Koniec Świata powie Ci dokąd warto pojechać i jak to zrobić tanio. Co więcej, powiedzą Ci o tym ludzie, którzy znają dany kraj na wylot, bo mieszkają w nim lub byli w nim wielokrotnie. Dowiesz się co zobaczyć, co zjeść, na co się szczepić, obejrzyjsz zdjęcia i posłuchasz muzyki. Jeśli jedziesz gdzieś z plecakiem, znajdziesz tu wszystko czego szukasz.


Ważne: Strona wykorzystuje pliki cookies. Więcej szczegółów w naszej Polityce Cookies.

brak nowości na liście.

Laos - Co warto

Miasta. Luang Prabang. Dawna stolica Laosu jest TYM miejscem, które trzeba koniecznie odwiedzić. Prowincjonalny, zaciszny i żyjący na wolniejszych obrotach, tchnie atmosferą poszukiwania straconego czasu Królestwa Miliona Słoni, spowolnienia, zatrzymania i oddechu. Miasto jest jak płynący tu leniwie i szeroko Mekong, pełne majestatu i dystansu, spokojnej uzdrowiskowej atmosfery, gdzie nikomu się nie spieszy i gdzie można spędzić popołudnie popijając drinka w jednej z licznych przybrzeżnych kawiarenek. Tu można pokochać Laos!

Tu wszystko jest sprawnie zorganizowane, tak by każdy spędził milo czas, zachwycił się zabytkami, spróbował wszystkiego co miejscowe w najlepszym wydaniu i wrócił zadowolony. Można pobyć w tym kraju ze dwa tygodnie nie ruszając się poza Luang Prabang i okolice, nie nudząc się, a wręcz beztrosko delektując się powiewem egzotyki (delikatnie) na pokaz.

 

Przyroda.

Jaskinia Tham Kong Lo.
Mniej więcej w połowie Laosu, w stronę wietnamskiej granicy, znajduje się jeden z cudów Laosu: oszałamiająca, długa na 7 km, szeroka na 100 metrów i tyleż wysoka jaskinia Tham Kong Lo. Jaskinia jest wciąż w stanie dziewiczym, a swą wielkością i długością wrażenie robi niepowtarzalne. Płynie się po niej łódkami z dobrą godzinę – i to dwukrotnie, raz z postojem i wspinaczką w zupełnych mrokach by na końcu ujrzeć rozświetlone rzędy stalagmitów i stalaktytów, a drugi raz z powrotem, by sobie wszystko utrwalić.

Samo płynięcie też jest ciekawe, co chwilę trzeba wychodzić, broczyć w lodowatej wodzie, mijając większe i mniejsze strumienie (w tym czasie łódkarze podnoszą łódkę, by można było płynąć dalej). Co więcej, same łódki się często psują i wtedy możecie doświadczyć niepowtarzalnego uczucia zostania samemu gdzieś w środku ciemnej, mrocznej jaskini. Ta przyjemność kosztuje 100 tys. kipów za łódkę (max 3 osoby), ale jest to zdecydowanie warte tych pieniędzy (a nawet większych).

Gorzej, że dojazd do tej jaskini jest wręcz tragiczny. Trzeba, jadąc po głównej drodze północ–południe (nr 13), wysiąść w pewnym momencie i dostać się do wsi Ban Khoun Khan (jakaś godzina jazdy sawngthaewem, przy założeniu, że będzie). Stamtąd rano do jaskini jedzie tylko jeden sawngthaew – i od razu wraca, więc jak się chce zwiedzić jaskinię, to się na niego już nie zdąży. Macie więc do wyboru albo liczenie na stopa (czyli najpewniej  powrót pieszo), albo wynajęcie taksy w Ban Khoun Khan, co – jeśli jest was więcej – jest rozsądniejszym pomysłem. Ogółem jadąc z Pakse lub Vientiane do jaskini, trzeba liczyć 2 dni na zobaczenie tego i powrót/przejazd dalej, a to i tak przy mocno sprzyjających wiatrach. Nie zmienia to faktu, że i tak WARTO.

