Koniec Świata powie Ci dokąd warto pojechać i jak to zrobić tanio. Co więcej, powiedzą Ci o tym ludzie, którzy znają dany kraj na wylot, bo mieszkają w nim lub byli w nim wielokrotnie. Dowiesz się co zobaczyć, co zjeść, na co się szczepić, obejrzyjsz zdjęcia i posłuchasz muzyki.
Jeśli jedziesz gdzieś z plecakiem, znajdziesz tu wszystko czego szukasz.

W Chinach spać można na tysiące sposobów. Po pierwszym pobycie w tym kraju na zawsze zrezygnowałem z namiotu. Spałem tak kilka nocy. Większość – przy granicy rosyjskiej: było to jedno z niewielu miejsc w Chinach odosobnionych. Najbardziej w pamięć zapadło jednak szukanie miejsca na namiot w podpekińskim Chengde. Wydawać by się mogło, że to sympatyczne miasteczko jest idealnym miejscem na namiot. Nie jest. Prezentuje ono sobą typową rzecz dla Chin – całkowity brak wolnej przestrzeni. Gdziekolwiek się nie pójdzie – osady ludzkie. Domy, osiedla, hutongi. Ciągnące się w każdą stronę i sięgające jakiejś granicy naturalnej – rzeki, stawu, góry. Wszędzie ludzie, wszędzie zajęte! Szukając miejsca w Czengde mało się nie załamałem. Ostatecznie wlazłem wtedy na jedyną w mieście górę, ale okazało się, że na jej szczycie – znajduje się kasyno. A stoki strome, namiotu postawić nijak się nie da. Wreszcie, schodząc przybity z drogi i ledwie zipiąc po 3 godzinach łażenia z ciężkim plecakiem zobaczyłem… tunel. Wlazłem na niego, okazał się mieć płaski dach, szerokości tak z 4 metry na 4 i tam rozbiłem namiot. Choć noc minęła bezpiecznie i nawet się wyspałem, to po tym doświadczeniu więcej namiotu do Chin nie brałem. Spałem głównie w najtańszych hotelikach, bądź w hostelach. Ale te ostatnie nie wszędzie są, a te pierwsze nie zawsze przyjmują obcokrajowców. Dawniej był całkowity zakaz nocowania obcych w takich miejscach, ale partia go zdjęła lat temu kilka. Jednakże nie wszędzie ta wiadomość dotarła i nie wszyscy w nią uwierzyli. Na przykład w prowincji Laoning (d. Laotung) w Mandżurii.
Ostatnie dwie noce mojego wrześniowego wyjazdu spędziłem dość nietypowo. Pierwszą, w stolicy prowincji, mieście Shenyang, u nas lepiej znanym pod dawna nazwa Mukden. Spędziłem, wałęsając się po nocy po tym mieście i co pewien czas zatrzymując się a to na głównym placu, a to na dworcu. Przelazłem spokojnie z 15 km, aż wreszcie wybiła miłosierna 5.40 o której miałem autobus do Dandongu. Po drodze próbowałem, tak kolo 2-3 w nocy, spędzić kilka godzin w kawiarence internetowej (całodobowej). Jak wszedłem, pani powiedziała ok, wzięła pieniądze, posadziła mnie i wszystko byłoby dobrze (zawsze to kilka godzin) ale siedzący obok niej Ktoś Kto Sie Zna ziewnął i powiedział, ze się nie da. Ewidentnie mu się nie chciało włączyć netu. Bo w realiach chińskich kawiarenki internetowe są tylko z nazwy, a określenie to jest mocno nieadekwatne: przeważnie są to wielkie sale, wypełnione setkami ludzi, najczęściej grających niezmordowanie przez całą dobę w we wszelakie możliwe gry. Z Internetu mało kto korzysta, więc się gościowi nie chciało tylko dla mnie wykonać skomplikowanej czynności polegającej na podłączeniu się do sieci. Zastosowałem więc polską tradycyjną taktykę Rejtana (albo Leppera): siadłem na środku i powiedziałem, ze się stąd nie ruszę dopóki mi tego netu nie włączą. Zapanowała konsternacja. Wreszcie facet ruszył się z miną będącą skrzyżowaniem cierpienia z powodu niesprawiedliwości i znudzenia koniecznością wykonania pańszczyzny, i włączył mi tego kompa, ale tylko na godzinę...
