Koniec Świata powie Ci dokąd warto pojechać i jak to zrobić tanio. Co więcej, powiedzą Ci o tym ludzie, którzy znają dany kraj na wylot, bo mieszkają w nim lub byli w nim wielokrotnie. Dowiesz się co zobaczyć, co zjeść, na co się szczepić, obejrzyjsz zdjęcia i posłuchasz muzyki.


Jeśli jedziesz gdzieś z plecakiem, znajdziesz tu wszystko czego szukasz.

Chiny - Państwo Środka od srodka

Harbin: w poszukiwaniu nostalgii

Każdy (wierzący) człowiek chciałby pewnego dnia zamieszkać w Domu Pana. Jak wiadomo jednak, droga do tego ciernista i wyboista jest. W Chinach oferują pójście na skróty. Wystarczy pojechać do Harbinu.

To największe miasto północnych Chin słynne jest w całym kraju przede wszystkim z odbywającego się zimą Festiwalu Lodowych Latarni, podczas którego artyści rzeźbią w lodzie najbardziej przemyślnie figury i kształty, co jest możliwe, gdyż temperatura wtedy spada tutaj nawet do 30 stopni poniżej zera. Czemu trudno się dziwić, wszak Amur niedaleko, a za rzeką: rosyjski region dalekowschodni, przedłużenie Syberii. Słowem: warunki ku temu są.

Wtedy też, zimą, można przejść się suchą nogą po zamarzniętej rzece Sungari drugi brzeg. Rzeka jest wielka, jak wszystko w Chinach, i w normalnych warunkach, latem, można ją przekroczyć tylko dzięki dwóm mostom. Jednemu, nowoczesnemu oraz drugiemu: żelaznemu. Zbudowanemu przez Polaka, Stanisława Kierbedzia. Jak to się stało, że Polak zbudował wielki most w Chinach na początku XX wieku? W pewnym sensie, dzięki Rosjanom. 

Właśnie z powodu Rosjan Harbin jest przede wszystkim znany. Było to największe miasto Mandżurii, w której o wpływy kolonialne biło się Imperium Rosyjskie i Cesarstwo Japonii. Początkowo wygrywali Rosjanie, budując Kolej Wschodniochińską z Władywostoku do Port Artur. Przechodziła ona przez Harbin (pisany też u nas czasem z rosyjska Charbin) i tak naprawdę dzięki niej on powstał, zaś w nowym mieście osiedliło się sporo ludności zza Amuru. Było ich do tego stopnia dużo, że miasto wyglądało jak rosyjskie, pełne witryn sklepowych bijących po oczach cyrylicą, cerkwi i okazałych willi. Nawet większość Chińczyków tego wrażenie nie zacierała, zresztą w tamtych czasach Harbin nie różnił się wiele od Władywostoku czy Chabarowska po drugiej stronie rzeki. Wpływ rosyjski pozostał nawet po tym, jak armia carska dostała łupnia od Japończyków w wojnie 1904/1905. Tym bardziej, że Rosjan przybywało: po 1917 roku osiedliła się tu pokaźna grupa „białych” emigrantów (którzy uciekając do Chin wybierali bądź Szanghaj, bądź Harbin właśnie), tworząc z miasta jeden z najważniejszych ośrodków emigracji rosyjskiej na świecie (wymieniany jednym tchem obok Pragi, Berlina, czy Paryża). Tu zabrzmiały ostatnie akordy ancien régime’u Imperium Romanowów. Miasto żyło pełnią życia, według zasady „après nous le déluge”: kawiarnie zapełnione były intelektualistami do późnych godzin rannych po słowiańsku omawiającymi bolączki egzystencji, na balach i dansingach szalano i bawiono się do nieprzytomności. Harbin był takim dalekowschodnim rosyjskim odbiciem dekadencji i fin de siècle’u. Był to ostatni taki moment przedrewolucyjnej kultury rosyjskiej na obczyźnie, spotęgowany jeszcze wrażeniem tymczasowości, końca, zagrożenia czającego się z drugiej strony Amuru. I potop w końcu nastąpił, Armia Czerwona wkroczyła na mocy ustaleń Jałtańskich do Harbinu w 1945 r., by po roku oddać go Kuomintangowi (a co zrabowali to ich), który zresztą szybko go stracił na rzecz KPCh (podobnie jak cały kraj). Nastanie Chińskiej Republiki Ludowej w 1949 r. wieńczy etap rosyjskiej obecności w Harbinie: kto nie był na tyle bystry by wcześniej uciec i kogo NKWD „dobrowolnie”, że się tak wyrażę, nie repatriowała w 1945 r., ten został przez chińskich komunistów na mocy bratnich porozumień odstawiony do swojej ojczyzny, czyli… ZSRR.