 

Plantacje kawy i herbaty oraz wodospady na równinie Bolaven.
Ciągnące się wokół Paksongu plantacje to jedno z ciekawszych miejsc południa kraju, szczególnie jeśli spacer po nich połączy się z oglądaniem wodospadów Tat Fan i efektownego Tat Yuang (trochę powyżej można się kąpać, co również jest znakomitym pomysłem). N

a zwiedzanie plantacji i wodospadów lepiej wynająć koło Tat Fan przewodnika (5 USD), bo samemu łatwo się można pogubić, błądząc pół dnia po okolicznych wsiach i pagórkach. A przede wszystkim – można nie poznać samych plantacji. Dopiero dzięki przewodnikowi dowiecie się, że chaszcze, na które nie zwrócilibyście w ogóle uwagi, to kawowe drzewka, z których uzyskuje się ową wyśmienitą, tu podawaną z zagęszczonym mlekiem, ciecz.

Do tego, jako że zbieraniem nasionek zajmują się raczej indywidualni, że tak powiem, producenci, niźli korporacje obszarników, sadza się dla oszczędności miejsca, drzewka kawowe razem z herbacianymi, przez co sprytnie rozwiązany zostaje odwieczny problem pt. kawa czy herbata?

Delfiny i wodospad Khon Phapheng.
Jedną z najciekawszych możliwości spędzenia czasu w Don Det – poza leżeniem na hamaku rzecz jasna – jest wykupienie wycieczki obejmującej oglądanie delfinów rzecznych w Mekongu i wodospadu. Zaczyna się do tego drugiego, który wygląda fenomenalnie. Przede wszystkim dlatego, że aż trudno uwierzyć, iż te spokojne, leniwe wody Mekongu nagle zamieniają się w taki rwący, ukazujący całą swą potęgę, żywioł. Wodospad najtrafniej określili w przewodniku LP po Laosie jako „rock and roll”: rzeczywiście, wody rozbijają się o skały z ogromną prędkością i to właśnie ten efekt jest tu najciekawszy.

Jedynym minusem w oglądaniu wodospadu jest natłok tajskich wycieczek zorganizowanych, przypominających wyprawy z zakładów pracy, gdzie czas jest rozłożony idealnie do potrzeb: 1/5 na zabytek, zaś reszta - na zakupy pamiątek. Larmo jest nie do zniesienia, na szczęście wszyscy Tajowie robią zdjęcie w tym samym miejscu, na platformie, więc jak się zejdzie pod wodospad, to jest się samemu i można się nim w spokoju delektować.

Następnym punktem – ciekawszym – jest oglądanie delfinów rzecznych w Mekongu. Ten niezwykle rzadki – i oryginalny – gatunek delfinów zamieszkuje pograniczny odcinek Mekongu i tam sobie żyje, alienując się od swych oceanicznych kuzynów. Płynąć na ten rejs nie należy oczekiwać popisów a la oceanarium, wytresowanych delfinów wyskakujących znad wody przed statkiem o tym podobnych: jak będziecie mieli szczęście, to ujrzycie kilka razy zanurzające się tułowie tego morskiego ssaka i już. Ale będzie to naturalne, autentyczne, a przez to godne zachodu.

 

Zwiedzanie. Park Buddów pod Vientiane.
Około godziny drogi od Vientiane, zaraz za Mostem Przyjaźni z Tajlandią, znajduje się jeden z najbardziej niezwykłych i frapujących zabytków Laosu: park Buddów. Zbudowany przez miejscowego guru Luang Pu, prekursora ekumenizmu, który w swej nauce połączył wierzenia buddyjskie, hinduistyczne i kilka innych. Park jest swoistą egzemplifikacją jego doktryny.

Zbudowany przez jego uczniów, w duchu pierwszych chrześcijan (to znaczy: za darmo), jako Xieng Khuan, co znaczy Duchowe Miasto, ukazuje, poprzez iście nadrealne posągi Buddy, Wiśniu, Śiwy, Durgi i in., kolejne prawdy wiary. A jest co oglądać, bo posągi są naprawdę niezwykłe - a to wielkie niczym dom, a to groteskowo powykręcane, a to z kolei wiejące grozą swych pandemonicznych przedstawień.

