Koniec Świata powie Ci dokąd warto pojechać i jak to zrobić tanio. Co więcej, powiedzą Ci o tym ludzie, którzy znają dany kraj na wylot, bo mieszkają w nim lub byli w nim wielokrotnie. Dowiesz się co zobaczyć, co zjeść, na co się szczepić, obejrzyjsz zdjęcia i posłuchasz muzyki.


Jeśli jedziesz gdzieś z plecakiem, znajdziesz tu wszystko czego szukasz.

Guangzhou, nie Kanton

„Smutna to prawda, ale utraciliśmy umiejętność nadawania pięknych nazw. Nazwy są wszystkim. Człowiek, który nazywa łopatę łopatą powinien być zmuszony jej używać. To jedyne, do czego się nadaje. ” Oscar Wilde

Kanton! Kanton! Czyż to nie brzmi pięknie! Intrygująco, magicznie, legendarnie wręcz. Kojarzy się z czymś odległym, położonym za siedmioma morzami, z jednym z owych owianym mgiełką tajemnicy miejsc gdzieś na końcu świata. Tych, o  których niewiele wiemy – coś gdzieś słyszeliśmy, o uszy obiła się nam dziwna, cudaczna nazwa. Albo gdzieś przeczytaliśmy, może w jakiejś powieści przygodowej, w czymś conradowsko, czy też kiplingowsko odległym i egzotycznym. A może po prostu z kuchnią: z kurczakiem w sosie słodko – kwaśnym chociażby.

Mnie się Kanton kojarzył z jednym: z Tai Panem. Dawno temu przeczytałem rewelacyjną książkę Jamesa Clavella pod tym właśnie tytułem. W dużej mierze dzięki niej zacząłem się interesować Chinami i poszedłem na studia dalekowschodnie. Autor znany jest przede wszystkim z dwóch dzieł – spopularyzowanego i spłyconego filmem „Szoguna”. A także  z anglosaskiej odmiany powieści łagrowej, czyli „Króla szczurów”: niedającego się zapomnieć zapisu sposobów przeżycia więźniów w najgorszym japońskim obozie Azji: Changi. James Clavell to taki australijski Sienkiewicz: pierwszorzędny pisarz drugorzędny. Chociaż ma się świadomość, że nie jest to – powiedzmy – Mann, to oderwać się od jego książek nie sposób. Są jak… nie, nie jak zwykły, banalnie brzmiący, narkotyk. One są jak opium: wciągają, uzależniają, a do tego mają w sobie czar palarni opium, niczym żywcem wyjęty z kadrów „Dawno temu w Ameryce” Sergio Leone.  

Śmiem twierdzić, że najlepszą książką Clavella jest „Tai Pan”: błyskotliwa powieść o narodzinach Hong Kongu, dziejąca się jednak głównie w Kantonie. Świetnie napisana, trzymająca w napięciu do samego końca, historia Dirka Struana, to jednak nie tylko fabularyzowany zapis przygód zachodnich pionierów handlu z Chinami. Owych kupców, dyplomatów, złodziei, piratów i biznesmenów w jednej osobie. To przede wszystkim portret epoki. Doskonale uchwycony i świetnie zilustrowany zapis pierwszego spotkania Chin z Zachodem. Clavell się nad tą książką napracował i to się czuje. Znając mandaryński i kantoński miał dostęp do źródeł z epoki i skorzystał z nich, mistrzowsko wplatając w wartką akcję socjologiczne i folklorystyczne opisy. Głównym bohaterem „Tai Pana” jest nie tylko tytułowy Dirk Struan. Jest nim również Kanton, metafora Starych Chin. 

Symbolizuje je brama miejska. Pilnowana dzień i noc przez strażników. Drzwi, przed które, od czasu do czasu, gdy ktoś, starannie skontrolowany i sprawdzony, wejdzie do miasta, widać fragment zakazanego, tajemniczego świata. Ale to rzadko. Przez większość czasu drzwi są zaryglowane. Brama do Chin pozostaje zamknięta.  

