Koniec Świata powie Ci dokąd warto pojechać i jak to zrobić tanio. Co więcej, powiedzą Ci o tym ludzie, którzy znają dany kraj na wylot, bo mieszkają w nim lub byli w nim wielokrotnie. Dowiesz się co zobaczyć, co zjeść, na co się szczepić, obejrzyjsz zdjęcia i posłuchasz muzyki.
Jeśli jedziesz gdzieś z plecakiem, znajdziesz tu wszystko czego szukasz.

Etykieta i zwyczaje. W Malezji żyją w mniej więcej równych proporcjach Malajowie, Hindusi i Chińczycy, więc paleta zwyczajów i zasad jest dość spora. Do świątyń hinduskich raczej nie można wchodzić, a jeśli już to bez butów. Do świątyń buddyjskich zawsze bez butów. Na terenach muzułmańskich warto znać zasady rządzące ta religią (patrz: Poradnik) i zachowywać się generalnie skromnie i niewyzywająco.
W hinduskich knajpach je się palcami (ale tylko potrawy z ryżu), w malajskich i chińskich – łyżką i widelcem (noży się nie używa). Widelcem nakłada się jedzenie na łyżkę, a łyżką wkłada do ust.
Malezyjczycy robią wiele rzeczy w nocy, gdy jest chłodniej. Targi warzywne, procesje przy świątyniach, hawker stalls (wózki z jedzeniem, ustawiające się przeważnie zawsze w tych samych miejscach).
Nie ma zwyczaju targowania się. A ewentualne próby i tak nie przyniosą zazwyczaj efektu. Oczywiście na targach sprawa wygląda inaczej.
Malezyjczycy cmokają żeby zwrócić czyjąś uwagę, nie jest to nic obraźliwego.
Na drogach często są checkpointy policyjne, zazwyczaj bezbolesne.
Przed wejściem do czyjegoś domu (a czasem i do sklepu) należy zdjąć buty. (TM)
Tubylcy mieszkają w tzw. Longhousach. Jedynym sposobem, aby zobaczyć prawdziwy longhouse jest poznanie mieszkańca takiego domu. Jeśli zostanie się zaproszonym, koniecznie trzeba kupić coś dla mieszkańców. Najlepsze prezenty to cukier, proszek do prania, kawa itp. - trzeba kupić tyle ile jest mieszkańców lub rodzin, czyli jeśli cukierki dla dzieci to najlepiej duże paczki. Zwykle w takim domu jest około piętnaście rodzin. (AB)
Mieszkańcy. Malezyjczycy są bardzo przyjaźni i otwarci, można zawsze liczyć na pomoc każdej spotkanej osoby. (TM)
Rodowici mieszkańcy Borneo uważają się za prawdziwych Malezyjczyków. Dwa największe plemiona to Iban i Bidayu. Iban dawniej było łowcami głów i podobno ludożercami. Sami mówią "tylko" o odcinaniu głów- im więcej odciętych głów wojownik miał na swoim koncie, tym większym szacunkiem go darzono. (AB)
Przydatne języki. Angielski, praktycznie wszędzie. Sam malajski jest bardzo ładny, warto się nauczyć podstaw dla własnej przyjemności. (TM)
Święta. Każda kultura obchodzi swoje święta, co oznacza, że kiedy nie pojedziesz, na pewno na coś trafisz. Najbardziej widowiskowe są: Thaipusam (styczeń lub luty, hardcore, ale niesamowity) i Deepavali dla Hindusów (listopad), dla Malajów – Pesta Gawai (czerwiec). Chiński Nowy Rok nie jest celebrowany jakoś szczególnie (jak wszędzie, zresztą). Hindusi obchodzą setki mniejszych świat, a i na co dzień ich świątynie wyglądają bardzo kolorowo. (TM)
Jedzenie. NIE-SA-MO-WI-TE. Mieszanka tych trzech kultur daje nieprawdopodobny efekt. Jedzenie w Malezji jest tak smaczne, że można jeść pięć posiłków dziennie i nie mieć dość. Dania nie wybiera się z karty, raczej każda knajpa ma zestaw potraw, które serwuje, wiec najpierw trzeba wiedzieć, co się chce zjeść, a dopiero potem wybrać bar.
W hinduskich knajpach na baczną uwagę zasługuje m.in. kurczak tandoori z wielkiego glinianego pieca (łatwo te kurczaki poznać, mają jaskrawoczerwoną skórę), słodka herbata z mlekiem oraz roti canai (czytane jak roti chennai) z dhalem (sosem z soczewicy). Niektóre restauracje podają jedzenie nie na talerzach, a na liściach bananowca – są wtedy zazwyczaj oznaczone jako „banana leaf”.