Ten park ma w sobie coś – i nie jest to tylko wystawa nowoczesnej rzeźby laotańskiej a la Abakanowicz. Liczni bogowie z panteonu tego parku nie byli łaskawi dla naszego guru: musiał uciekać za Mekong w 1975 r. (widać uznał, że buddyzm to nie to samo, co socjalizm, nawet jego ekumenizm miał swoje granice), pozostawiając dzieło swego życia tu. Ale jego owieczki się nie rozbiegły, uciekły wraz z nim i w Nong Khai, mieście vis a vis Vientiane po tajskiej stronie, zbudowały drugi taki sam park.

 

Waty i Pałac Królewski w Luang Prabang.
Wspaniałe klasztory, niepodobne do jakichkolwiek świątyń buddyjskich poza Azją Południowo–Wschodnią, dawnej stolicy Luang Prabang – waty, to najciekawsze zabytki Laosu. Trudno ich nie zauważyć, rzucają się w oczy z daleka swymi krzykliwymi kolorami - głównie czerwienią i żółcią - a także nagromadzeniem zdobień i płaskorzeźb. Z daleka dla przyzwyczajonego do europejskiego zdystansowania gustu wygląda to jak jedna wielka, trochę zabawno-infantylna, a trochę kiczowata konstrukcja, gdzie ktoś nawrzucał tyle błyskotek ile się dało, by za wszelka cenę zachwycić.

Dopiero jak podejdzie się bliżej, doceni się swoistą harmonię tkwiąca w tej architekturze, imponujący kunszt rzeźbiarski nieznanych artystów kujących w złocie tysiące przedstawień Buddy, scen z jego życia, a także landszaftów z chłopami uprawiającymi pole i kobietami piorącymi ciuchy w Mekongu. Są też i inne, takie jak sceny wojen, w tym potyczki z udziałem słoni, jak również fresk na całą ścianę przedstawiający wizytę chińskich posłów na dwór króla laotańskiego w XVII w.

Innym obowiązkowym miejscem do odwiedzenia w LP jest Pałac Królewski, trochę zagubiony w szuwarach rzecznych i otaczających go, wielkich palmach, gdzie od razu odczujecie ową atmosferę spowolnienia i wycofania. Wrażenie z jego zwiedzania jest – jeśli trochę włączyć wyobraźnię i wyłączyć świadomość przypominającą, że to pod turystów – takie, jakby odkrywało się ukrytą w dżungli stolicę zapomnianego starożytnego królestwa, gdzieś na końcu świata.

 

Kultura. Teatr w Luang Prabang. Trochę tradycyjny, trochę (neo-) kolonialny. Skrzyżowanie folklorystycznego widowiska dla turystów pod tytułem lokalnie ubrane panie tańczące i co chwile krzyżujące ręce w miejscowym geście pozdrowienia (jak do modlitwy), a także przedziwnej wersji Ramajany - niby indyjskiej, a jednak bardzo różnej od kathakali i innych tańców z subkontynetu. Mimo, że trochę na pokaz, i tak warto.

Jedzenie. Kawa! Bezdyskusyjnie! To chyba najlepsze (jeśli nie jedyne dobre), co Laosowi sprawili Francuzi. Posiali oni kawę na łagodnej równinie Bolaven, gdzie doskonale się przyjęła i wkrótce stała się prawdziwym znakiem rozpoznawczym Laosu na kolonialnej mapie Francji. Do dziś jest znakomita, choć mało znana na świecie, głównie dlatego, że (tego na farmach nie powiedzą) kawa ta krótko wytrzymuje - trzeba spożyć do pół roku, potem już bez szans.

Zresztą, na samej Równinie Bolaven nie kupicie jej w wersji zapakowanej – nawet w Pakse, administracyjnej stolicy południa kraju, czegoś takiego nie uświadczycie. Chyba, że made in Thailand. Trzeba więc kosztować na miejscu, a jest czego, bo kawa laotańska zaiste jest pyszna - pobudza do działania i do obudzenia się z wszechobecnego tu letargu. Podawana ze słodzonym mlekiem (czymś takim, co się w Rosji nazywa „sguszczionka” i co u nas nie ma już odpowiednika – wymarło z PRL-em), pozwala, razem z bagietką w ręku, wspaniale zacząć dzień, wspominając czasy Ancient Régime.

