Koniec Świata powie Ci dokąd warto pojechać i jak to zrobić tanio. Co więcej, powiedzą Ci o tym ludzie, którzy znają dany kraj na wylot, bo mieszkają w nim lub byli w nim wielokrotnie. Dowiesz się co zobaczyć, co zjeść, na co się szczepić, obejrzyjsz zdjęcia i posłuchasz muzyki.


Jeśli jedziesz gdzieś z plecakiem, znajdziesz tu wszystko czego szukasz.

Chiński Nowy Rok

Przylatując na Tajwan spodziewałem się cudów. Smoków. Parad. Przedstawień. Słowem - igrzysk. Niczego takiego nie zastałem. Za to spędziłem te najważniejsze dla Chińczyków święta tak jak oni. Rodzinnie wręcz.

Przybyłem do Tajpej późno. Swój hostel znalazłem z trudem. Był ukryty wśród wąskich zaułków odchodzących od małych uliczek wokół dworca kolejowego. Okazał się być zwykłym mieszkaniem przerobionym na noclegownie. To tylko działało na jego korzyść. Usytuowany był na 4 piętrze, w normalnej kilkupiętrowej kamienicy, mającej spokojnie ze 30 lat. Trzeba go było znaleźć - przejść przez te jakże charakterystyczne chińskie dziedzińce, przebrnąć przez 4 kolejne drzwi i blokujące je zabezpieczenia (każde działa inaczej). Po drodze popatrzeć na zdobiące wejścia do mieszkań tablice z noworocznymi życzeniami. Interior prezentował się niczym niemały dom M3, z dwoma pokojami przerobionymi na sale wieloosobowe i dużym pokojem z telewizorem i prostym, acz ładnym wystrojem. Od początku można było odczuć w tym miejscu atmosferę bardziej domu niż hotelu. Do końca się to nie zmieniło. Ba! – wzmogło.

Przywitała mnie młoda i serdeczna Tajwanka (jak wszyscy tu – dla człowieka mieszkającego w Chinach każdorazowo szokujące jest, że ludzie mogą być tacy mili, uczynni i przyjaźni). Pytam o Chiński Nowy Rok. Pełen obrazów tego święta wyjętych z Chinatown na Zachodzie, zagaduję, czy będą jakieś pokazy, tańce, parady smoków... Widzę zakłopotanie typowe dla każdego miejscowego, który swoje święta spędza jak od wieków i do głowy mu nie przychodzi pomysł, cóż też można by przybyszowi pokazać.

Poszukam w necie - mówi. Po chwili dodaje - możesz spędzić to święto z nami. Szok - zna mnie od kilku minut i już zaprasza. Jestem wzruszony - przez pół roku mieszkania w Chinach żaden chiński znajomy mnie do swojego mieszkania nie zaprosił nawet, a tu przy pierwszym spotkaniu. Toć to z ducha niczym nasze Boże Narodzenie - albo przynajmniej w jego deklaratywnej wersji z "pustym miejscem przy stole".
Poradziła również, bym udał się na Targ Dihua: "całe miasto robi tam zakupy na Święta". Poszedłem. Przywitał mnie deszcz i tysiące ludzi - których on nie przestraszył. Targ ciągnął się przez kilka przecznic i czego tam nie było! Od dominujących słodyczy, łakoci, kapiących lukrem smakołyków wszelakich. Przez setki herbat i napojów doń podobnych, bądź z czajem zmieszanych, nawet w tak niezwykłych kombinacjach jak krem z orzechów czy palący w gardło imbir. Dalej szły owoce morza - krewetki, ryby i wszystko co pobliskie wody wydały. Sporo również czegoś w rodzaju czipsów krabowych - tyle, że w dziesiątkach odmian i smaków. A do tego wszystkiego słodkie kiełbaski, plastry świńskiej skóry, o zwykłym drobiu czy wieprzowinie nie wspominając.