To jedna rzeczywistość książki. Drugim jest świat stłoczonych na maleńkiej wyspie Shamian kupców - obcokrajowców handlujących z Chinami. Mieli prawo mieszkać tylko tam – na obszarze 800 metrów ze wschodu na zachód i 350 m z północy na południe. Tłoczyli się, pół życia spędzając na tym skrawku ziemi wydartym Rzece Perłowej, dusząc się w swoich strojach pasujących do Anglii, Holandii, czy Francji, lecz nie do tropikalnego południa Chin. Od potu robiły im się odleżyny i wrzody ropne. Śmierdzieli, wręcz cuchnęli, lecz nie myli się, uważając, iż jest to nie tylko szkodliwe, ile wręcz niebezpieczne dla życia (ryzyko podejmowali średnio raz na rok). Marli setkami zabijani przez malarię i cholerę, lecz nadal pili wodę – źródło wszelkich zarazków w tym klimacie, a nie przegotowaną herbatę, śladem miejscowych. W tych i innych opisach James Clavell doskonale odmalowuje portrety zachodnich pionierów w Chinach. Daje do myślenia, zrozumienia, czemu Chińczycy nazywali ich „barbarzyńcami”. Owi kupcy znosili wszelkie niewygody tylko i wyłącznie z jednego powodu: pieniędzy. Ogromnych pieniędzy.

Marzyli o jednym. O otwarciu tej bramy. To się ziściło: ten realny i metaforyczny jednocześnie mur, zniszczono,  charakterystyczną dla kolonialnych Brytyjczyków subtelnością. Wyrwano Hong Kong, otwarto porty. Rozpoczął się pierwszy okres wzajemnego poznawania się Europy i Chin. Czas awanturników spod znaku kapitana Gordona, bajecznych fortun zbijanych na opium i wielkich przygód. Wszystko zaczęło się w Kantonie.  

Dziś już nie ma Kantonu. Jest wielkie, zatłoczone, brudne i pozbawione jakiegokolwiek wyrazu ohydne metropolis o nazwie Guangzhou. Nazwa w całym swoim jestestwie zasługująca na przywołaną na początku Wilde’owską metaforę łopaty. Nazwa obowiązująca. Jedynie prawdziwa i słuszna.

Nie ma pomyłki – to jest to samo miasto. Ono się zawsze nazywało Guangzhou (co znaczy: „szeroki obszar”). Istniało od kilku wieków przed naszą erą, ale praktycznie rzecz biorąc, niczym do się pojawienia obcokrajowców nie wyróżniało. To oni dali mu bogactwo i rozpoznanie. Sławę pod swoim (zniekształconym) imieniem Kanton. Tyle tylko, że imię to tylko nam dobrze się kojarzy. Tylko dla nas brzmi magicznie. Dla Chińczyków było ono symbolem hańby: zapoczątkowanym I Wojną Opiumową bai nian guo chi („stoma latami upodlenia”). Należało je zniszczyć, zmusić wszystkich do jego zapomnienia.

Przedsięwzięcie to nienowe. U źródeł najbardziej chińskiej z chińskich tradycji – konfucjanizmu, leży walka o nazwy. Konfucjusz swą karierę rozpoczynał wraz z kampanią „przywracania nazwom ich właściwego znaczenia”. Chodziło o to, by nazwom wrócić im dawny sens, zatarty przez wieki, ludzką ignorancję i słabości. Rzecz jasna Konfucjusz nie przywracał starego, lecz nadawał nowe – lecz tym sprytnym zabiegiem przemycał swoje treści, wkładając je w trudne do odparcia szablony „tradycyjności” i „starożytności”. On jako pierwszy, na długo, długo przed Europą, zrozumiał potęgę nazw. I zwyciężył.

Nic więc dziwnego, że Chińczycy wracają do starych, sprawdzonych metod. Od końca lat 70- tych propagują nowy sposób transkrypcji znaków, zwany pinyin. Twierdzą, chyba słusznie, że jest on lepszy i właściwszy do oddania sensu ideogramów. Że dzięki niemu lepiej przetłumaczy się chińskie nazwy. Naprawi błędy. Wszystko pięknie, ale, nijako przy okazji, Chińczycy „korygują” stare pomyłki. Wiedzą doskonale, że nazwy to nie tylko puste słowa: one niosą za sobą treść, przekaz, wartość.