Z alkoholami też źle nie jest: mają dobre piwo (beer lao, także kilka zagranicznych), dostępne właściwie wszędzie. Mocniejsze trunki znajdzie się głównie w turystycznych Mekkach typu Vang Vieng (tam jest NAPRAWDĘ międzynarodowo), ale poza tym praktycznie wszędzie dostanie się miejscowy specjał, czyli whiskopodobnego jabola „Tiger”, za, uwaga, 10 tys. kipów (4 PLN! Za pół litra!). Choć kac po nim potężny, to nie ślepnie się, zapewniam.

 

Sport i nurkowanie. (dodaj swoje informacje)

Trekking. (dodaj swoje informacje)

Freak show. Spływ oponą w Vang Vieng.

Jest w Laosie miejsce, do którego ciągną wszyscy i które stało się prawdziwą turystyczną Mekką dla plecakowców z całego świata, punktem obowiązkowym dla każdego zwiedzającego Azję Południowo–Wschodnią. Co ciekawe, nie ma ono żadnych "klasycznych" atrakcji. Zabytków tam brak, pejzaże takie jak wszędzie, wiejskie, kolorystyczne, z rzeka jako dominanta krajobrazu. Nic szczególnego... tak się przynajmniej wydaje. Niezwykłość, a co za tym idzie popularność, prowadzącą z kolei do ogromnych pieniędzy napływających wielkim strumieniem z turystyki, Vang Vieng zawdzięcza... oponie. Zwykłej, samochodowo-TIRowej dętce.

Ktoś kilka lat temu wpadł na genialny pomysł, by rozpropagować wśród turystów atrakcję pod tytułem spływanie rzeką w oponie - rozrywce znanej zresztą chyba całej dzieciarni Azji. Od tego czasu spłynięcie rzeką Nam Song stało się jednym z żelaznych punktów programu każdej wizyty w Laosie, a co za tym idzie - w Vang Vieng. Dzięki temu stopniowo napływało tu coraz więcej białasów, z ich pieniędzmi, potrzebami i wymaganiami. Wystarczyło, by w krótkim czasie uczynić z malej, sennej osady centrum turystyczne, świadczące usługi każdego - dosłownie - rodzaju.

Sam spływ nie jest niczym szczególnym - dostaje człowiek oponę w wielkim składzie, płaci za tę przyjemność ok. 6 dolarów (plus drugie tyle kaucji z oponę - widać że przepis wprowadzony a posteriori), zostaje dowieziony jakieś 10 km za miasto, gdzie zaczyna się spływ. Musi wrócić tego samego dnia i grzecznie oddać środek transportu do składu, jeśli nie – kaucja przepada. Opona chyba przepisów BHP nie spełnia, na pewno zaś brak tam instrukcji użytkowania. A przydałaby się, bo początkowo cholernie trudno się zorientować, kak eto rabotajet.

Samo płyniecie byłoby zajęciem dość nudnym - prąd jest słaby do tego stopnia, że dopłynięcie non stop zajmuje ze dwie-trzy godziny. Byłoby, gdyby nie to, że miejscowi dawno odkryli, że białych nudzi ta dętka po 10 minutach i nie wybudowali, dosłownie co 50 metrów, barów, gdzie można napić się drinków (wybór imponujący), pohuśtać się na wielkiej linie a la bungee nad wodą czy też poskakać do rzeki z ogromnej, przeznaczonej tylko dla naprawdę mocno pijanych, rury.

Efekt jest taki, że aż żal zatrzymywać się, jak tu co chwile z brzegów a to Bob Marley, a to Rolling Stones, a to jakieś dicho przygrywa, a co pijani i wylewniejsi plecakowcy wbiegają do wody i nalewają płynącym po kielichu Tigera - miejscowego bimbru. Po chwili człowiek płynąc w tej oponie myśli, że to jest właśnie to, czego mu teraz trzeba - baru zaraz, drinka wypić, strach pokonać, powygrzewać się na słonku, a potem znowu na gumę.