Później przespałem się trochę w autobusie, a także w jednej z baszt Wielkiego Muru, który w Dandongu przebiega wzdłuż granicy z Korea Północną. W tym uroczo zimnowojennym mieście z kolejnym noclegiem poszło mi znacznie lepiej – znalazłem kolejną halę, mylnie kawiarenką internetową zwaną i tam, zapłaciwszy za 4 godziny, przespałem się całą noc, przez nikogo nie zauważony ani nie zaniepokojony.
Pytaniem, które ciśnie się na usta jest: czemuś nie poszedł do hotelu? Otóż próbowałem tak zrobić pierwszego dnia w Shenyangu. Wylazłem z dworca kolo 21 i poszedłem do kilku tanich. Rzecz jasna usłyszałem mei you (co znaczy, w zależności od sytuacji: nie ma, nie da się, nie można i jest jednym ze słów kluczy w zrozumieniu Chin). nagle spotkałem jakichś chłopaków, studentów, którzy mi zaoferowali pomoc. Z nimi poszedłem do kilku kolejnych hoteli, gdzie nawet i mnie chcieli przyjąć (za dobra cenę, tj. 20-30 PLN w przeliczeniu), ale jak posprawdzali, to im wychodziło, ze nie mogą.
Spotkaliśmy jakąś dziewczynę, która powiedziała, ze obcokrajowcy mogą spać w Chinach tylko w hotelach 3 gwiazdkowych(co ogólnie jest bzdura, ale w tej prowincji okazało się być prawdą).W jednym z hoteli mieli nawet spis narodowości, które mogą przyjąć. Ku mej wściekłości i frustracji, były tam m.in. Niemcy i Rosja. Czyż może cos bardziej wkurwić Polaka niż świadomość, ze Niemiec może i - co gorsza! - Ruski też, a on nie?!
Potem chłopcy wzięli mnie do kilku hoteli, gdzie doba zaczynała się od 80-100 PLN, ale szybko im wytłumaczyłem, ze to nie dla mnie. Wreszcie udaliśmy się do hotelu opisanego w Lonely Planet. Mila pani w recepcji mówiła, ze łóżko będzie dla mnie za wąskie (nie było) pokój był mały, ale jary i wszystko szło już dobrze. Kwaterowałem się, paszport, wiza... juz witałem się z gąska (i 20 złotymi za te noc), gdy nagle, znad kompa obok w recepcji przysiadł się jakiś młody bydlak w okularach. Sprawdził moja wizę i stwierdził, że nie mogą przyjąć, bo na niej nie ma daty wyjazdu z Chin (no jasne, ze nie ma! Przy wizie studenckiej nigdy nie ma, bo dostaje się roczną, ale dopiero jak miejscowa SBecja zaakceptuje i wbije zgodę na roczny pobyt). Tłumaczę ćwokowi, ze tak jest zawsze, a on, że nie bo, nie. Nic nie pomogło: pokazywanie dokumentów z uniwersytetu, tłumaczenie, sprawdzanie w necie (oczywiście nie był w stanie niczego znaleźć). Stwierdzili więc, najspokojniej w świecie o 23 w nocy, ze nie, nie przyjmą mnie. Błagania, tłumaczenie, wszystko na nic. Olał mnie, siadł sobie przy swoim kompie i wznowił rżnięcie w grę. A pani siedzi i się uśmiecha. Szlag mnie trafił, zrobiłem rzecz której pod żadnym pozorem robić nie wolno w Chinach, ale uczyniłem to z premedytacja: wydarłem się na nich, a następnie ciągle wrzeszcząc, wziąłem butelkę wody, trzasnąłem ja o ziemie, a na koniec, biorąc bety, podniosłem ją znów i cisnąłem w tego bydlaka. I wyszedłem razem z moimi znajomymi. Po chwili dogonił nas na ulicy, groteskowo dzierżąc w ręku miotle i zamachnął się nią na mnie. Mając dwa plecaki na sobie i w reku przewodnik, schyliłem się,odrzuciłem je na ziemie i skoczyłem do niego, wrzeszcząc, by odrzucił miotłę i stawał.
Juz nie był taki chojrak, zasłaniał się tą miotłą machając mi przed oczami, aż wreszcie zainterweniowali moi znajomi, odpychając go i strofując w iście chiński sposób – „Jesteś Chińczykiem!” (co można przetłumaczyć jako „zachowuj się!”).
