Kraina kangurów, eukaliptusów, spalonej słońcem czerwonej ziemi, ale także oszałamiającej swoim bogactwem przyrody, cudownych plaż a nawet… śniegu. Kraj „down under”, gdzie swoje miejsce pod słońcem, i to jakim, znaleźli emigranci z całego świata.
To prawdziwy tygiel kulturowy, gdzie mieszanka ras i narodowości stworzyła społeczeństwo tak różnorodne jak tamtejsza przyroda, choć stało się to kosztem rdzennych mieszkańców kontynentu, Aborygenów.
Gdy leci się samolotem nad Australią, wrażenie jest niesamowite. W dole nie ma w zasadzie nic – czerwona ziemia, gdzieniegdzie przecięta nitkami dróg. Wydaje się, że to prawie niezamieszkany ląd. Po części jest to prawda, bo zdecydowana większość mieszkańców żyje wzdłuż wybrzeży. Nad oceanem znajdują się też największe miasta – Sydney i Melbourne. (Iza Pigłowska)
Bezpieczny, przyjazny i wyluzowany, ale dość drogi kierunek.
Komu się spodoba: Plażowiczom, łowcom przygód, nurkom, rodzicom podróżującym z małymi dziećmi. Raczej nie spodoba się miłośnikom muzeów i pięknej historycznej architektury, bo tego w Australii jest dużo mniej niż w Europie. (Magda Biskup)








