Koniec Świata powie Ci dokąd warto pojechać i jak to zrobić tanio. Co więcej, powiedzą Ci o tym ludzie, którzy znają dany kraj na wylot, bo mieszkają w nim lub byli w nim wielokrotnie. Dowiesz się co zobaczyć, co zjeść, na co się szczepić, obejrzyjsz zdjęcia i posłuchasz muzyki. Jeśli jedziesz gdzieś z plecakiem, znajdziesz tu wszystko czego szukasz.


Ważne: Strona wykorzystuje pliki cookies. Więcej szczegółów w naszej Polityce Cookies.

brak nowości na liście.

Bangladesz - Ludzie i kultura

Etykieta i zwyczaje. Od samego początku pobytu w Bangladeszu rzuci wam się w oczy, a właściwie w uszy, jedno pytanie: „what’s your country”. Nie miejcie złudzeń, to jest pytanie retoryczne, odpowiedź „Poland” jest równie rzeczywista jak dla nas Bangabongo, zresztą nie o odpowiedź tu chodzi. To, w 90 % procentach, jest jedyna fraza w języku innym niż bangla, którą miejscowi znają.

Nierzadko się zdarza, że ktoś zadaje to pytanie po kilka razy, choć odpowiedź już usłyszał. Bądź też czyni to ktoś inny z grupy, choć już raz się powiedziało. Zdanie „skąd jesteś?” nie jest pytaniem, lecz swoistym sposobem na pochwalenie się, wyróżnienie z tłumu, na taką dziecięcą potrzebę dostrzeżenia przez Obcego (To jak Kłapołuchy z „Shreka”: „wybierz mnie, mnie wybierz, mnie!”).

Niestety, w porównaniu z innymi krajami regionu (Indiami, Lanką, Pakistanem), intensywność zadawania tego pytania jest wprost imponująca, a inteligencja pytającego wiele mówi o potrzebie edukacji w tym okropnie przeludnionym kraju. Stąd też trzeba to przeboleć i się znieczulić. Czasem znajdzie się ktoś, kto jeszcze zada inne pytanie, ale to rzadko, bardzo rzadko, Bengalczycy z angielskim stoją słabo – zresztą ich bracia zza zachodniej granicy nie są wiele lepsi, nawet w Kalkucie.

Drugą rzeczą, dość powszechną szczególnie na prowincji, jest totalnie, cielęce zafascynowanie Obcym. Idąc przez wieś będziecie się czuć jak Forrest Gump z wianuszkiem osób człapiących bez sensu za wami, a jedząc w restauracji - jak gwiazda filmowa otoczona przez paparazzich. Siedząc na promie mamy pewność, że zaraz wszyscy jego pasażerowie się wami zainteresują, patrząc z fascynacją w oczach na was,przez godzinę, dwie. A potem zawołają siostrę/ brata/ kuzyna/wujka by też na to dziwo popatrzył. Najlepsze jest to, że patrzą całkowicie otwarcie, a nawet jak im się robi zdjęcie, że patrzą, to i tak nie zmieniają swego cielęco-podobnego wyrazu twarzy.

Podobnie jak w przykładzie wyżej, porównanie z Indiami i tu szokuje. Hindusi wszak znani są z gapienia się (i to od dawna, vide „Autobiografia” Gandhiego). Przy Bengalczykach są oni jednak mistrzami taktu. Wszystkie te cechy – i tysiące innych – sprawiają, że Bangladesz może bardzo wymęczyć człowieka. Trzeba tylko pamiętać, by nie okazywać złości, frustracji itp.: miejscowi znoszą to dość osobliwe (vide: niżej).

Bangladesz to takie skrzyżowanie konserwatyzmu Iranu z otwartością subkontynentu. Z jednej strony tutejsi muzułmanie – a jest to kraj praktycznie w całości islamski – są wyjątkowo konserwatywni, kobiety chodzą zakwefione prawie jak w Afganistanie, a zwiedzając meczet i widząc ich spojrzenia, można poczuć dreszczyk emocji. Z drugiej: charakterystyczna życzliwość i pogodne nastawienie, typowe dla ludzi z tej części świata jakoś to równoważy. Nie ma jakichś szczególnych nakazów i zakazów dotyczących zachowania się, trzeba się ubierać niewyzywająco, nie prowokować nikogo swym zachowaniem i tak dalej.

 

Mieszkańcy. Bengalczycy to mieszanka wybuchowa. Z jednej strony od wieków żyją na prawdziwej beczce prochu – Bengal od zawsze był terenem podmokłym, pełnym rozlewisk, dorzeczy, dopływów i delt rzek. Uprawiać ziemię tu ciężko, ciągle coś zalewało, a poza tym życie stracić można było dość łatwo, jak nie zalało, to tygrysy zjadły. A do tego jeszcze w miarę często jakiś tajfun albo cyklon trafi i trzeba zaczynać od nowa.

