Prawdziwe megapolis, multietniczny i wielokulturowy tygiel. Od 150 lat fascynująco miesza się tu to, co stare, z nowym, chińskie z zachodnim, azjatyckie z europejskim, a do tego jeszcze dochodzi indyjskie, amerykańskie, japońskie, żydowskie, rosyjskie.
Hong Kong nie przypomina kontynentalnej metropolii: miasto jest czyste, zadbane, przyjazne mieszkańcom, dobrze oznakowane, o znakomitym i działającym jak w zegarku transporcie.
A jednak duch tego miasta jest bardzo chiński. Tego nie widać na pierwszy rzut oka, lecz gdy się w niego wgłębi, ten duch uderza. To chińskość dyskretniejsza, bardziej tradycyjna, a przede wszystkim mało proletariacka. Ludzie są mili i serdeczni. Nikt nie pluje. Nikt się nie wpycha. Nikt nie jest bucem. Ludzie mówią sobie „dziękuję” i „przepraszam”.
Hong Kong jest znakomitym przykładem tego, że jednak można Chińczyków ucywilizować, nauczyć angielskiego i zasad świata Zachodu. I że oni, wyrobiwszy się światowo, ogładziwszy się, nie tracą przez to nic ze swojej chińskości. A zyskują na tym wszyscy. (Michał Lubina)
Komu się spodoba: Lubiącym klimat wielkomiejskości, zmęczonym Azją (szczególnie Chinami), sympatykom klimatu pogranicza kultur, fanom nowoczesności, tym, którzy chcą mieć dogodną bazę wypadową do Azji, gdzie wszystko jest sprawnie zorganizowane i z każdym da się porozumieć.








