Koniec Świata powie Ci dokąd warto pojechać i jak to zrobić tanio. Co więcej, powiedzą Ci o tym ludzie, którzy znają dany kraj na wylot, bo mieszkają w nim lub byli w nim wielokrotnie. Dowiesz się co zobaczyć, co zjeść, na co się szczepić, obejrzyjsz zdjęcia i posłuchasz muzyki. Jeśli jedziesz gdzieś z plecakiem, znajdziesz tu wszystko czego szukasz.


Ważne: Strona wykorzystuje pliki cookies. Więcej szczegółów w naszej Polityce Cookies.

brak nowości na liście.

Bangladesz - Co warto

Miasta. (dodaj swoje informacje)

Przyroda. Rejs statkiem Khulna–Dhaka (lub odwrotnie). Najlepsza, wręcz obowiązkowa dla każdego odwiedzającego Bangladesz. Statek płynie cały dzień i jest to najlepsza okazja by podziwiać majestatyczne pejzaże tego „wodnego kraju”, zachwycać się Gangesem i pozazdrościć Anglikom, którzy mogli płynąć tym rejsem i sączyć dżin z tonikiem (bo nie ma ani dżinu - choć jak się bardzo postarać, to można dostać w Dhace i Chittagongu różne miejscowe „whisky” – ani toniku, chyba, że zaopatrzycie się w Kalkucie).

Można przeciąć sobie tę podróż w Barisalu i pozwiedzać okolice, ale przede wszystkim warto wysiąść w Mongli i stamtąd ruszyć na penetrację Sundarbands.

Sundarbands: dżungla na wodzie, najbardziej niezwykły park narodowy subkontynentu (2/3 w Bangladeszu, 1/3 w Indiach). Las prawie w połowie zatopiony w wodzie, pełen kanałów, przejść, wąskich „uliczek”, w innych miejscach zamieniający się w gąszcz chaszczy, krzaków i szuwarów. Miejsca, gdzie żyją słynne Tygrysy Bengalskie - główna atrakcja turystyczna, choć – a może na szczęście – już tylko wirtualna.

 

Zwiedzanie. Wycieczka po rzece Tongli, koło Dhaki. Doskonały pomysł na jednodniowy wypad z tego pandemoinicznego miasta wprost do zielonych przedmieść. Wycieczka, co ważne w tutejszych warunkach, prosta do zorganizowania (trzeba podjechać do Tongi Bridge i tam znaleźć przystań 50-osobowych łódek – tolarów), a przy tym bardzo przyjemna. Płynie się po okolicznych kanałach, można porobić dobre zdjęcia wielkich, drewnianych konstrukcji – machin z sieciami do połowy ryb (tzw. Chinese Fishing Nets), obsługujących je rybaków, małych osad nad setkami kanałów, czy też po prostu leniwej, majestatycznej WODY – głównego żywiołu tego kraju.

Chrześcijańskie zabytki. Chociaż budynków w stylu kościoła św. Jerzego w Kalkucie, czy kościoła św. Franciszka Ksawerego w Starym Goa tu nie odnajdziecie (ani nawet porównywalnych), to dla samego faktu, że w tym kraju, będących jak żaden inny „na końcu świata”, pozostało coś po dawnych misjach, warto to zwiedzić. Chociażby portugalski kompleks kościelno-klasztorny w dzielnicy Chottagongu: Paterghatta, tchnący romantyzmem czasów pierwszych misjonarzy i poszukiwaniem straconego czasu.

Ale z wszystkich pozostałości chrześcijańskich największe wrażenie robi ormiański kościół w Dhace, ongiś część całej dzielnicy. Pamiątka Ormian – narodu kupców tragicznie doświadczonego przez los, który emigrując ze swojego Hajastanu, ruszył w najodleglejsze miejsca na świecie – i tam osiągnął sukces (Ormianie byli najbogatszą mniejszością w Bengalu w XVIII w.!). Dziś, gdy wszyscy, po 1947 r., bojąc się radykalizmu, wyjechali (z całej dzielnicy zostało pięciu Ormian, wszyscy pracują w Rosyjskiej Ambasadzie...), ogrodzone, szczelnie zamknięte mury tego kościoła i zaklęte w kamień chaczkary skłaniają do zadumy nad przemijaniem i smutnymi dziejami najstarszego chrześcijańskiego państwa świata.

