „stolicy” Tajwanu, ongiś głównej bazy Holendrów, a potem ich pogromcy – Koxingi. Tam, mimo imponującej tychże świątyń ilości, wszelkiej maści chramy są w zasadzie takie same i nudzą się już po kilku godzinach. Wszystkie są zbudowane według jednej sztampy, jednego wzorca. Zmieniają się tylko figurki bożków w przybytkach taoistycznych a boddhisatów w buddyjskich. Konfucjańskie (najstarsza na wyspie jest właśnie w Tajnanie) w ogóle nie mają już żadnego sensu: świecą przygnębiającą pustką. Dawnej, gdy na normach konfucjańskich opierała się administracja państwowa, świątynia była czymś niezbędnym. Teraz, bez rytuałów i celebry, straszy pustymi przestrzeniami w których nawet turystów nie ma.
Generalizacja ta nie odnosi się tylko do Tajpej i Tainanu – nie lepiej jest chociażby w Shitoushan, reklamowanym przez LP jako punkt obowiązkowy każdego pobytu na Tajwanie. Świątynie są rzeczywiście ładne, malowniczo położone, kolorowe, z dużą ilością smoków i lampionów. Jest ich sporo, a cały kompleks, rozłożony na stokach górskich, to dobre miejsce na powłóczenie się po lesie. Wszystko piękne, tyle tylko, że Shitoushan nie porywa. Zupełnie.

Nie lepiej jest z zabytkami kolonialnymi. Tu znowu w oczywisty sposób na myśl przychodzi Tajnan i znów potężne rozczarowanie. Holenderskie forty to albo niedawna rekonstrukcja, albo wynik (błędnych) wyobrażeń, jak to kiedyś wyglądało. W głównym forcie: Zelandii wznosi się na czołowym miejscu całkiem nowoczesna latarnia morska – widać ktoś nie za dokładnie studiował dzieje budownictwa holenderskiej Kompanii Wschodnioindyjskiej. Jeszcze gorzej jest w forcie Provenia, który jako żywo nie przypomina żadnej ani tylko europejskiej, ale w ogóle obronnej konstrukcji, lecz tylko brzydką miejscową świątynię. Nazwa „Fort” jest tu do dekoracji, zresztą zbędnej.
Trochę lepiej jest w Danshui, dawnym głównym mieście północy Tajwanu, dziś skomunikowanym z Tajpej dzięki linii metra. Pewnie w innym kraju nie zwróciłoby się na to miasteczko większej uwagi, ale tutaj, przy tej „pustce zabytkowej”, kolonialne rezydencji i hiszpański (mini) fort mogą się podobać. Do tego ciekawe przedstawiona historia pierwszego misjonarza na Tajwanie – prezbiterianina Mackaya. Doskonały przykład „białej legendy” ewangelizacyjnej – jako apostołów Słowa Bożego niosących ludom kaganiec oświaty.
Osobna kwestia to zabytki postjapońskie, z których najlepiej prezentują się wille w stylu shindenzukuri w Jinguashi, czy stare łaźnie w Beitou. Tyle, że mało tego i inaczej, niż jako barwny dodatek traktować tego nie sposób.

No dobrze, ale to nie zabytki widzieli przybywający marynarze, lecz przyrodę. I to ona miała ich zachwycić. Rzeczywiście – natura więcej ma tu do zaoferowania niż kultura. Co nie znaczy, że wiele. Ale też niemało. Najsłynniejszym miejscem przyrodniczym na Tajwanie jest bodajże park narodowy gór Ali (czyli: Alishan). Rozsławiła go druga (albo trzecia) na świecie kolejka wąskotorowa, na swojej trasie pokonująca 3 strefy klimatyczne. Stanowiąca główną atrakcję wyjazdu do parku. Przynajmniej do tej pory. Konkretnie – do zeszłego lata, gdy w wyspę trafił ostatni tajfun. Tory roztrzaskał i po ciuchci zostało malownicze wspomnienie. Można sobie pochodzić po większości szyn i powspinać się na niektóre szczyty, ale czuje się, że to wszystko było, choć miłym, to jednak tylko dodatkiem do kolejki. Samo broni się średnio. Bo chociaż wszystko to ciekawe jest: wielkie drzewa, ładne widoczki, stawy itp., itd., to konstatacja znów podobna – ładne to, ale nie bardzo ładne.   