Nie obfitość ani koloryt był jednak tym, co dodawało targowi atmosfery Święta, lecz zachowanie sprzedawców. Przy prawie każdym stoliku częstowali przechodzących swoimi specjałami, proponowali, dawali uśmiechając się. I nie obrażali się ani nie okazywali rozczarowania, jak większość, spróbowawszy, przechodziła mimo to dalej. Warte podkreślenia ponownego jest to, że dawali ZA DARMO. To postawa w Chinach Ludowych nieznana.

Nacieszywszy zmysły na Targu Dihua ruszyłem na znacznie trudniejszą wyprawę. Jako, że zostałem zaproszony na Święto poczułem się zobowiązany nie przyjść z pustymi rękami, a konkretnie - znaleźć jakieś polskie produkty, którymi mógłbym się pochwalić. Włóczyłem się przemoknięty po Tajpej w poszukiwaniu jakiegoś marketu i wreszcie znalazłem olbrzymiego Carrefoura. Przełamałem automatyczną u mnie na widok supermarketów postawę eskapistyczną i wziąwszy głęboki oddech ruszyłem na poszukiwania... Daremne. Nic nie było! Łatwo namierzałem produkty z Francji, Niemiec, Woch, ale z Polski - bez szans. Poszedłem do działu mięsnego i nagle moim oczom ukazał się radujący serce napis "polish sausege" (Polskie kiełbaski! A pod nim widniał przywracający do rzeczywistości napis "made in USA". Nic to, sfrustrowany kupiłem.

Błąkając się z jednymi kiełbaskami w koszyku i brakiem nadziei w sercu nagle przypomniałem sobie z Chin, że tam w jednym markecie widziałem nasze słodycze. Ruszyłem i JEST! Czekolada Terravita! W 3 rożnych smakach. Cena - 55 TWD (ok. 5,5 PLN). Cóż było robić - kupiłem. Za to wrodzone skąpstwo - czy też backackerską mentalność - nie pozwoliło mi nabyć drugiego naszego produktu, jaki znalazłem: wódki Belweder za 1200 TWD. Za to "dając pogryźć mowę" kupiłem najlepszą ruską wódkę "Russkij Standard" za 550 TWD. Jedynym usprawiedliwieniem jakie mam na swoje zaprzedaństwo jest to, że 5 lat studiów rosjoznawczych pozwoliły mi naukowo przekonać się o klasie tego napitku. A Belwederu po dziś dzień jako żywo nie zdarzyło mi się spróbować. A nie można przecież dawać komuś kota w worku...
Gdy przybyłem okazało się, że święto spędzę razem z młodym właścicielem hostelu. Jego dziewczyna, uprzednio mnie witająca, udała się do rodziny, a on, sam będąc Chińczykiem z Singapuru rodem, nie miał z kim na obczyźnie świętować. Zaprosił wiec per prokuram mnie oraz innych gości - Chińczyka z Malezji i 4 Amerykanów którzy akurat zawitali w jego progi. I urządził ucztę. I to jaką!

Na środku ustawił kuchenkę imitująca gorący kociołek (znany każdemu, kto był w Syczuanie). Do niego wrzucało się kilkanaście rożnych warzyw, pocięte w plasterki kawałki wieprzowiny, wszelakie kulki z mięsem w środku, a nawet coś w rodzaju naszego krokieta. Oraz - oczywiście - specjał noworoczny, czyli jiaozi (coś podobnego do naszych pierogów albo ruskich pielmieni). Nie wspominając, osobno, o całym kurczaku, mnóstwie owych krabowych czipsów, a także wszelkiej maści słodyczy. Jedzenia było w bród - a to w chińskiej mentalności podstawa dobrego święta. To było doskonałe.