Tyle tylko, że jak się znów wejdzie do opony, to od razu się nudzi - nic nie szkodzi, za chwilę będzie kolejny bar, potem następny i tak aż do końca. Niektórzy zapobiegliwi biorą cala flaszkę i z nią do opony - patrząc na niektórych można zrozumieć, czemu statystycznie codziennie ginie w tej zabawie jeden biały...

 

Adventure. Speedboat po Mekongu.
Płynięcie speedboatem po Mekongu (można i po innych rzekach, ale to nie to) – to jedno z najlepszych przeżyć w Laosie. Można to uczynić bądź z Huay Xiai w dół, w stronę Luang Prabang (co jest prostsze, tańsze, popularniejsze, mniej niebezpieczne i trochę mniej ciekawe, co nie znaczy, że wcale), bądź stamtąd w górę, wzdłuż granicy z Birmą i Chinami (i vice versa w każdym z tych kierunków). To drugie to prawdziwy hardcore – czyli to co backpackerskie tygryski lubią najbardziej.
 
Dwie godziny prawdziwej szybkości - wszak łódka sunie z prędkością przynajmniej 60 km\h - i podniesionej adrenaliny jednocześnie (górny bieg rzeki obfituje w wiry wielkości kilku metrów, płynąc co chwilę się je mija, zaś łódkowy dokonuje cudów zręczności, by utrzymać delikatną równowagę tego pojazdu) plus wspaniale doznania estetyczne robią swoje.

Górny Mekong w tym miejscu jest niezwykle malowniczy, krajobraz się co chwilę zmienia - od głębokich wąwozów po łagodne, majestatyczne rozlewiska. A do tego prawie cały czas płynie się jedną z największych rzek świata, mając po jednej stronie Laos, a po drugiej Birmę – jedno z najbardziej zamkniętych państw świata, i to na wyciągniecie ręki, dosłownie na dziesięć-piętnaście metrów od brzegu!

Trzeba od razu rzec: to nie dla tych o słabych nerwach. Speedboat (czyli rodzaj motorówki) płynie tak, że w każdej chwili może się przewrócić, a przy tych wirach nawet najlepsze umiejętności pływackie nie pomogą – trzeba ufać Bogu, Buddę, los, czy w co tam się jeszcze wierzy. Po drugie: to drogie i trudne do zorganizowania (opcja nr 2, w dół Mekongu jest prościej, przez agencje bez problemu dostaniecie), bo trzeba się samemu z wieśniakiem–łódkarzem dogadać, a jest on zazwyczaj monopolistą i ma tego świadomość. Tym niemniej – NAPRAWDĘ WARTO. 

 

Plaże i wyspy. Don Det (bądź okoliczne wyspy).Na pograniczu z Kambodżą Mekong rozszerza się, tworząc rzeczną lagunę, pełną małych wysp (jak głosi miejscowa nazwa, 4 tysięcy). Najciekawszą z nich jest Don Det, gdzie pełno drewnianych guesthousów i urokliwych knajpek z widokiem na malownicze zatoki. Dla lubujących się w romantycznej atmosferze to miejsce idealne, tym bardziej, że – w przeciwieństwie do Vang Vieng – nie dotarły tu jeszcze silne grupy pod wezwaniem z Brytlandii, więc jest wciąż cicho i spokojnie.

Jedną z największych atrakcji Don Det jest leżenie bądź spanie w hamaku nad Mekongiem – oferuje to każda noclegownia na wyspie. I to jest to – wylegiwać się, huśtając i wpatrując w leniwe nurty rzeki, czytając książkę odpoczywać po trudach podróży, zbierając siła na dalsze eskapady. Don Det jest znakomitym miejscem na przerwę w wyprawie i regenerację sił. A leżenie w hamaku jest czynnością idealnie adekwatną dla południa Laosu - człowiek sobie leży i nic nie robi, patrząc na majestatycznie płynącą rzekę.

 

Kluby i imprezy. Vang Vieng jest miejscem, można spędzić wiele dni, nie nudząc się, odpoczywając, rozważając empirycznie, czy lepszy London's Gin czy może Seagreves, Johnnie Walker, czy Bourbon, Tiger czy wino śliwkowe i tak dalej.