W malajskich jadłodajniach koniecznie trzeba spróbować satay (kawałki kurczaka na szaszłyku w raczej ostrym sosie z orzeszków zmiennych podlewane olejem palmowym, do kupienia na hawker stalls). Reszta też jest bombowa: nasi lemak, pisang goreng (smażone banany w cieście) i cokolwiek innego.
Trudno w ogóle coś polecać, bo zjeść warto wszystko. Naprawdę, jedzenie jest jedną z najmocniejszych stron Malezji. (TM)
Faktycznie, efektem miksu kuchni kantońskiej, południowych Indii, malajskiej i tajskich wpływów jest mieszanka tak smaczna, że warto odwiedzić ten kraj choćby ze względu na nasze kubki smakowe. W dodatku w Malezji występuje odwrotna zależność niż w większości innych krajów, mianowicie im tańsze jest jedzenie, tym lepsze.
Po zmroku ulice zamieniają się w gigantyczne jadłodajnie, często jedno stanowisko specjalizuje się w jednej tylko potrawie. Znane są również Night Markets – nocne targi z potrawami, na których pojedyncze stanowiska (food stalls) słyną ze swojej potrawy i zdarza się że ludzie przyjeżdżają z drugiego końca miasta lub z innej miejscowości na swoją ulubioną Laksę, Sambal Sotong czy Nasi Lemak.
Koronę Malezji w zakresie przyjemności płynących z jedzenia niewątpliwie nosi Georgetown na wyspie Penang i owiany legendą Night Market w China Town. (ŁS-N)
Sarawak - kuchnia podobna jak w pozostałej części Malezji.
Polecam laksa sarawak czyli zupę z krewetkami, specjalną mieszanką przypraw i mleczkiem kokosowym, jedyna w swoim rodzaju i dosyć ostra.
Na półwyspie również można skosztować laksy jednak smakuje zupełnie inaczej
Najlepiej jadać w lokalach, w których menu jest w malayu- dania lokalne, świeże i przepyszne. Warto nauczyć sie kilku podstawowych nazw np. ayam- kurczak.
Szczególnie polecam lokalną knajpkę w Kuching, zaraz przy biurze Air Asia. Zawsze pełno ludzi, prawie nigdy nie zaglądają tam turyści i dają najlepszą laksę na Borneo. Niestety obsługa nie mówi po angielsku. (AB)
Religia. Hinduizm, buddyzm, islam. (TM)
Co warto przywieźć na pamiątkę. Nie ma czegoś typowo malezyjskiego, co warto by było przywieźć do domu. Jeśli już to polecam zakupy w Kuala Lumpur, w Central Market (Pasar Seni) (hala targowa w centrum, można tam zostawić sto tysięcy, chce się kupić wszystko, raj dla zakupowiczów). W KL można też się skusić na chińską podróbę Rolexa czy jakiejkolwiek innej luksusowej marki, które są sprzedawane zupełnie bez żenady na Petaling Street.
Z Cameron Highlands warto przywieźć herbatę, z Taman Negara (jeśli ktoś się wybierze do dżungli i znajdzie wioskę Orang Asli) np. bambusowe grzebienie plemienia Batek albo dmuchawkę na ptaki (uwaga, jest przez służby celne traktowana jak broń!). Generalnie szału z pamiątkami nie ma, zazwyczaj standardowa chińska kolekcja udająca lokalną. (TM)
Blow pipe czyli ciężarki do uszu o niezwykle pięknych kształtach.
Także naczynia i inne drewniane wyroby oraz wzorzyste materiały. (AB)
Tomek Michniewicz - backpacker, dziennikarz, autor programu podróżniczego "Trójka Przekracza Granice". Przeciwnik kapeluszy a’la Indiana Jones i festiwalu w Opolu, miłośnik stanu na granicy wyczerpania. Redaktor naczelny serwisu KoniecŚwiata.net.
Łukasz Szolc-Nartowski - właśnie dochodzi do siebie po czternasto miesięcznej tułaczce po Azji. Fascynat leniwej egzystencji oraz poznawania życia poprzez doświadczania go na własnej skórze i we własnej osobie.
Aby dodać swoją opinię, zaloguj się korzystając z poniższego formularza. Jeśli nie masz jeszcze konta, zarejestruj się.
| Ostatnie postyMalezja | ||||
|---|---|---|---|---|
| Temat | Ostatni post | |||
|
Porady użytkowników: Gdzie spać
Malezja / Informacje praktyczne
|
2011-09-02 08:08 przezwojtektorun |
|||