Kraj o opinii dzikiego i prawdziwego, w rzeczywistości już nadpsuty turystyką. Nadal warto, ale raczej dla szukających sympatycznego podróżowania niż hardcorowców.
Laos umie się sprzedać. Niby wszystko przemawia przeciw niemu: położenie – bo wciśnięty między Wietnam i Tajlandię blednie przy nich. Geografia – bo większości to same góry i dżungla, raczej nieprzejezdne. Wreszcie historia: komuniści.
Choć Laos w wielu miejscach przypomina Tajlandię, choć komercjalizacja jest faktem, choć ciągną do niego całe strumienie zachodnioeuropejskich turystów z backpackingiem nie mających nic wspólnego, choć główne miasta żyją z przybyszów, to Laos wciąż ma opinię kraju nieznanego, nieodkrytego i niezniszczonego przez popkulturę. Kraju – wyzwania.
A tak nie jest: chociaż podróżowanie po Laosie jest trochę trudniejsze niż po Tajlandii, to wcale nie znaczy, że jest trudne. To może być niełatwe w niektórych miejscach – szczególnie na pograniczu z Birmą i Chinami, a także przy „szlaku Ho Chi Minha” – ale poza tymi obszarami jest prościutkie i każdemu średnio-doświadczonemu plecakowcowi większej trudności nie zrobi.
To wcale nie musi być zarzut: jeżeli porzucicie ambicje, męczenie się, daremne szukanie transportu i próby porozumienia się z bystrymi inaczej wieśniakami, po czym oddacie całym masom przyjemności i uroków turystycznych, jakie daje wam ten kraj, możecie wyjechać z niego naprawdę zadowoleni. (Michał Lubina)
Komu się spodoba: tym, którzy chcą zobaczyć coś nowego, ale nie za wszelką cenę. Zapuścić się w dżunglę, ale tak by potem szybko móc wrócić i odnowić siły w saunie czy na masażu. Laos to dobry kraj na początek podróżowania w stylu backpackerskim: nie za łatwy, nie za trudny. Tu zrozumiecie czym to się różni od zwykłej turystyki, jak to się robi i czym to się je, a jednocześnie nie zniechęcicie się z powodu nadmiaru przeciwieństw. Słowem: dla ambitniejszych, ale nie najambitniejszych.