Poprawili więc dawne uchybienia. Zniknął Peking (Pekin), zniknął Nanking (Nankin). Przepadł Canton (Kanton), a razem z nimi dziesiątki innych. Hong Kong się jeszcze trzyma, podobnie jak Tibet (Tybet). Kto jednak zagwarantuje, że za 50 lat nie będziemy już mówili Xiang Gang i Xizang, tak jak Chińczycy pragną, byśmy czynili? Po angielsku – owej lingua franca współczesnego świata, tworzącej i regulującej normy lingwistyczne– nie tylko nikt nie śmie już nazwać stolicy Chin inaczej niż Beijing. Nikt nawet nie pamięta, że to się kiedyś odmiennie nazywało. Kto z nas dziś wie, że nasz Pekin wziął się z rosyjskiego Piekin, który z kolei sam tak przekształcił angielski Peking? Podobnie jest z Kantonem: młodzi Amerykanie, Brytyjczycy, Francuzi i inni ludzie Zachodu z którymi na co dzień studiuję nie mówią inaczej niż Guangzhou. Gdy z premedytacją używam słowa Kanton, to albo nie wiedzą o co chodzi (co jest częstsze), albo patrzą na mnie jak na wariata, starodawnego dziwaka. Podobnie jest z Rosjanami: ci bez żalu porzucili dawny „Kanton” (po rosyjsku był tak samo) i swobodnie przeszli na „Guangdżou”. Z Braci Moskali mieszkających w Pekinie nie spotkałem żadnego (a trochę ich znam), który kojarzyłby starą nazwę.

Najgorzej, że chińska ofensywa lingwistyczno – znaczeniowa przechodzi też na polski. Wszyscy moi znajomi ze studiów dalekowschodnich mówią Kanton. Ale już ci spotkani w Pekinie, którzy przyjechali do Chin bez przygotowania merytorycznego i wszystkiego o tym kraju nauczyli się tutaj, mówią bez zażenowania – i bezwiednie – Guangzhou. A włos na głowie mi się jeży, gdy niektórzy, podążając za modą na naśladowanie anglizmów, ochrzcili Pekin pseudo-swoiską ksywą „Bendzin”. To doprawdy przygnębiające. I chociaż trafnie pisał Orwell iż „należenie do mniejszości, nawet jednoosobowej, nie czyni nikogo szaleńcem. Istnieje prawda i istnieje fałsz, lecz dopóki ktoś upiera się przy prawdzie, nawet wbrew całemu światu, pozostaje normalny. Normalność nie jest kwestią statystyki”, to słaba to pociecha.

A Guangzhou to nie tylko nazwa. Za nią idzie przekaz. Miasto jest jego żywym dowodem. Sławne na całe Chiny z bogactwa swych mieszkańców, część swych dochodów przeznacza na turystykę. Pokazanie najważniejszych miejsc. Są nimi trzeciorzędne świątynie, odkopane mauzoleum prowincjonalnego władcy z I w. p.n.e. oraz kilka zakurzonych muzeów. A przede wszystkim kuriozalny symbol miasta: pomnik pięciu kóz, na których, według legendy 5 nieśmiertelnych miało zstąpić z nieba i dać mieszkańcom po misce ryżu, by na zawsze uwolnić ich od głodu. Dumę Guangzhou wyraża dziś wielka, dumnie stojąca z podniesioną nogą, koza. 

Symbol Kantonu, wyspa Shamian, to bardzo smutne miejsce. Zakurzone budynki kolonialne, poprzedzielane szaro-burą socjalistyczną zabudową, są w stanie ruiny. Przez środek jedynej ongiś oazy zieleni i przyrody – parku – leci wielka estakada, prowadząca do gigantycznego hotelu z wielkiej płyty. Musi być z niego piękny widok na miasto Guangzhou. 


Michał Lubina

Autor

Michał Lubina - jest doktorantem Wydziału Studiów Międzynarodowych i Politycznych UJ. Zjeździł z plecakiem większość krajów Azji, docierając lądem najdalszych zakątków Rosji, Chin, a także Indii, Pakistanu, Iranu czy Bangladeszu. Autor przewodników po Litwie i Rosji oraz licznych wystaw fotograficznych – m.in. z Rosji, Chin czy Armenii. Przewodnik i autor programów po Chinach w Klubie Laurazja (www.laurazja.pl). Fascynuje się Dalekim Wschodem, a Chinami w szczególności, o których związkach z Rosją pisze doktorat. Od sierpnia 2009r. jest stypendystą Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego w Pekinie.

Obejrzyj zdjęcia z Chin w naszej galerii.

Komentarze? Zaloguj się.

Aby dodać swoją opinię, zaloguj się korzystając z poniższego formularza. Jeśli nie masz jeszcze konta, zarejestruj się.

TypoScript object not found (lib.small_login)