I na tym to właśnie zbudowany jest sukces tego miejsca, na nieustającej zabawie i poczuciu, że jutra nie ma. I na czymś jeszcze. Już Bobby McFerrin śpiewał "don't worry, be happy". Owo happy w Vang Vieng jest słowem-kluczem otwierającym wiele drzwi. I tym, dla czego spora cześć, jeśli nie większość, tu przyjeżdża. Spotkać to można właściwie w każdym menu, rzucają się w oczy takie pozycje jak "happy tea", "happy soup", czy też "happy pizza". Są odpowiednio droższe, dlatego trudno uwierzyć, że niektórzy nie wiedzą, o co chodzi i następnych kilka dni spędzają w odległych galaktykach.

I nie dziwią rady w Lonely Planet: "jeśli już musisz używać opium, nie mieszaj tego z limonką - wśród górskich plemion Laosu w ten sposób kobiety dokonywały samobójstwa, ostatecznego sprzeciwu wobec złych mężów". Można dorzucić kilka innych (oczywiście – a priori), a przede wszystkim przypomnienie, że to nie jest legalne, więc nie należy oczekiwać otoczenia a la palarnie opium w „Dawno temu w Ameryce”, czy we „Wpływie księżyca”. I mieć świadomość, że o Vang Vieng, jak o mało którym mieście Azji, można powiedzieć to, co kiedyś mówiono o jednej ulicy w hamburskim Sankt Pauli: że można żyć i umrzeć, nie ruszając się stamtąd poza nią.

 

Odpoczynek. Znakomitym pomysłem na odpoczynek jest masaż laotański, czyli to, co znamy jako masaż tajski (one się zresztą niczym nie różnią). Nie jest to masaż erotyczny (są rzecz jasna i takie miejsca, ale nie na widoku i nie oficjalnie, łatwo je zresztą poznać) – i każdy kto z takim zamiarem podejdzie do typowego domu świadczącego masażowe usługi, może się srodze rozczarować (no chyba, że ma jakieś określone skłonności).

Masaż to ok. godzinna, nieustająca maltretacja wszystkich mięśni ciała: wyginanie, wyciąganie, rwanie, bicie, walenie i tym podobne przyjemności. Umysłem pojąć tego nie sposób, ale to naprawdę działa i człowiek czuje się po tym jak nowo narodzony – widać odrobina masochizmu nie szkodzi. A już idealnie jest jak połączy się to z łaźnią ziołową, gdzie przy buchającej parze nawdycha się człowiek tych zielstw i ozdrowieje od wszystkich dolegliwości od razu.

 

Zakupy. Targ nocny w Luang Prabang.

Komu się spodoba. Spodoba się tym, którzy chcą zobaczyć coś nowego, ale nie za wszelką cenę. Zapuścić się w dżunglę, ale tak by potem szybko móc wrócić i odnowić siły w saunie czy na masażu. Laos to dobry kraj na początek podróżowania w stylu backpackerskim: nie za łatwy, nie za trudny. Tu zrozumiecie czym to się różni od zwykłej turystyki, jak to się robi i czym to się je, a jednocześnie nie zniechęcicie się z powodu nadmiaru przeciwieństw. Słowem: dla ambitniejszych, ale nie najambitniejszych.

Znasz dobrze Laos?

Uzupełnij jego opis:
dołącz do Przewodników.

 

Autor

Michał Lubina - doktorant na Wydziale Studiów Międzynarodowych i Politycznych UJ, zapalony podróżnik i zadeklarowany backpacker - z plecakiem zjeździł pół Azji, subkontynent indyjski wspomina najmilej. Autor przewodnika "Litwa, Łotwa, Estonia. Bałtycki łańcuch" (wyd. Bezdroża 2006), a także części praktycznej przewodnika "Rosja 2007" (wyd. Pascal). Na co dzien. przewodnik, współpracuje m.in. z Klubem Laurazja (www.laurazja.pl).

Obejrzyj zdjęcia z innych krajów.

Dodaj swoje informacje o tym kraju

Aby dodać swoją opinię, zaloguj się korzystając z poniższego formularza. Jeśli nie masz jeszcze konta, zarejestruj się.

TypoScript object not found (lib.small_login)