Do tego, z racji ukształtowania terenu, Bengal od XVI w. był ulubionym miejscem schronienia piratów: Portugalczyków, Holendrów, Anglików i całej masy poszukiwaczy przygód. Jak na ten szlachetny zawód przystało, ludzie ci byli pełni temperamentu, żyli chwilą, słusznie jak najmniej ufając przyszłości. Nie trzeba dodawać, że skoro byli tu piraci - i skoro nie można się ich było pozbyć, bo tylko oni znali teren, to Bengal, a przynajmniej jego wschodnia część, czyli dzisiejszy Bangladesz, był swoistą azjatycką Siczą Zaporoską: to tam uciekali wieśniacy w poszukiwaniu przygód, by się wyzwolić z nędzy i ucisku.

Do tego można jeszcze dodać, że dalej, za porośniętymi dżunglą górami, był już tylko Arakan, czyli przerażająca dla każdego Indusa kraina pijących zwierzęcą i – jak wieść niosła - ludzką krew (tylko chrześcijańscy misjonarze się ich nie bali, ciekawe dlaczego?).

To wszystko sprawiło, że Bengal dla każdego władcy Indii był swoistym „końcem świata”: dalej byli już tylko przerażający barbarzyńcy. A ponadto był niedostępny, niemożliwy do kontrolowania, a idealny do krycia się i ucieczki. Przez wieki Bengal i jego mieszkańcy byli pozostawieni samym sobie, dopiero Brytyjczycy jako tako to ogarnęli. Ale i oni mają grzeszki na sumieniu: to oni w 1905 r. po raz pierwsi podzielili Bengal, co dla autorów Podziału z 1947 r. było wzorem.

Część wschodnia Bengalu go stanowiąca zawsze była tą gorszą, biedniejszą, prowincjonalną i zacofaną. Kalkuta błyszczała blaskiem stolicy Perły w Koronie, a Dhaka przypominała dużą wieś, o reszcie kraju nie mówiąc. Ponadto 1947 r. przecięto najważniejsze więzi łączące Bengal Zachodni z Wschodnim, także ekonomiczne (jutę uprawiano tylko we Wschodnim, ale przerabiano w Kalkucie, jak podzielili, tragicznie zbiedniały oba).

Tak więc do wszystkich cech z przeszłości doszło jeszcze poczucie zacofania i poniżenia, spotęgowane niesprawiedliwymi rządami i nierównym traktowaniem w 26-letnim okresie bycia Wschodnim Pakistanem. To odwieczne odosobnienie pozwoliło na to, by skrzyżowały się dwa rodzaje krwi i dwa charaktery: spokojny, osiadły, wytrwały i uparcie w znoju dążący do celu homo sapiens z kosmopolitycznym awanturnikiem, poszukiwaczem przygód, mordercą i złodziejem. Plus uczucie biedy i niechęć do obcych.

Efekt jest taki, że Bengalczycy, na co dzień spokojni, ciut powolni, dyskretnie inteligentni, przypominający energicznym zachowaniem trochę moczące się w wodzie bawoły wodne, w sekundę mogą się przemienić w dziki, agresywny tłum, który rzuci się sobie do gardeł w niezwykle spektakularny sposób.

 

Przydatne języki. Bengalski. Tylko i wyłącznie. Wszak już w nazwie kraju jest odniesienie do języka (Bangladesz znaczy „kraj ludzi mówiący w bangla”). Lepiej się nauczyć kilku podstawowych słów. Angielski znany słabo, bez wątpienia najsłabiej na całym subkontynencie, co nie zmienia faktu, że bez znajomości bengalskiego się nie zginie. Tak, jak w innych postkolonialnych (postbrytyjskich) krajach, angielszczyzna zagnieździła się – ku uldze podróżnika – w takich obszarach życia jak urzędy (wszelkie formularze po angielsku, urzędnicy coś niecoś kumają), transport (napisy po angielsku na dworcach
i w budkach z biletami), życie codzienne miasta (nazwy ulic, gazety po angielsku, nazwy hoteli, restauracji etc.).

Reguła jest mniej więcej taka jak w Indiach: jak ktoś pełni jakąś funkcję, np. sprzedaje bilet za ladą, to coś niecoś tam po angielsku rozumie, ale na ulicy spytać kogoś o drogę nie sposób. Dojmującym uczuciem w Bangladeszu jest totalne niezrozumienie – miejscowi nawet i chcieliby pomóc, ale bariera językowa jest za duża, co sprawia, że nic nie rozumieją i człowiek jest w kropce. Takie sytuacje w życiu podróżniczym jak pytanie o drogę, znajdowanie hotelu, czy zabytku, pytanie o autobus/pociąg to prawdziwa udręka. Pod tym względem jest naprawdę trudno.