Dziś ślady po „rosyjskim” okresie Harbinu pozostały, choć jest ich mniej niż można by się spodziewać. Przede wszystkim architektura, w starszej części miasta zachowało się sporo budynków z początku XX wieku, czy z międzywojnia, zbudowanych w tak zwanym rosyjskim stylu imperialnym. Szczególnie okazale prezentuje się główna ulica: Zhongyang Dajie, pełna odremontowanych kamienic, tętniąca życiem do późnych godzin wieczornych. W ogóle cała dawna rosyjska dzielnica, zwana dziś Daoliqu, wrażenie robie przyjazne, w tej części miasta zupełnie nie czuć charakterystycznego dla każdej chińskiej metropolii odhumanizowania. Tylko Rosjan nie ma… czasem trafi się jakiś sklep, ale to rzadko i zazwyczaj ma napisy po angielsku, co jest o tyle zastanawiające, że człowiek Zachodu nie ma tu za bardzo po co przyjeżdżać, zaś Rosjanie zazwyczaj angielskiego nie znają. Zresztą ich też  mało. Czasem przemknie ktoś po ulicy mówiący po rosyjsku, czasem zdarzy się jakiś napis w cyrylicy, ale niewiele tego i widać, że komuniści dobrze się postarali, by wyrugować wszelkie obce wpływy.

Teraz się to powoli odradza, bardzo powoli. Nigdzie nie widać tego lepiej niż w uroczej kawiarni „Russia 1914” wystrojem i atmosferą nawiązującej do przedwojennego państwa Romanowów. Wszystko jest tu ładnie wystylizowane, na ścianach wiszą stare zdjęcia czy portrety arystokratek, zaś całością interior przypomina początek XX wieku. Brakuje tylko dyskutujących przy kieliszeczku intelektualistów. Za to jest sporo Chińczyków, a jak wiadomo – ci wolą jeść niż pić, więc genius loci się ulatnia. Do tego nikt tu nie mówi po rosyjsku, obsługa na ten język reaguje ucieczką, zaś tutejsze pirożki (czytane „piloshki”) mają tyle wspólnego z rosyjskimi, co orientalne bary w Polsce z chińską kuchnią. Tu dobrze widać, że Chińczycy się dopiero uczą jak zbijać kasę na nostalgii, i choć pierwszy krok już zrobili, to daleka droga przed nimi.

Nie tylko rosyjskie ślady są tu jednak: one prowadzą nas do polskich. Nasi pojawili się tutaj wraz z nimi i mieszkali w latach 1897-1949. Osiedlili się tu budowniczowie Kolei: inżynierowie, lekarze i urzędnicy. W sumie ok. 10 tys. Mieli tu swój kościół św. Stanisława (został zburzony w latach 90. XX, na jego miejscu, w imię postępu rzecz jasna, zbudowano biurowiec), było gimnazjum im. Sienkiewicza (ukończył je m.in. Teodor Parnicki), działało Stowarzyszenie Polska Gospoda, a także harcerstwo. Wydawano własną prasę: „Polski Kurier Wieczorny Dalekiego Wschodu”, „Przegląd”, „Ojczyznę”, „Listy Harbińskie”. Harbin był wtedy dla naszych namiastką Polski, której nie było wtedy na mapach. W czasie wojny rosyjsko-japońskiej 1904-5, napłynęli kolejni Polacy uciekinierzy z Rosji, jeńcy z byłej armii austriackiej. Od 1922 roku działało „Towarzystwo Badania Mandżurii”, a od 1930 roku „Polskie Koło Wschodoznawcze”. Wśród Polaków pochodzących z Mandżurii znany jest na przykład sinolog Edward Kajdański, autor świetnie napisanych prac o Kolei Wschodniochińskiej i jezuicie Michale Boymie, a także – ostatnio – o Jedwabnym Szlaku. Historia Polaków w Harbinie również kończy się w 1949 r. (niektórzy wrócili wcześniej, w latach 20- tych). Chińczycy zrobili z nimi to, co z Rosjanami: wyprosili do ich nowej ojczyzny, PRL-u, jakże odbiegającej od wyobrażeń „szklanych domów”.    
Po dziś dzień zostały ślady ich obecności: z mostem żelaznym Kierbedzia w samym centrum miasta na czele, ale nie tylko: w jednej z secesyjnych willi należących do Polskiego przemysłowca nocował ongiś Mao Zedong, dzięki czemu budynek ocalał z pożogi Rewolucji Kulturalnej i obecnie jest muzeum. Mao rzecz jasna.
I najważniejsza polonika: najstarsze piwo w Chinach wcale nie założyli Niemcy w Qingdao (Tsingtao), lecz nasi, właśnie w Harbinie, zaś jego pomysłodawcą był niejaki Wróblewski. Niestety, jak to z wieloma naszymi sławnymi ludźmi bywa, nie tylko jego imię zostało zapomniane, lecz i narodowość. Szperając po angielskim Internecie znalazłem tylko informację (w Wikipedii…), że piwo Harbin założył Rosjanin „Ulubulevskij” (w rosyjskim necie jest tylko, że założył Rosjanin, bez nazwiska). Każdy, kto choć trochę zna język rosyjski wie, że takie nazwisko nie ma prawa istnieć i że ten, kto to pisał jest dyletantem. Jakich na Zachodzie nie brakuje. 