Trasy trekkingowe to osobna historia. W Alishan wybrałem się na gorąco polecany przez LP szlak Fenchihu – Rueili. Jego główną atrakcją jest przejście przez – zdawałoby się – niekończący się las bambusowy. Najlepsze wrażenie robi, gdy szumi – przywodzi na myśl jakieś szamańskie obrzędy, albo filmy wushu. Gorzej, jak się człowiek zgubi, to wszystko zdaje się być takie samo, każde drzewo identyczne, a drogi już nie ma… Ta trasa byłaby przyjemna gdyby – znów! – w nią tajfun nie strzelił. Po rozgruchotaniu gór, zapadnięciu się całych stoków i zwaleniu się kamieni na szlaki, stała się niebezpieczna, ale ani na chwilę przez to wciągająca. Dużo lepszą jest ta na wschodnich wybrzeżu, zwana Caoling (Tsaoling). Wiedzie ona szczytami porośniętych bujną trawą wierzchołków, raz po raz opadając i wznosząc się, lecz ani na moment nie tracąc widoku Pacyfiku (chyba, że jest mgła). Szlak jest niezwykle malowniczy, chyba najładniejszy na wyspie. Swą scenerią przywodzi jakieś wyspiarko – romantyczne klimaty. A to, powiedzmy, Anię z Zielonego Wzgórza, a to Wichrowe Wzgórza. Pomarzyć tylko za bardzo nie da – wiatr skutecznie wszelkiej romantyki pozbawi.
2 godziny jazdy pociągiem na południe znajduje się najwspanialsze miejsce Tajwanu – Wąwóz Taroko. Jest to bezdyskusyjnie najciekawsze, czym może się pochwalić Tajwan. Niestety, jedna jaskółka, choć ta zaiste piękną i wspaniałą jest – wiosny nie czyni. Nawet tutaj.  
Ogólne wrażenie najważniejszych atrakcji Tajwanu najlepiej streścić można innym polskim przysłowiem – „na bezrybiu i rak ryba”. Nie ma tu niczego, poza Taroko, bezdyskusyjnie wspaniałego. Każde z owych „najważniejszych” miejsc wyspy jest ciekawe, ale nie bardzo ciekawe. Ładne, ale nie bardzo ładne. Atrakcyjne, ale nie bardzo atrakcyjne. I tak dalej. Większość z najpopularniejszych miejsc wypadowych Tajwańczyków zawdzięcza swoją popularność… a jakże! Jedzeniu! Kto zna Chińczyków ten wie, że żarcie jest dla nich podstawą egzystencji. A na Tajwanie również turystyki. Oni jadą gdzieś – by zjeść. W ładnym otoczeniu – ale by się najeść. A po powrocie pytają się, co zjadłeś. Jakie smakołyki w Alishan kupiłeś. Czy w Pingli skosztowałeś patyczków z nadzieniem, a w Jufen odwiedziłeś herbaciarnie…. Głównymi atrakcjami stają się tutaj kulinaria. Jedzie się gdzieś – by spróbować miejscowych smakołyków. Bądź też – by wykąpać się w (fakt faktem: naprawdę rewelacyjnych) gorących źródłach. To wszystko jest bardzo sympatyczne, miłe, fajne – całodzienne leniuchowanie w źródłach Beitou wspominam jako jeden z najlepszych dni na wyspie – ale to za mało! To wszystko jest drugorzędne, to co dla ciała winno być uzupełnieniem tego, co dla duszy. Jedzenie i kąpiel powinny być dodatkiem do prawdziwych atrakcji, a tymczasem jest dokładnie odwrotnie. Reszta jest uzupełnieniem tego. Wszystko à rebours!
Kłopot z Tajwanem polega jednak na tym, że to jest świetne miejsce! Bardzo miło się tu spędza czas. Ludzie są serdeczni, przyjaźni, wręcz rewelacyjni. Kompletnie nie przypominają Chińczyków zza Cieśniny. Zauroczenie wspaniałością Tajwańczyków nie minęło mi do samego końca prawie 3 tygodniowego pobytu. Do tego jest to kraj bardzo dobrze zorganizowany. Sprawny. Logiczny. Przybyszowi przyjazny, co się czuje na każdym kroku. Zdaje się, że bardzo dobre to miejsce do życia. I to jest klucz. Jeśli ma się coś do roboty na Tajwanie: pracę, studia, staż, cokolwiek – to pozwiedzanie tej wyspy jest pomysłem całkiem dobrym. Wszędzie tu blisko, dzięki doskonałej sieci komunikacyjnej do każdego miejsca dojedziemy z Tajpej w kilka, góra kilkanaście godzin. Jego atrakcje idealne nadają się na relaksacyjne wycieczki weekendowe. Wtedy nie zawiodą nadziei. Inaczej będzie, gdy specjalnie się tu przyleci, oczekując cudów i ponosząc niemałe, nawet jak na polskie(o azjatyckich nie mówiąc) warunkach, wydatki. Wtedy można się zawieść. Wtedy o wiele lepiej na wyjazd wybrać którykolwiek z krajów Azji Południowo – Wschodniej.

Michał Lubina

Autor

Michał Lubina - jest doktorantem Wydziału Studiów Międzynarodowych i Politycznych UJ. Zjeździł z plecakiem większość krajów Azji, docierając lądem najdalszych zakątków Rosji, Chin, a także Indii, Pakistanu, Iranu czy Bangladeszu. Autor przewodników po Litwie i Rosji oraz licznych wystaw fotograficznych – m.in. z Rosji, Chin czy Armenii. Przewodnik i autor programów po Chinach w Klubie Laurazja (www.laurazja.pl). Fascynuje się Dalekim Wschodem, a Chinami w szczególności, o których związkach z Rosją pisze doktorat. Od sierpnia 2009r. jest stypendystą Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego w Pekinie.

Obejrzyj zdjęcia z Chin w naszej galerii.

Komentarze? Zaloguj się.

Aby dodać swoją opinię, zaloguj się korzystając z poniższego formularza. Jeśli nie masz jeszcze konta, zarejestruj się.

TypoScript object not found (lib.small_login)