Pozostałości Radżu. Bengal Wschodni zawsze był prowincją, tą gorszą częścią stolicznego za czasów Brytyjskich Indii Bengalu. Ugruntowało się to po Curzonowskim podziale regionu na dwie części, Bengal Wschodni dla urzędników kolonialnych był niczym zesłanie. Stąd też trudno się dziwić, że nie tylko nie znajdziemy tu nic porównywalnego z Victoria Memorial, czy Victoria Terminus, ale nawet z prowincjonalnymi Indiami. Co nie znaczy, że nic nie ma – najciekawszy pałac znajduje się w Sonorgaon i jest obecnie Muzeum Sztuki Ludowej. Jego zapuszczenie i odlatujące tynki mają w sobie coś z poszukiwania na zawsze utraconego romantyzmu Perły w Koronie.

Najpiękniejszy budynek z czasów Imperium Brytyjskiego – i bodajże najwspanialszy pałac w całym Bangladeszu – znajduje się zaraz koło Sadarghatu w Dhace. Jest to Ahsan Manzil, dzieło życia największego obszarnika i możnowładcy Bengalu - Abdula Ghazniego. Tu widać, że miał gest. W czysto angielskim stylu.

Parlament w Dhace. A teraz coś z zupełnie innej beczki: to miejsce najlepiej zobaczyć na koniec pobytu w Bangladeszu. Jak już będzie się miało dość tej biedy, nędzy i beznadziei. Wtedy warto pojechać, by zobaczyć Zgromadzenie Narodowe. I oniemieć. Ujrzycie jeden ze sztandarowych pomników modernistycznej architektury, pozycję obowiązkową wśród najważniejszych nowoczesnych budynków świata. Dzieło sławnego Amerykanina Lousia Kahna na długo pozostanie w pamięci, głownie poprzez istny surrealizm jakim jest postawienie w takim kraju takiego budynku. Jest to wielka konstrukcja składająca się z nakładających się na siebie budynków w kształcie figur geometrycznych – i z wyciętymi w ścianach kwadratami, kołami i trójkątami. Całość, szczególnie w nocy, wrażenie robi iście nadrealne.

 

Kultura. Wycieczka łodzią z przystani Sadarghat w Dhace. Jeżeli ktoś przed przyjściem w to miejsce miałby jeszcze wątpliwości przed nazywaniem Bangaldeszu „wodnym światem”, to tu znikną one ostatecznie. Gdyby mieć tylko jedną rzecz do zrobienia w Dhace, jedno miejsce do zobaczenia – niech to będzie Sadarghat. Gwarancja zobaczenie czegoś fascynującego, czegoś, czego się jeszcze nigdy w życiu nie widziało jest pewna. Tam opadnie wam szczęka. I to nisko. Sadarghat to przystań nad główną rzeką Dhaki – Buriganga - służy to jako swoista „zajezdnia wodna”, stąd odpływają łódki służące miejscowym za autobusy czy taksówki – we wszystkich kierunkach.

Rzeka Buriganda przecina dwie części Dhaki – niby są na niej dwa mosty, ale przejechanie przez nie przy tutejszym ruchu jest prawdziwą męczarnią. Stąd też najprościej przepłynąć łódką. A że mnóstwo ludzi – a tu jest naprawdę dużo ludzi –  musi, to transport wodny, jako najszybszy, staje się najważniejszy, najefektywniejszy – i najlepszy. A przez to niesamowicie barwny. Trudno oddać słowami widok Sadarghatu: czy nazwać to zakorkowaną od łódek rzeką, czy ludzkim mrowiem na wodzie – tak czy siak będzie mało.

Tysiące, setki tysięcy małych, kilkuosobowych łódek, obsługiwanych przez jednego wioślarza–sternika, podpływają do brzegu, odpływają, zderzają się ze sobą, szukając miejsca niczym auta na parkingu, wśród setek zaparkowanych łódek i kolejnych podpływających, by potem wypłynąć na środek rzeki – i odetchnąć na chwilę od tłoku, tylko na chwilę, bo zaraz przybiją do kolejnego. Same łódki i płynięcie nimi to jedno – inne to okolice tej przystani, ciągnące się na kilka kilometrów w każdą stronę osady rybaków, z domami, przystaniami, warsztatami, suszącym się praniem i latającą dzieciarnią. A wszystko to niczym wyjęte z obrazów Gierymskiego. Tylko ciekawsze.