Podjadaliśmy, smakowaliśmy się pysznościami, gawędziliśmy o tym i owym. Czyli było tak, jak być powinno. Tak, jak tradycyjnie spędza się Chiński Nowy Rok: Jedzenie, rozmowy. No, gry w madżonga czy karty nie było. Ani śpiewów. Tu nas wyręczyło kolorowe pudło. Gospodarz, cierpiąc, jak 99 procent Azjatów, na "strach przed ciszą", włączył TV. Przygrywało nam koreańska melodia robiąca ostatnio furorę na Tajwanie o refrenie "nobody but you" (to jedyne angielskie słowa w całej piosence) śpiewanym przez panienki całym swoim jestestwem prezentujące styl "hello Kity".

Jak już najedliśmy się postanowiłem dorzucić do tego azjatyckiego sosu trochę polskich przypraw. Otworzyłem flaszkę. Uczyłem współbiesiadników toastów, kolejności, alkoholowego savoir vivru uprzednio im nieznanego (nawet kieliszków w domu nie mieli). Potem dałem jeszcze czekoladę. Myślę, że nie tylko wpływowi procentów zawdzięczam reakcje, które mogłyby się nadać do reklamy Terravity: "znakomita"! Byłem autentycznie dumny z tego naszego spożywczego rodzynka na Tajwanie.

Gdy w milej atmosferze czas upływał, a życiodajny trunek rozgrzewał serca i umysły, lecz niestety pustoszał, padło odwieczne rosyjskie pytanie: "co robić?". Gospodarz powiedział, że zwyczajem Tajpejskim jest pójście do świątyni Longshan (najważniejsza tu) o północy, by zaraz po wybiciu zegara pomodlić się. Ostrzegł jednocześnie, że będzie tam mnóstwo ludzi - bo każdy chce być pierwszy, licząc na to, że miejsce na, że się tak wyrażę, "pole position", zagwarantuje mu spełnienie prośby.

Uprzedzając fakty nadmienię, że następnego dnia wybrałem się do tej świątyni. Tłok był rzeczywiście niemiłosierny. Już na 200-300 metrów od świątyni nie dało się przejść w żadną stronę. Można było wyłącznie posuwać się, płynąc w kolejnych potokach ludzkich zmierzających w stronę chramu. Przy samym wejściu wszyscy zapalali kadzidełka, a następnie nieśli je w stronę ołtarzy. Dym ulatujący z pałeczek napełniał całą przestrzeń, ograniczając widoczność do minimum. Zapach zaś unosił się w powietrzu daleko od samego przybytku. Doszedłszy w stronę ołtarzy wszyscy urządzali ten sam rytuał - potrząsali kilkukrotnie kadzidełkami, pochylając głowy i mrucząc życzenie. Przy każdym posągu. Przy każdym ołtarzu. Kilkunastokrotnie. Setki, tysiące ludzi. Przepychanie się, tłok, tłum. Wszyscy się cisną, wszyscy chcą dostać się jak najbliżej. Nikt nie zwraca uwagi na kadzidełka. Opadający popiół spada ludziom na losy, kurtki, ramiona. Nie patrzą, idą dalej.

To nie jest jednak fanatyzm ani szczególna religijność. Istota chińskich wierzeń zawiera się w wierze, że bogowie są po coś. Do świątyni idzie się, gdy się czegoś chce. Czegoś konkretnego, namacalnego. Najczęściej - pieniędzy, powodzenia w interesach. Czasem - w życiu rodzinnym. Tak, czy siak, by się spełniło, trzeba uprosić u instancji wyższej. Trzeba bóstwu (najlepiej kilku, na wszelki wypadek) pomachać kadzidełkami i pobłagać, a wtedy bożek prośbę spełni. A jak się tego rytuału nie wykona – to jeszcze się obrazi (bóstwa miejscowe są bardzo antropomorficzne, miewają humory i często są średnio sympatyczne). Więc trzeba być przy tym ołtarzu. Teraz, w Nowy Rok, bo od tego zależy prosperity. Trzeba dostać się tam za wszelka cenę, iść po trupach, nie patrząc na innych. Niczym na co dzień. Niczym w biznesie.
Zatem w sumie dobrze się stało, że nie poszliśmy do tej świątyni. Wybraliśmy sposób świętowania par excellence (nowo) chiński. Zrobiliśmy to, co robią prawie wszyscy młodzi Chińczycy, jak chcą się zabawić. Poszliśmy na karaoke. Było więc idealnie tak, jak być powinno. Tak, jak robią miejscowi. Tylko piosenki były zachodnie. Źle nie było. Zastanawiam się tylko, czy niemiłosiernie fałszując "Strangers in the Night" Sinatry rzeczywiście żegnałem stare a witałem nowe?