Poszliśmy... na policję! Moi znajomi chcieli się dowiedzieć, czy mogę nocować w takich hotelach. Nie wiem po kiego grzyba tam leźliśmy, to akurat był najgłupszy z możliwych pomysłów. Ja, dziecko socjalizmu, instynktownie czuję, że policja (a juz szczególnie w takich krajach), to nigdy nie pomoże, a co najwyżej zaszkodzi. Łażenie do niej z własnej woli to czyste szaleństwo i proszenie się o guza (bo od razu zaczną się pytania "co", "po co", "dlaczego"). Tym razem skończyło się i tak dość dobrze, to znaczy na niczym: gliniarze rzecz jasna o niczym nie mieli pojęcia, żadnego pomysłu na rozwiązanie tego klinczu, wiec tylko straciliśmy czas. Na moje wyraźne życzenie opuściliśmy wreszcie to bezsensowne miejsce i udaliśmy się do kolejnego opisanego w LP hotelu. Tam nawet tłumaczyć im się nie chciało, zobaczyli mnie i od razu powiedzieli mei you. No to chłopcy wzięli taryfę i zawieźli mnie... pod wieżę telewizyjna. Chyba chcieli mnie gdzieś tam upchnąć, ale strażnik wykazał rewolucyjną czujność i nie wpuścił na teren (swoja droga: to trzeba mieć naiwność iście dziecięcą by wierzyć, ze da się prześlizgnąć i przewaletować obcokrajowca. W takim kraju!). Była 24 w nocy, od 3 godzin juz szukałem noclegu... Nagle w bramie pojawiła się jakaś dziewczyna z identyfikatorem. Pogadała z nimi, podeszła do mnie, zaczęliśmy gadać moją łamana chińszczyzna i jej łamana angielszczyzna. Powiedziała, ze pomoże. Zawiozła mnie swoim autem do wielkiego, 20-ilus tam piętrowego hotelu. Mowie jej, że nie mam kasy na taki hotel, ona na to, ze nie ma sprawy. Pytam, czy ona będzie płacić, na co słyszę, że nie, że ma znajoma w tym hotelu i sprawa będzie załatwiona. Tak tez się i stało, dostałem pokój w stylu Sheratona. Wszystko błyszczało tam luksusem, światło się samozapalało i gasło, salon był jak z innej bajki, łazienka swym wyposażeniem zachwyciłaby każdą kobietę, zaś sypialnia pachniała niesamowitą świeżością, od dawna mi nieznaną. Czułem się w tym pokoju jak emigrant zza żelaznej kurtyny, wreszcie zrozumiałem co czuli Ruscy jak w latach 90- tych siedzieli w hotelach na Zachodzie po ciemku, bo nie umieli włączyć światła i myśleli, że prądu nie ma...
Wszystko pięknie, ale wciąż nurtowała mnie sprawa opłat… Pytam się mojej nowej znajomej błagalnie, czy ona za to nie płaci. Nie, nie, rzecz jasna nie płaci, nie dała się uprosić na zmianę adresu, prawie mnie siłą do tego pokoju zagnała. Głupia sprawa, widać, ze opiekę nade mną wzięto sobie za punkt honoru, nie mogłem już odmówić. Co miałem zrobić? Podziękowałem najwylewniej, jak umiałem, wycałowałem, powiedziałem, ze jest najpiękniejsza kobieta jaka widziałem w Chinach (co było prawdą), a następnego dnia kupiłem jej wino o równowartości tego pokoju (czyli kolo 100PLN) i zostawiłem na
recepcji...
Tym sposobem wyszedłem na tym jak Zabłocki na mydle, ale narodowa cecha pt. „zastaw się, a postaw się” okazała się być silniejszą od wszystkiego. No i w efekcie następnie dwie noce spędziłem (prawie) bezsennie.
Michał Lubina
Michał Lubina - jest doktorantem Wydziału Studiów Międzynarodowych i Politycznych UJ. Zjeździł z plecakiem większość krajów Azji, docierając lądem najdalszych zakątków Rosji, Chin, a także Indii, Pakistanu, Iranu czy Bangladeszu. Autor przewodników po Litwie i Rosji oraz licznych wystaw fotograficznych – m.in. z Rosji, Chin czy Armenii. Przewodnik i autor programów po Chinach w Klubie Laurazja (www.laurazja.pl). Fascynuje się Dalekim Wschodem, a Chinami w szczególności, o których związkach z Rosją pisze doktorat. Od sierpnia 2009r. jest stypendystą Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego w Pekinie.
Aby dodać swoją opinię, zaloguj się korzystając z poniższego formularza. Jeśli nie masz jeszcze konta, zarejestruj się.