Riksze w Dhace. Riksze w Dhace to osobna historia, jedna z głównych atrakcji
turystycznych tego kraju. Jest to dosłownie „miasto riksz” (a przynajmniej jego stara część), chyba nigdzie indziej na świecie nie ma ich tyle, a na pewno nie ma tyle riksz rowerowych (autoriksz i znanych z Kalkuty riksz „ludzkich” nie ma). Tylko w Dhace możecie odczuć taki miejscowy ewenement jak rikszowy korek, czy zobaczyć ulicę po której suną wyłącznie te pojazdy. Do tego riksze są bardzo barwne, gdyż każdy właściciel maluje swój pojazd, ozdabiając go swymi ulubionymi bohaterami, scenami z filmu, postaciami z życia politycznego, czy też obrazkami z rodzinnej wioski. Jednym słowem, cały osobny świat, rządzący się swoimi, brutalnymi, prawami (vide: „Chasing rickshaws” Wheelera), ale dla przybysza niezwykle barwny.

 

Jedzenie. (dodaj swoje informacje)

Sport i nurkowanie. (dodaj swoje informacje)

Trekking. (dodaj swoje informacje)

Freak show. (dodaj swoje informacje)

Adventure. (dodaj swoje informacje)

Plaże i wyspy. (dodaj swoje informacje)

Kluby i imprezy. (dodaj swoje informacje)

Odpoczynek. (dodaj swoje informacje)

Zakupy. (dodaj swoje informacje)

Komu się spodoba. Można by przewrotnie rzecz, że Bangladesz to raj dla backpackerów: prawdziwa terra incognita, jedno z ostatnich miejsc na ziemi nieskażonych turystyką, zapomnianych i omijanych przez innych – bo niby po co tam jechać? Kraj, w którym „nic nie ma” i do którego „nikt normalny nie jeździ”. Czyż można lepiej zareklamować?!

Właśnie o to chodzi – spodoba się tym, którzy chcą odkryć coś nowego, zobaczyć całkiem inny świat – choć na pierwszy rzut oka trochę podobny do Indii, to jednak zupełnie odmienny. Kraj dla odważnych podróżników, nie bojących się wyzwań, kraj ciągłej niewygody, syfu, potwornego żaru i duchoty, nieustającego tłumu, przez którego apatię i tępotę trudno się przebić.

Kraj nieludzki, strasznie doświadczony przez naturę i los, wyrzucony na „koniec świata” – i może przez to fascynujący? Wreszcie: kraj niezwykle męczący i dający niewiele (no, może z wyjątkiem przyrody) w zamian. Poza jednym: satysfakcją, że dało się radę w trudnym miejscu, że zobaczyło się coś innego, przeżyło coś niezwykłego, było tam, gdzie inni nie docierają. A o to przecież chodzi, czyż nie? 

Przewodnicy

Znasz dobrze Bangladesz?

Uzupełnij jego opis:
dołącz do Przewodników.

 

Autor

Michał Lubina - doktorant na Wydziale Studiów Międzynarodowych i Politycznych UJ, zapalony podróżnik i zadeklarowany backpacker - z plecakiem zjeździł pół Azji, subkontynent indyjski wspomina najmilej. Autor przewodnika "Litwa, Łotwa, Estonia. Bałtycki łańcuch" (wyd. Bezdroża 2006), a także części praktycznej przewodnika "Rosja 2007" (wyd. Pascal). Na co dzien. przewodnik, współpracuje m.in. z Klubem Laurazja (www.laurazja.pl).

Obejrzyj zdjęcia z Bangladeszu.

Dodaj swoje informacje o tym kraju

Aby dodać swoją opinię, zaloguj się korzystając z poniższego formularza. Jeśli nie masz jeszcze konta, zarejestruj się.

TypoScript object not found (lib.small_login)