Chiński Nowy Rok to nie tylko jeden dzień. To ciągnące się 9 dni obchody, podczas których (prawie) wszyscy mają wolne od pracy i ruszają w kraj świętować. Jednym z najciekawszych sposobów obchodzenia go jest krzyżujący się akurat teraz terminem z Nowym Rokiem, Festiwal Latarni w miasteczku Pingxi. Cała zabawa polega na tym, że przyjeżdża się tam razem z rodziną i/bądź przyjaciółmi i kupuje wielkie, papierowe latarnie. Są one kolorowe. Dominują czerwone, ale każdy kolor ma określony symbol. Na latarniach pisze się życzenia. Następnie prostuje się latarnie, podpala ją niczym balon i wypuszcza. Latarnia ulatuje w powietrze, łącząc się z dziesiątkami innych w podniebnym balecie.

Tym razem ogólną atmosferę zabawy trochę popsuł deszcz - od 4 dni leje niemiłosiernie, non stop. Stąd też w Pingxi nie było setek latarni, lecz tylko kilkadziesiąt. Ludzie moknąc niemiłosiernie szybko robili pamiątkowe zdjęcia i uciekali pod dach. A następnie, szczęśliwi z powodu dopełnienia tradycji, jak to Chińczycy, szli coś zjeść do mnóstwa tutejszych knajpek.

Miałem szczęście. Moi nowi znajomi zabrali mnie ze sobą. Miałem okazje popatrzeć na życzenia - chociaż tradycyjnych znaków ni w ząb nie rozumiem, to często pisali po angielsku. Pragnąc głównie - a jakże - pieniędzy. Dużo. Dolarów. Tak tajwańskich, jak i amerykańskich. Tym niemniej zabawa była przednia. Uciekając przed deszczem podpisywaliśmy kolejne latarnie. Zrobili mi frajdę - tę, czerwoną, na której było moje życzenie, pozwolili mi samemu wypuścić. Bardzo dziwne to uczucie. Zapalony lont ogrzewa od środka latarnię, którą trzeba trzymać od góry - by nie uciekła. Gdy już jest czas puszcza się ją po prostu, a ona błyskawicznie ulatuje do nieba. Jest coś magnetycznego w patrzeniu na odlatujący, palący się od środka balonik. To jak wypuszczanie butelki z listem. Życzenie odfrunęło w przestworza. A nuż się spełni?

Michał Lubina

Autor

Michał Lubina - jest doktorantem Wydziału Studiów Międzynarodowych i Politycznych UJ. Zjeździł z plecakiem większość krajów Azji, docierając lądem najdalszych zakątków Rosji, Chin, a także Indii, Pakistanu, Iranu czy Bangladeszu. Autor przewodników po Litwie i Rosji oraz licznych wystaw fotograficznych – m.in. z Rosji, Chin czy Armenii. Przewodnik i autor programów po Chinach w Klubie Laurazja (www.laurazja.pl). Fascynuje się Dalekim Wschodem, a Chinami w szczególności, o których związkach z Rosją pisze doktorat. Od sierpnia 2009r. jest stypendystą Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego w Pekinie.

Zdjęcia Michała Lubiny

Obejrzyj zdjęcia z Chin w naszej galerii.

Komentarze? Zaloguj się.

Aby dodać swoją opinię, zaloguj się korzystając z poniższego formularza. Jeśli nie masz jeszcze konta, zarejestruj się.

TypoScript object not found (lib.small_login)