 

Święta. Należy zdecydowanie unikać Ramadanu, a już szczególnie jego zakończenia, bo mają oni tam wtedy kilkudniowe święto, w efekcie wszystko jest zamknięte i dostać się dokądkolwiek trudniej niż zwykle jest (o wymianie pieniędzy można zapomnieć). Poza tym za dnia kompletnie nic nie ma w sklepach ani restauracjach (tylko jakieś na pół spleśniałe kanapki, bądź bezsmakowe herbatniki (i – wtedy szczególnie popularne – jaja kacze).

Święto narodowe jest 26 marca. 15 sierpnia jest tu, podobnie jak w Indiach, świętowany, ale z innych przyczyn: jest to dzień żałoby narodowej po Sheiku Mujiburze Rahmanie (nawiasem mówiąc jego urodziny w marcu to Dzień Ojca Narodu), choć na dobrą sprawę – patrząc na los tego kraju – to i po Podziale mógłby być.

 

Jedzenie. (Uwaga osobista: autor tych słów, mimo kilkumiesięcznego pobytu w Indiach, szczerze nie znosi - w szerokim znaczeniu tego słowa – indyjskiego jedzenia, stąd też jego oceny są całkowicie subiektywne.)

Bangladesz to takie biedniejsze Indie: znajdziemy tu mnóstwo wstrętnych, indyjskich pać pokroju dahl, roti czy bhaji, nafaszerowanych chili i curry by zabić ich paskudny smak i oszukać uczucie głodu. Pewną różnicą jest to, że więcej tu potraw mięsnych – co nie dziwi, wszak to muzułmański kraj. Są one odrobinę lepsze niż u sąsiadów, a niektóre nawet dobre, jak ich nie przyprawią za bardzo.

Na plus policzyć też można spory wybór ryb, choć trzeba się bronić, by w curry nie utopili tego (największym problemem z curry nie jest to, że smakuje okropnie, lecz to, że w tej przyprawie można wszystko ukryć – świeżość mięsa szczególnie). Ciekawostką miejscową są sprzedawane przez dzieci po wioskach kacze jaja, którego to przysmaku, nie tylko z przyczyn patriotycznych, warto skosztować.

Reszta, jak w Indiach, z zasadami jedzenie podobnie (je się rękami, zawsze prawą, nigdy lewą: ta ma wyłączność na czynności higieniczne w ubikacji).

 

Religia. Bengalczycy to prawie w 90% muzułmanie, Podział i następujące po nim pogromy dość skutecznie rozwiązały problem wyznaniowy na tym terenie. Chociaż miejscowy islam jest dość zaściankowy, to jednak nie fundamentalistyczny. Stronnicy tego nurtu lubiani nie są, głównie za sprawą tego, że 1971 r. stanęli za Pakistanem, było nie było „Czystym Krajem” i naród im to zapamiętał.

Nie znaczy to, że nie ma ekstremistów, ale oni jeśli już to podkładają bomby i robią zamachy w Indiach, więc w Bangladeszu nie ma problemów. Tutejszy islam bardziej przypomina naszą ludowo- toruńską wersję katolicyzmu, co szczególnie dotyka miejscowe kobiety, ale dla podróżnika ma znaczenie marginalne, jeśli nie zerowe.

Chrześcijanie są dość dobrze obecni, szczególnie architektonicznie –  zostały po nich wspaniałe kościoły. W miarę silna, po-portugalska, parafia jest w Chittagongu.

 

Co warto przywieźć na pamiątkę. (dodaj swoje informacje)

Przewodnicy

Znasz dobrze Bangladesz?

Uzupełnij jego opis:
dołącz do Przewodników.

 

Autor

Michał Lubina - doktorant na Wydziale Studiów Międzynarodowych i Politycznych UJ, zapalony podróżnik i zadeklarowany backpacker - z plecakiem zjeździł pół Azji, subkontynent indyjski wspomina najmilej. Autor przewodnika "Litwa, Łotwa, Estonia. Bałtycki łańcuch" (wyd. Bezdroża 2006), a także części praktycznej przewodnika "Rosja 2007" (wyd. Pascal). Na co dzien. przewodnik, współpracuje m.in. z Klubem Laurazja (www.laurazja.pl).

Obejrzyj zdjęcia z Bangladeszu.

Dodaj swoje informacje o tym kraju

Aby dodać swoją opinię, zaloguj się korzystając z poniższego formularza. Jeśli nie masz jeszcze konta, zarejestruj się.

TypoScript object not found (lib.small_login)