Koniec Świata powie Ci dokąd warto pojechać i jak to zrobić tanio. Co więcej, powiedzą Ci o tym ludzie, którzy znają dany kraj na wylot, bo mieszkają w nim lub byli w nim wielokrotnie. Dowiesz się co zobaczyć, co zjeść, na co się szczepić, obejrzyjsz zdjęcia i posłuchasz muzyki. Jeśli jedziesz gdzieś z plecakiem, znajdziesz tu wszystko czego szukasz.


Ważne: Strona wykorzystuje pliki cookies. Więcej szczegółów w naszej Polityce Cookies.

brak nowości na liście.

Laos - Czego nie warto

Wat Phu Champasak.
Umieszczony na liście UNESCO, jest znakomitym dowodem na to, że co ważne dla światowego dziedzictwa niekoniecznie musi być ciekawe. Nie należy dać się zwieźć przewodnikowi Lonely Planet po Laosie, w którym Wat Phu jest przedstawiony jako jedno z najciekawszych miejsc w Laosie, jako coś, bez ujrzenia czego nie wolno opuścić tego kraju.

Wat Phu to najlepiej (co nie znaczy, że dobrze) zachowany zabytek khmerski w Laosie, miał być imitacją nieba, jak zresztą wszystkie miasta Imperium Khmerskiego, a szczególnie jego stolica. I właśnie: jeśli ktoś był w Angkorze – niech przypadkiem nie udaje się do Wat Phu, jego rozczarowanie będzie ogromne. A jeśli nie był – to też niech lepiej nie jedzie do Wat Phu, a zaoszczędzeni pieniądze i ruszy do Siem Reap, to znowu tak daleko stamtąd nie jest. Wyjdzie na tym lepiej.

Wat Phu to spory kompleks, rozłożony (był) na górze i u jej podnóża, do którego prowadzą kolejne kondygnacje. Praktycznie nic poza schodami i dawnymi barejami (zbiornikami na wodę) się nie zachowało – jedynie na samej górze znajduje się jedno małe sanktuarium, bez dachu, a także kilka posągów Buddy. Poza tym nic: pusta przestrzeń i widoki, które by zobaczyć, trzeba się długo wspinać po tych schodach. Tyle dobrze, że w przynajmniej w cieniu góry o wymownej nazwie Phu Kuai, czyli Penis. To bardzo adekwatne określenie, bo zabytek to iście ch...owy.

 

Mauzoleum Kaysone Phomvihane.
Każdy wjeżdżający do Laosu, wziąwszy do ręki ichnie pieniądze, z pewnością zada sobie pytanie, kim jest ten facet z charakterystyczną, zalaną, będącą skrzyżowaniem Buddy Amidy i Mao Tse-tunga, gębą, widniejący na każdym banknocie. Na to pytanie można sobie odpowiedzieć na przedmieściach Vientianie, gdzie znajduje się jego dom oraz mauzoleum.

Otóż jest to laotański Deng Xiaoping: Kaysone Phomvihane, przywódca Pathet Lao, który rządził krajem aż do śmierci na początku lat 90. i otwarł kraj na zmiany rynkowe, w duchu swego chińskiego mentora. Podobnie jak Deng, który przez 20 lat rządził Chinami formalnie piastując tylko urząd przewodniczącego kółka brydżowego, tak i Kaysone rządził zza pleców marionetki – sławnego na Zachodzie „czerwonego księcia” Souphanouvonga.

Ale to on miał realną władzę, a że głupi nie był – co się wśród komunistów rzadko zdarza – to jemu Laos zawdzięcza dziś to, jak wygląda. Tyle historii, by się tego dowiedzieć, wcale nie trzeba jechać na skraj miasta, pod monumentalno–kiczowaty memoriał przypominający architektonicznie Mauzoleum Mao w Pekinie (tyle, że brzydszy, w co trudno uwierzyć).

W środku dowiecie się bowiem tego, że Kaysone praktycznie sam (no, może jeszcze z pomocą Souphanouvonga) wygnał z kraju Francuzów, Amerykanów i wszystkich serwilistycznych wobec nich zaplutych karłów reakcji. Poza tym poznacie frapujące osiągnięcia gospodarcze Laosu: ilustrują to pożółkłe zdjęcia przedstawiające zbiory pszenicy, ryżu, urzędnika rozmawiającego przez telefon z budki, wielkie hydroelektrownie, a także lodówki, radia i telewizory żywcem wyjęte z późnego Breżniewa. To już nawet nie jest śmieszne. To jest jak sam komunizm: trochę smutne, trochę straszne, a przede wszystkim szarobure. 

 

Wioski przy granicy z Chinami.
Mniejszości etniczne, o barwnych strojach, niezwykłych wierzeniach i obrzędach to jedna z głównych atrakcji przyciągających turystów do Laosu. Żyjące w tzw. Złotym Trójkącie mniejszości od dawna fascynowały podróżników, antropologów i nie tylko (vide: „Opiumowa dżungla” Giełżyńskiego).

Niestety, wszyscy chcący się pobawić w małego Malinowskiego (albo Levi-Straussa) muszą mieć smutną świadomość, że już za późno. Tam już dotarła turystyka, co wyraża się w tym, że każdy napotkany mieszkaniec bądź chce coś sprzedać, bądź każe sobie płacić za zrobienie zdjęcia lub po prostu żebrze. Nawet jeśli jest to 4-5-letnia dziewczynka, nie znająca żadnego słowa, poza "money".

Zresztą stosunek miejscowych nie jest zbyt przyjazny – trudno się im dziwić, oni już wiele różnych typów tu widzieli i teraz jedyne co ich interesuje, to skasować obcego.

 

Pha That Luang w Vientiane.
Symbol stolicy Laosu, ciekawe jak ona sama (a przynajmniej jak jej zabytki). Wielka, pozłacana konstrukcja w centrum miasta, mająca być niby buddyjskim kosmologicznym symbolem świata, której każda część wyrażą inny jego aspekt, a której całość przedstawia kwiat lotosu.

Ponoć gdy Francuzi to rekonstruowali w latach 30., to zmienili jego orientację ze wschodu na południe, by bardziej pasowało do nowego planu urbanizacyjnego miasta. To z całą pewnością dlatego po dzisiejszy dzień Stupa wygląda jak kiczowata złota góra, niczym żywcem przeniesiona z Las Vegas albo Disneylandu....

Znasz dobrze Laos?

Uzupełnij jego opis:
dołącz do Przewodników.

 

Autor

Michał Lubina - doktorant na Wydziale Studiów Międzynarodowych i Politycznych UJ, zapalony podróżnik i zadeklarowany backpacker - z plecakiem zjeździł pół Azji, subkontynent indyjski wspomina najmilej. Autor przewodnika "Litwa, Łotwa, Estonia. Bałtycki łańcuch" (wyd. Bezdroża 2006), a także części praktycznej przewodnika "Rosja 2007" (wyd. Pascal). Na co dzien. przewodnik, współpracuje m.in. z Klubem Laurazja (www.laurazja.pl).

Obejrzyj więcej zdjęć.

Dodaj swoje informacje o tym kraju

Aby dodać swoją opinię, zaloguj się korzystając z poniższego formularza. Jeśli nie masz jeszcze konta, zarejestruj się.

TypoScript object not found (lib.small_login)