Harbin był też ongiś ważnym ośrodkiem religijnym, obiektów sakralnych zostało całkiem sporo. Jest kilka cerkwi, kościół katolicki, protestancki, jedna duża synagoga, kilka meczetów. Jednakże albo są zamknięte, albo tak pozbawione wszelkiej duchowości, że robi się człowiekowi smutno na duszy. Najważniejsza świątynia miasta: Sobór Sofijski, została zamieniona na muzeum, w środku, między ikonami i kolejnymi ołtarzami, znajduje się wystawa zdjęć miasta z początku XX wieku. Zaś przed chramem stoją ogródki z piwem –  Harbin rzecz jasna. Trochę lepiej jest w głównym kościele katolickim. Tu wreszcie było coś w rodzaju sacrum. Wewnątrz. Na zewnątrz przed samym kościołem urządzono sobie targ: można tu kupić wszystko od skarpetek, butów i koszul po biżuterie i słynne harbińskie kiełbaski oraz inne przysmaki serwowane na miejscu, w typowym dla Chińczyków syfie. I to przed samym wejściem do kościoła, co nieodparcie przypomniało pewną opowieść o wyrzuceniu sprzedawców ze świątyni… Tylko kto ich ma tu wyrzucić? Na pojawienie się nowego Hong Xiuquana nie ma raczej co liczyć… 

Nie ma jednak co narzekać: inni mają gorzej. A konkretnie: Żydzi. Pojawili się w Harbinie razem z Rosjanami, później, w latach 20- tych ich liczba sięgnęła 20- tysięcy. Zbudowali bożnice, szkoły, banki. Najważniejsza synagoga, z wielkim pozłacanym dachem przypominającym raczej meczet, stoi nieopodal wejścia na Zhongyuang Dajie. Za to kilka metrów dalej jest coś, co możliwe jest chyba tylko w Chinach. Znajduje się tam jedyny w północnej Mandżurii hostel z sieci Hostelling International, w którym, nieświadom, zarezerwowałem sobie miejsce. Gdy przybyłem, długo nie mogłem uwierzyć: przyszło mi spać w dawnej synagodze! Czteropiętrowa, okazała bożnica, z ładną, stożkowatą kopułą i dwoma bocznymi apsydami, pełna gwiazdodawidowej ornamentyki musiała być kiedyś piękną świątynia. Dziś została przerobionej na hostel, a to i nie tylko: na parterze znajdują się pokoje, na pierwszym piętrze sklep sieci komórkowych, na drugim jest kino, wyżej zaś biuro. Obok wejścia do hostelu znajduje się kawiarenka, w tym samym budynku: pizzeria i... India Shop z wielkimi rysunkami Ganeśy (bardzo popularne bóstwo w Indiach, bo ponoć pieniądze przynosi – więc w sumie, w pewnym sensie, tutaj pasuje). Jednakże Ganeśa, pół człowiek, pół słoń, w tym otoczeniu, nieopodal Gwiazdy Dawida, wygląda jak kwintesencja pogańskości, jak ożywiona XXI wieczna wersja „Ohydy Spustoszenia”. Sam miałem dość mieszane uczucia, bo choć żydem nie jestem, to od takiego zbezczeszczenia Domu Bożego nie tylko żydowski ortodoks mógłby dostać hertzklekotów (zawału serca).
To miejsce jest dobrą alegorią tego, co uczyniono tu z religią. Spacerując po mieście można zauważyć religijne detale architektoniczne: a to krzyż gdzieś wrzucą, między czwartym a piątym piętrem, a to wieżowiec zwieńczą cerkiewną kopułą. Albo ozdobią supermarket rysunkami cerkwi. Bądź też, jak z polskim kościołem św. Stanisława: na którymś tam piętrze biurowca, który powstał jego miejscu, znajduje się kaplica. I właśnie do tego sprowadzono tu religię: do ozdoby.

Michał Lubina


Najtańsze bilety lotnicze w sieci
+/- 3dni
+/- 3dni

Autor

Michał Lubina - jest doktorantem Wydziału Studiów Międzynarodowych i Politycznych UJ. Zjeździł z plecakiem większość krajów Azji, docierając lądem najdalszych zakątków Rosji, Chin, a także Indii, Pakistanu, Iranu czy Bangladeszu. Autor przewodników po Litwie i Rosji oraz licznych wystaw fotograficznych – m.in. z Rosji, Chin czy Armenii. Przewodnik i autor programów po Chinach w Klubie Laurazja (www.laurazja.pl). Fascynuje się Dalekim Wschodem, a Chinami w szczególności, o których związkach z Rosją pisze doktorat. Od sierpnia 2009r. jest stypendystą Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego w Pekinie.



Obejrzyj zdjęcia z Chin w naszej galerii.

Komentarze? Zaloguj się.

Aby dodać swoją opinię, zaloguj się korzystając z poniższego formularza. Jeśli nie masz jeszcze konta, zarejestruj się.

zaloguj się: