Koniec Świata powie Ci dokąd warto pojechać i jak to zrobić tanio. Co więcej, powiedzą Ci o tym ludzie, którzy znają dany kraj na wylot, bo mieszkają w nim lub byli w nim wielokrotnie. Dowiesz się co zobaczyć, co zjeść, na co się szczepić, obejrzyjsz zdjęcia i posłuchasz muzyki. Jeśli jedziesz gdzieś z plecakiem, znajdziesz tu wszystko czego szukasz.


Ważne: Strona wykorzystuje pliki cookies. Więcej szczegółów w naszej Polityce Cookies.

brak nowości na liście.

Boliwia - Ludzie i kultura

Etykieta i zwyczaje. Boliwijczycy, jak wszyscy Latynosi, uwielbiają fiesty, czyli wszelkiego rodzaju święta zarówno o charakterze religijnym, jak i politycznym. Jest to okazji to hucznej zabawy suto zakrapianej alkoholem, dlatego też święta katolickie mogą tu wyglądać zgoła inaczej niż w Polsce. (Sz)

W licznych barach piwo pije się zwykle kupując litrową butelkę, z której rozlewa się piwo na małe szklanki. W każdym barze możecie poprosić o kości - Boliwijczycy znają dziesiątki gier (na pewno z chęcią cię nauczą).

Chicha (czyt. czicza). Tradycyjny napój alkoholowy robiony z gotowanej i sfermentowanej kukurydzy białej lub czerwonej. Możecie nim zostać poczęstowani na uroczystościach takich jak Wszystkich Świętych czy też po prostu na weekendowych zabawach w małych miasteczkach. Wypicie czichy z tubylcami zawsze zjednuje ich sympatię, jednak ryzykujecie wtedy zatruciem pokarmowym.

Chichę pije się w małych miseczkach, których zawartość należy wypić do końca. Boliwijczycy często wylewają na ziemie kilka kropel na ofiarę dla Pachamamy - Matki Ziemi. Jeśli chichę pijecie w kręgu, wszyscy piją z tej samej miseczki i przed wypiciem należy także pozdrowić osobę, której kolejka przypada po was.

El Tinku - taneczno-krwawa jurysdykcja społeczności lokalnej. El Tinku to taniec-walka, który praktykują społeczności Laimes i Jukamanis w prowincji Chayanta, w departamencie Potosi. Obie społeczności żyją w dość wrogich stosunkach i każdy powód jest dobry, by rozpocząć el Tinku, np. lama, która przeszła z ziem jednego plemienia na terytorium drugiego.

El Tinku rozpoczyna się spotkaniem dwóch wrogich grup na wyznaczonym miejscu. W spotkaniu uczestniczą wszyscy mężczyźni zdolni do walki. Ubrani są w skórzane stroje, rękawiczki z jednym palcem oraz uzbrojeni w proce.

Pierwszym etapem walki jest próba dojścia do porozumienia przywódców Laimes i Jukamanis. Jeśli to się nie uda, ich pojedynek z użyciem proc. Po tym jak przywódca jednej ze stron wygra pojedynek, następuje kolejna próba porozumienia. Jeśli i ta się nie powiedzie, rozpoczyna się krwawa walka - zorganizowana, harmoniczna i w rytm muzyki.

Po zakończonej bitwie, obie społeczności świętują przy cziczy i muzyce oraz wyznaczają nowe granice swej ziemi. Nikt nie opłakuje poległych, gdyż są oni ofiarą dla Pachamamy, dzięki której w następnym roku można się spodziewać lepszych plonów.

El Tinku jest praktykowane do dnia dzisiejszego. Mogą go obserwować tylko członkowie danych społeczności i osoby zaufane. Jest to rytuał dozwolony przez prawo, a policja interweniuje tylko wtedy, kiedy używa się w walce broni palnej.

Justicia communitaria. To rozwiązywanie problemów społeczności bez udziału władz państwowych czy lokalnych. Praktykowana jest w małych miejscowościach, gdzie to starszyzna społeczności decyduje, jak ukarać np. złodzieja. Jej wyrok jest prawomocny, a kary wykonuje się np. przez spalenie lub ukamienowanie. Słyszeliśmy o przypadku pary studentów z Poznania, która została poddana ukamienowaniu za robienie zdjęć w jednej z boliwijskich wiosek, której mieszkańcy wierzyli, że zrobienie zdjęcia zabiera im duszę. Jedna osoba z pary przeżyła.

Koka. Liście koki są nieodłączną częścią kultury boliwijskiej. Boliwijczycy wierzą, że zostały im dane przez bogów po to, aby łatwiej było im przetrwać trudy niewolniczej pracy, do jakiej zatrudnili ich kolonizatorzy. Dla Indian to roślina święta, której żucie powoduje nie odczuwanie głodu, bólu i zmęczenia. Dla Białych miała, według legendy, okazać się przeklęta. I tak się poniekąd stało, rozważając masową produkcję i spożycie kokainy.

Małe zielone listki w kształcie migdałów spożywa się wkładając ich garść do policzka i przeżuwając. Taka masę można pozostawić w ustach nawet dwie godziny. Kontrolowana uprawa koki w Boliwii jest legalna, każda rodzina może mieć swoje poletko, legalna jest także jej sprzedaż i wyrób artykułów spożywczych takich jak herbata, czy mąka z koki. (P-B)

-Boliwijczycy są nieprawdopodobnie roztańczeni. Każdy umie dobrze tańczyć. Dzieci od przedszkola uczą się tańców narodowych, na koniec każdego semestru mają egzaminy z tańca! Często podczas fiest tańczy się na ulicy (zawsze wygląda to profesjonalnie, a często tańczą ad hoc!).

-Boliwijczycy nigdy nie mówią ¨nie wiem¨, jest to uważane za niegrzeczne. Jak nie wiedzą, to kłamią. Dlatego jak pytamy np: o drogę, to najlepiej kilku osób.

-Na powitanie dwa całusy (nie trzy jak w Polsce). Grzecznościowo po ¨Buen(os) dia(s)¨ pada ¨¿Como esta?¨ ¨Jak się masz¨ - ale nikt nie oczekuje odpowiedzi.

-Za normalne i poprawne jest przyjęte wycieranie nosa w rękaw (koniecznie jednak nad łokciem)...

-Zasadą jest fiestować. Każdą okazje i jak najdłużej. Najlepiej przy tradycyjnej muzyce boliwijskiej i chichy.

- Świętością dla Boliwijczyków jest koka. W Andach i Altiplano pije się mate de coca, czyli herbatkę z koki, która ma właściwości niwelujące objawy choroby wysokościowej, pozwala łatwiej funkcjonować na dużej wysokości. Kokę również żuje się. Osoby pracujące w polu, przy zwierzętach, w kopalniach żują liście koki. Często mają w buzi pod policzkiem niezłą porcję przeżutych liści. Uważają, że to daje im siłę i niweluje głód.

- Gdy pije się alkohol, zawsze strąca się pierwsze krople na podłogę – dla Pachamany (w wierzeniach indiańskich to Matka Ziemia – bezdyskusyjne pierwsze krople należą się tylko jej)

- Boliwijczycy zdrabniają prawie wszystko. Nie tylko przymiotniki i rzeczowniki, ale też przysłówki...

Np. solito –  słoneczko, cafesito – kawusia, chiquitito gatiti –  malusieńki koteczek, hermanita Teresita- siostrzyczka Tereska, mensajito – sosik, dosito – zdrobnienie od liczebnika dwa. Najfajniejsze jednak jest zdrabnianie słowa ¨ahora¨. ¨Ahora¨oznacza ¨teraz¨ - czyli w praktyce za jakieś dwie godziny;) ¨Ahorita¨ - ¨terazniutko¨ – to będzie za jakąś godzinę, natomiast ¨ahoritita¨- terazniusienko – mniej więcej za kwadrans.

- W Boliwii na ślub i fiesty nie ubiera się zegarka. Szczęśliwi czasu nie liczą. Mieć zegarek jest niegrzecznie. Jak już, to w torebce.

- Cholity i ludzie żyjący jeszcze indiańskimi tradycjami nie lubią bardzo, jak się ich fotografuje. Odwracają się, a nawet przeklinają i plują, jeśli zrobi się im zdjęcie (wiąże się to z wierzeniami Indian, ze, jeśli zrobi się komuś zdjęcie, zabiera się mu cześć duszy...).

- Ciekawym zwyczajem są msze święte za zmarłych. Zawsze stoi przy ołtarzu duża fotografia zmarłego. Potem rodzina zmarłego częstuje wszystkich salteñas (nadziewane mięsem pierogi) i alkoholem lub api i bonuelas (rodzaj pączków z dziurką). W małych pueblach indiańskich przed mszą za zmarłych przygotowuje się potrawy, które oni najbardziej lubili jeść. Podczas mszy stoją one przy ołtarzu, dusze karmią się nimi. Po mszy wszyscy, którzy brali udział w modlitwie mają prawo te potrawy jeść, jako dziękczynienie (zmarli w ten sposób dziękują im za modlitwę).

- Rytuały pogrzebowe są zgoła odmienne od naszych. Bardzo często odbywają się nocą. Orszak pogrzebowy jest ubrany na czarno, ale muzyka jest huczna i głośna. Boliwijczycy wierzą, że dusza do 12 w południe ma czas odejść ze świata. Do tej pory czuwają przy zmarłym. (MM)  

 

Mieszkańcy. Boliwijczycy to bardzo zamknięta grupa społeczna. Trudno nawiązać z nimi kontakt. Jest to łatwiejsze, gdy zna się hiszpański, ale czasem i to nie wystarcza, bo szczególnie mieszkańcy gór posługują się wyłącznie ajmara. Bardziej otwarci i towarzyscy są mieszkańcy selwy i pampy. Turyście, który w dość szybkim tempie przemierza Boliwię, trudno o zażyłe znajomości. (Sz)

Boliwijczycy słyną ze swojej narodowej dumy i kultywowania tradycji przed-kolonialnych. Uważają, że ich kraj jest sercem Ameryki Południowej, a w ich pamięci nadal żyją wspomnienia wojen takich jak Wojna o Pacyfik (1879-1884), w rezultacie której Boliwia straciła dostęp do morza na rzecz Chile, czy Wojny o Chaco (1932-1935), która doprowadziła do utraty większej części regionu Gran Chaco na rzecz Paragwaju.

Jednym z bardzo wyraźnych obecnie w Boliwii trendów społecznych jest powrót do tradycji. Na ulicach bardzo często widuje się cholity, czyli Boliwijki, ubrane w tradycyjne stroje, których wygląd zależy od regionu. Coraz powszechniejsze w miastach stają się języki quechua i aymara.

Boliwijczycy uwielbiają świętować i wykorzystują do tego każdą okazję. Ulice małych miasteczek w soboty często zapełniają się paradą rozbawionego, ubranego świątecznie tłumu.

Społeczeństwo boliwijskie do tej pory jest silnie podzielone na Indian, którzy stanowią większość niższej i biedniejszej klasy oraz Kreoli, potomków Europejczyków, którzy są bogatszą częścią społeczeństwa, zamieszkującą miasta.

W Boliwii bardzo silna jest kultura macho, co między innymi objawia się tym, że mężczyźni są bardzo zazdrośni. Tańczenie z dziewczyną, która przyszła z chłopakiem może się okazać złym pomysłem. Poproszenie dziewczyny do tańca lub zaproszenie na drinka i usłyszenie „przepraszam, ale mam starszego brata, który będzie zazdrosny” też nie powinna dziwić…

Mimo że bardzo wielu młodych (i nie tylko) ludzi pije rum z colą na ulicach słuchając głośnej muzyki z samochodów - jest to zabronione. Jeżeli już to robisz, tak jak inni schowaj za siebie butelkę, kiedy przejeżdża policja. (P-B)

Kraj jest etnicznie bardzo bogaty. W Boliwii mieszają się grupy etniczne pochodzące od czterech plemion indiańskich: Aymara (region jeziora Titicaca), Quechua (Cochabamba, Altiplano), Chiquitos (Redukcje Jezuickie, północny zachód) i Guarani (zachodnia cześć).

Mają one odrębne tradycje, tańce i muzykę, różnią się też pewnymi elementami stroju (np: Cholity Quechua mają białe kapelusze, a Aymara czarne, wysokie; Ciquitos mają zupełnie inne stroje, lekkie, białe z kolorowymi haftowanymi wstawkami lub tasiemkami). Oprócz tego w Beni i Yungas mieszka dużo ludzi czarnych. Są to potomkowie niewolników, których Hiszpanie sprowadzili z Afryki do pracy w kopalniach w regionie Potosi. 

Generalnie zasada jest taka: w tropikach ludzie są bardzo otwarci i przyjaźni, często nie mają prawie nic, ale wszystkim, co mają chętnie by się podzielili. Ci, co borykają się z zimnem, są natomiast zdystansowani i raczej chłodni (co nie znaczy, że wrodzy; po prostu trudno rozwinąć z nimi dłuższa konwersacje).

Boliwijczycy nie lubią Amerykanów. Wobec innych raczej są ciepli, choć to wszystko zależy od konkretnego człowieka. Niektórzy są bardzo ciekawi i wiele dopytują o kraj, z którego się pochodzi i jego kulturę. (MM)

 

Przydatne języki. Językiem urzędowym w Boliwii jest hiszpański. Znajomość jeżyków obcych jest tu rzadka i często ogranicza się to kilku słów po angielsku. Udając się na tereny mniej zamieszkałe, górskie czy też do małych miejscowości, należy liczyć się z tym, że nikt nie będzie mówił nawet po hiszpańsku, tylko w quechua lub aymara, w zależności od części Boliwii, w której się znajdziecie. Są to dialekty wprowadzone na teren Boliwii w czasie Imperium Inków. Po wejściu w życie nowej konstytucji, quechua stanie się drugim, po hiszpańskim językiem urzędowym. (P-B)

Quechua i Aymara

Po angielsku można dogadać się w większych miastach. W Boliwii czasem można też trafić na osobę, która pracowała w USA, również będzie znała angielski. (MM)

 

Święta. 6 sierpnia – Boliwijski Dzień Niepodległości. Wielka fiesta w całym kraju, a szczególnie w Copacabanie. Alkohol leje się strumieniami, towarzyszy temu muzyka, tańce i fajerwerki. (Sz)

Dzień Wszystkich Świętych. Boliwijska tradycja nakazuje, aby w domu, w którym nie dłużej niż rok temu ktoś zmarł, ustawiono zdjęcie zmarłego nad stołem, na który przygotowuje się wszelkie ulubione potrawy zmarłego. Stół rozbiera się 2 listopada w południe.

Wierzy się, że w czasie Zaduszek zmarły powraca do swoich bliskich na 24 godziny. Pokarmy są dla niego, by pokrzepił się po długiej drodze na Ziemię. Stół przystrojony jest także różnokolorowymi kwiatami, symbolem tego, że zmarły nie sprawił nam swych odejściem bólu, ale radość, że przeszedł do świata Bożego.

W dniu odpowiadającym Zaduszkom wyjmowano mumie zmarłych z grobów i obnoszono po wsi. Kościół katolicki zakazał tej praktyki, wiec ludność zastąpiła mumie wypiekami w kształcie ciała zmarłego.

Wigilia.
Spędzenie Świąt Bożego Narodzenia w Boliwii to bardzo ciekawe doświadczenie, choćby z tego powodu, że panuje 30-stopniowy upał, a na ulicach zamiast choinek są oświetlone palmy. Uroczystości skupiają się w dniu 24 grudnia, kiedy to o północy otwiera się szampana, wznosi toast, a potem zasiada do kolacji. Na stole króluje indyk, chochlo (biała kukurydza) z serem oraz wino. Po zjedzeniu odpakowuje się prezenty i okadza kadzidłem figurkę Jezusa. Temu wszystkiemu często towarzyszy latynoska muzyka z radia i butelki Coca-Coli na stołach. (P-B)

Najbardziej zabawne święto, to ... Dzień Morza - 23 marca. Boliwia ma nawet flotę. Na Dzień Morza są defilady na ulicach, dzieci maszerują przebrane za marynarzy, z małymi okręcikami. Dużo orkiestr i przemówień politycznych, oczywiście rzucających paskudne światło na Chilijczyków.

Boże Narodzenie – w Wigilie kolację je się o północy, koniecznie kurczak i koniecznie api. Podarunki. Msza Święta w Wigilie jest podobnie uroczysta jak nasza Pasterka, ale jest wcześniej, koło godziny 20. Na mszy specjalne tańce dla rodzącego się Jezusa. Ludzie przychodzą do kościoła z koszyczkami. Nie, nie święcą prowiantu, choć koszyczki wyglądają identycznie jak nasze wielkosobotnie. W koszyczkach Boliwijczycy przynoszą małe figurki Jezusa, które potem umieszczą w domowym żłobku (niektórzy pod serwetką przemycają też tarota, alkohol dla Pachamamy i inne gusła - Pachamama też musi przecież swój hołd otrzymać). Księża (to znaczy tylko ci zagraniczni, bo boliwijscy doskonale to rozumieją) często zaglądają pod serwetki zweryfikować zawartość.

Sylwester –  dużo fajerwerków, bardzo dużo. Czeka się do północy, o północy je się dwanaście winogron w rytm uderzeń zegara i wypowiada się życzenia. Pierwsze życzenie z każdym winogronem – na każdy miesiąc roczku. Przed Sylwestrem na ulicach jest pełno straganów, na których kupuje się... majtki. Boliwijczycy wierzą, że jeśli noc sylwestrową spędzi się w żółtych majtkach, kolejny rok będzie dostatni. Jeśli w czerwonych – będzie sie miało szczęście w miłości.

Karnawał – bardzo huczny. Przez cały okres karnawału najlepiej nie wychodzić na miasto bez peleryny przeciwdeszczowej. Panuje tu coś takiego jak w Polsce w Śmigus-Dyngus. Woda leje się ze wszech stron. Najpopularniejsze są ciężarówki, z których leją wiadrami, karabiny na wodę i ¨globos¨ - czyli rzucanie w ludzi balonikami napełnionymi wodą. Leją i kobiety i mężczyzn. Gringos otrzymują zwielokrotnioną dawkę wody. W karnawale bardzo dużo się tańczy, głównie na ulicy. Idzie orkiestra, a za nią zespól taneczny. Ludzie potrafią tak tańczyć po 6-8 godzin. Czasem w bardzo ciężkich kostiumach.
Największa impreza jest w ostatnie dni karnawału w Oruro. W Boliwii jest wtedy wolne, przez trzy dni. Z całego kraju do Oruro przybywają tancerze. W sobotę tańczą przez całe miasto, pielgrzymując do Matki Bożej Socavon (to patronka tancerzy). Boliwijskich tańców jest całe mnóstwo, kolory oszałamiają.
http://www.carnavaldeoruroacfo.com/ - tu można sporo poczytać o tańcach, pooglądać kostiumy.

Wielki Piątek – niby jest kulminacją postu, ale nie zapominajmy, że po boliwijsku Wiele Dróg Krzyżowych ulicami miasta, aktorzy odgrywają Mękę Pańską. Przepiękne, poruszające wydarzenie. Podczas liturgii piątkowej w kościele specjalne zespoły tańczą pod Krzyżem Świętym. Ale uwaga - Pan Jezus umarł, więc nic nie widzi. Z tego powodu można się objeść i upić. W Wielki Piątek Boliwijczycy spożywają dwanaście dań, można nawet kupić je pod kościołami. Poza tym, jak Pan Jezus nie widzi, to... można kraść. W Wielki Piątek policja odnotowuje najwięcej kradzieży. Ludzie nawet kradną samochody sprzed domów, wszystko, co się da. Uważają, że w tym dniu nie jest to grzech.
W Wielką Sobotę nie świeci się pokarmów. Chodzi ¨zajączek¨ i przynosi dzieciom prezenty. W kościołach procesja rezurekcyjna jest wieczorem.
 
Wielkanoc – obfite śniadanie wielkanocne.

12 kwietnia –  Dzień Dziecka, daje się dzieciom prezenty, bezpłatny wstęp do parków miejskich i bezpłatny transport miejski dla dzieci.

Noc 23/24 czerwca – fiesta San Juan (Noc Świętojańska) – bardzo huczna. Pali się ogniska, tańczy się przy ogniu. Fajerwerki, petardy przez całą noc. Nie zostawia się prania na zewnątrz, bo osiada na nim smog, który później ciężko usunąć. Tradycją jest, że je się w tym dniu hot dogi oraz bonuelos (pączki z dziurką) i api.

Święto Boliwii – 6 sierpnia – pamiątka proklamacji niepodległości. Już dwa tygodnie przed świętem ulice wypełniają się straganami z gadżetami w kolorach flagi Boliwii (czerwony, żółty i zielony). W dzień święta są parady na ulicach oraz tańce. 

Virgen de Urkupiña – 15 sierpnia – święto Matki Bożej. Ludzie pielgrzymują do Sanktuarium w Quillacollo, tam jest msza Święta i tradycyjne tańce. Jest to święto folkloru. Przybywa około 10 000 tancerzy. Można spróbować wszystkich potraw boliwijskich. Oczywiście nie brak chichy. Jest to balanga, z której prawie żaden Boliwijczyk nie wychodzi trzeźwy. 

Dzień Ojca – 19 maja (w dzień San Jose, czyli Św. Jozefa)

Dzień Matki – 27 maja (MM)

 

Jedzenie. Jedzenie zupełnie europejskie, nie przeżyjemy tu żadnego zaskoczenia kulinarnego, no może z wyjątkiem wspominanej już wcześniej pieczonej świnki morskiej. Poza tym pełna gama warzyw jak: pomidory, ziemniaki, ogórki, fasola, papryka oraz pieczony drób. Rozsmakować się można jedynie w różnych odmianach ziemniaków oraz (na nizinie) w tropikalnych owocach (polecamy małe, krótkie banany). W La Paz warto wybrać się na targowisko, gdzie serwują wyśmienite sałatki owocowe, polane miodem i posypane orzechami. (Sz)

Śniadanie. Typowa rodzina boliwijska zaczyna dzień od śniadania składającego się z chleba, masła, dulce de leche (karmel do smarowania chleba) lub quesillo (ser krowi). Na miejskim targu dostaniecie kawę lub herbatę api (gesty, cynamonowy napój z kukurydzy) oraz pastel, czyli ciastko pieczone w głębokim tłuszczu z białym serem w środku.

Przekąski.
Salteña - ciastko pikantne, zapiekane, w kształcie pieroga, wypełnione ziemniakami i warzywami.
Empañada - ciastko pieczone, nadziewane żółtym serem lub pikantnym farszem.
Salchipapa - talerzyk frytek ze smażona parówką.
Humintas - ryżowo-rybne lub serowe nadzienie owinięte w liście kukurydzy, zapiekane.

Owoce: można je znaleźć w Boliwii prawie na każdym rogu. W postaci kawałków, sałatek owocowych z jogurtem, galaretką i lodami lub vitaminicos, czyli zmiksowanych owoców z mlekiem lub jogurtem.

Obiad.
Obiad podaje się zwykle o 13.00, kiedy to wszystkie urzędy i instytucje zaczynają dwugodzinną przerwę, przeznaczoną właśnie na rodzinny posiłek, a na miejskim targu trudno znaleźć wolne miejsce, aby coś zjeść. Obiad składa się najczęściej z dwóch dań.

Zupy: z orzeszków ziemnych (sopa de mani), z soczewicy (sopa de lentejas), rosół z makaronem (sopa de fideos). Do wielu zup dodawane są chunios, czyli suszone ziemniaki.

Drugie danie: bardzo popularny jest kurczak we wszelakich postaciach (pollo) podawany najczęściej z ryżem i ziemniakami na raz, silpancho (ryż, frytki, kawałek smażonego mięsa, jajko sadzone).

Nie można wyjechać z Boliwii nie spróbowawszy tripas (tradycyjne danie, gotowane i smażone flaki) oraz antiquchos (kolejne danie tradycyjne, smażone na grillu serca wołowe podawane z ziemniakami), lapping (stek wieprzowy podawany z chochlo -  południowoamerykańską białą kukurydzą i bobem) oraz pique (talerz frytek ze smażonym mięsem i parówkami, cebula, papryka, gotowane na twardo jajko).

Specyficzności kulinarne.
Quirquiña - zioło nazywane jest boliwijskim estragonem. Ma silny, bardzo specyficzny smak. Można jej spróbować na każdym targu w sałatce z pomidorów, cebuli i białego sera.

Quinoa - rośnie prawie wyłącznie na terenie Boliwii i Peru. Duża część upraw zlokalizowana jest na południu Boliwii, zwanym Altiplano. Charakteryzuje się bardzo dużą zawartością składników odżywczych, jak białko czy aminokwasy. Smakuje podobnie do kaszy gryczanej.

Chicha (czyt. czicza) - to o tym napoju krążą legendy. Tradycyjnie robiony z manioku, który był przeżuwany przez kobiety i pozostawiony do fermentacji na kilka dni. Obecnie robi się go z kukurydzy białej lub czerwonej, pod wpływem fermentacji napój nabiera alkoholu. Pije się go najczęściej na wsiach lub w specjalnych lokalach zwanych „chicheriami”. Z chichą należy bardzo uważać, gdyż warunki jej robienia nie są higieniczne i można ciężko odchorować jej spróbowanie. (P-B)

Boliwijczycy uwielbiają mięso. Nie mają kultury jedzenia warzyw.

W Boliwii kurczaka nie uważają za mięso. W barach wegetariańskich co prawda nie podają go, ale jeśli na wycieczce zaznaczy się, że chce się jedzenie wegetariańskie, kurczak to norma.
 
Jeśli kupuje się salteas (takie pierogi z ciasta), są trzy rodzaje nadzienia: con carne (z mięsem), con pollo (z kurczakiem), con queso (z serem)

Do wielu rzeczy używa się kamieni – np: do bicia milanesy (kotletów), do ¨mielenia¨ pieprzu, również do ścierania zrogowaciałego naskórka z pięt i łokci.

Api – coś podobnego do kisielu, troszkę rzadsze, z kukurydzy. Może być białe lub moreno (czerwone) albo pomieszane. Kolor zależy od gatunku kukurydzy.
Singani – wódka z winogron – jak kto lubi. Popularna marka to Casa Real, lepsze jest Thiuanaco, ale droższe.
Chicha – alkohol z kukurydzy; dawniej przygotowywano to przeżuwając i wypluwając nasionka kukurydzy, w ten sposób rozpoczynał się proces fermentacji. Teraz Bóg jeden wie, jak to robią.
Garapiña –  napój z chichy, cynamonu, kokosa i owoców, smakuje jak tania podróbka szampana. Podaje się to w dzbanku a pije z jednej czarki z połówki kokosa, którą biesiadnicy podają sobie z ręki do ręki.
Charke – mielone mięso, smażone
Camote – słodki ziemniak, ciekawy smak
Chuños – ziemniaki suszone i mrożone. Dla nich przysmak.
Choclo – biała kukurydza o dużych ziarnach. Pyszne. Często sprzedają z białym serkiem, quesillo, też bardzo smacznym (coś między mozarella a oscypkiem)
Empanada – okrągły pieróg, w środku ser lub mięso lub ser z cebula i czosnkiem
Milanesa – coś jak nasze kotlety
Locoto – bardzo ostra papryka. Czasem tak samo mówią na llajuha, czyli bardzo pikantny sos z tej papryki. Boliwijczycy używają mało przypraw i dodają do wszystkiego bardzo dużo tego sosu. Podobno jest to zdrowe – zabija bakterie i ameby.

Licuado – Pyszne koktajle z owoców. Mogą być z wodą, z mlekiem lub jogurtem.
Quinoa – coś między kaszą i ryżem. Pyszne, zdrowe, drogie. Zawiera dużo białka i witamin. Rośnie jedynie na Altiplano. Smaczna jest również zupa z Quinoa, smakuje trochę jak krupnik.
Pique Macho – oni to bardzo lubią, jest to mięso, kiełbasa, ryż, parówki, jajko, warzywa... wszystko poukładane w stosik, najlepiej jeszcze polane sosem z locoto. Na europejskie żołądki trochę jest to „trudna” potrawa, wyzwanie zjeść te mieszankę. Niektórzy gringos jedzą to warstwami.
Tuna – owoc kaktusa (gruszka kaktusowa)
Maracuya i tumbo –  odmiany passion fruit
Surubi – pyszna ryba, smakuje trochę jak kurczak (ryby w tropikach są przepyszne, świeże, prosto z rzek)
Owoce tropikalne – warto popróbować: chirimoya, kinoto, kaki, pakaj...
Yuca – pyszne w każdej postaci (pieczone, smażone, gotowane, nadziewane); lepsze od ziemniaków i ryżu. (MM)

 

Religia. 80% Boliwijczyków jest katolikami, 19% protestantami, 1% praktykuje inne wyznania. Kościół znajdziemy prawie w każdym małym miasteczku. Obok, lub też w mieszance z religiami katolickimi, w Boliwii stale funkcjonują wyznania pogańskie. Wszechobecna jest bogini ziemi Pachamama, której składane są ofiary z zarodków lam oraz liści koki, zwane ch’alla. Prawie nikt nie wypije kieliszka alkoholu lub chichy bez wylania kilku kropel na ziemię dla Pachamamy. W każdy pierwszy piątek miesiąca przed domami, sklepami i restauracjami tlą się węgle na jej cześć… (P-B)

Święta katolickie są znacznie huczniej obchodzone niż w Polsce i często suto zakrapiane alkoholem. Ciekawą, poniekąd religijną uroczystością jest święcenie samochodów pod katedrą w Copacabanie. Nowi właściciele i ich goście obficie oblewają je szampanem, piwem lub innym alkoholem. (Sz)

O religii w Boliwii można by napisać całą książkę. Większość osób deklaruje katolicyzm, jednak jest to katolicyzm w zdecydowanie boliwijskiej wersji. Czyli doktryna Kościoła wyczyszczona z nakazów, które nie są zbyt poręczne, a za to wzbogaconą o elementy wierzeń indiańskich.

Wiara w Trójcę Przenajświętsza funkcjonuje równolegle z wiarą w Trójce Andyjska, czyli Księżyc, Słońce i Ziemię (Pachamamę).

Pachamame wszyscy traktują poważnie- dzielą się z nią każdym kieliszkiem alkoholu, strącając na podłogę kilka pierwszych kropli, składając jej ofiary z krwi zwierząt i spalając w okolicach San Juan (nocy Świętojańskiej) płodów lam na wzgórzach (obrzęd zwany Koati). Boliwijczycy wierzą, że Pachamama może ich wykarmić i uzdrowić ze wszystkich chorób. Jednocześnie twierdzą, że Pachamama modli się do Pana Boga i Pan Bóg jej błogosławi – przecież Sam ją stworzył.

Zjawisk związanych z synkretyzmem religijnym jest całe mnóstwo. Są kopalnie, do których wchodzi się przez kościół (np: Socavon w Oruro), a na końcu pierwszego korytarza kopalni jest Tio, coś jak nasz Gustlik, czyli wujek wszystkich górników. Składa mu się ofiary z koki, papierosów i alkoholu.

Funkcjonują tu bruchy (czarownice), tarot, wróżenie z koki i fusów. W małych pueblach leczeniem zajmują się szamani i curanderos. Na każdym targowisku można kupić zioła do czarów i różne dziwne części zwierząt do tajemniczych obrzędów. Można kupić gotowe zestawy malutkich gipsowych płytek wraz z roślinami i alkoholem, których ofiarowanie Pachamamie przyniesie domostwu odpowiednie rzeczy (każda płytka to inne dobrodziejstwo, np: zdrowie, bogactwo, mądrość etc.).

Popularna praktyką jest picie na umór. Okazuje się, że ma ono podłoże religijne. Człowiek pijany oddaje swoją tożsamość bóstwu (w dawnych wierzeniach Indian Quechua – Wirakoczy). Składa z siebie ofiarę, bo nie panuje nad swoją wolą i zmysłami.

Boliwijczycy wierzą w duchy gór (apu) i duchy domów. Uznają też moc amuletów. Np: często można zobaczyć na dachach domów rogi byka lub nawet cała czaszkę. To ma zapewnić szczęście. Indianie żyjący w tropikach wierzą, że amuletem miłości są niektóre gatunki motyli (należy ofiarować je wybrance, a na pewno zakocha się).

Co do katolickich wartości, które są w Boliwii zawieszone w próżni - ciężko mówić tu o jakiejkolwiek wierności małżeńskiej i trwałości rodziny. Kobiety mają 10-12 dzieci, z trzema - pięcioma mężami. Mężowie często porzucają rodziny, odchodzą do młodszych kobiet. Pary żyją bez ślubu. U Indian był zwyczaj, że para żyła ze sobą kilka lat, rodziły się dzieci – dopiero na koniec brano ślub. Może jest to po części geneza opłakanej sytuacji wielu dzieci.

Boliwijczycy słyną  też z tego, że są kłamczuchami. „Mentira”, czyli kłamstwo – to bardzo popularne słowo i bardzo popularny wymiar rzeczywistości. (MM)

 

Co warto przywieźć na pamiątkę. Zakupy najlepiej w La Paz, niedaleko Placu Św Franciszka na Mercado de Hechiceria (Targ Przedmiotów Magicznych), tam można wytargować dobre ceny i jest b. duży wybór ubrań, szali, hamaków, chust i innych rzeczy głównie z tkanin, ale też płyty CD z rewelacyjną muzyką, figurki, zioła, liście koki.

Warto przywieźć trochę soli z Salar de Uyuni i wulkaniczne czerwone skały z pogranicza boliwijsko–chilijskiego. (Sz)

Boliwia to kraj o bardzo dużym odsetku ludności indiańskiej. Dlatego też bardzo popularne są wyroby rękodzieła naśladujące wzornictwo indiańskie lub wręcz pochodzącego z czasów inkaskich antyki. W zależności od funduszy oraz dostępności wolnego miejsca w bagażu, polecamy: ponczo (charakterystyczne dla całego regionu andyjskiego), chullo (kolorowa czapka nachodząca na uszy), charango (tradycyjny boliwijski instrument, wyglądem przypomina małą gitarę), wyroby z wełny lamy, bombie londonese (charakterystyczny melonik noszony przez kobiety w La Paz).

Prawie w każdym mieście jest targ, gdzie można kupić pamiątki. W miejscach często odwiedzanych przez turystów ceny są odpowiednio wyższe. Zachęcamy do wizyty w Cochabambie i odwiedzenia La Cancha, czyli, jak mówią miejscowi, największego targu w Ameryce Południowej. Na La Cancha jest kilka miejsc, w których można kupić tradycyjną odzież, instrumenty i wyroby rzemieślnicze. Choć trudno się odnaleźć pośród tysięcy straganów, sprzedawców soków i trąbiących samochodów, wyprawa na la Cancha jest zawsze przygodą, a ceny nie zawyżone do poziomu turystycznego. (P-B)

Świetne miejsce na zakupy to cancha w Cochabambie – ogromne targowisko. Ponoć najtańsze miejsce na zakupy w całym kraju. Można kupić tanio przepiękne artesañas, swetry, poncha, rzeczy ze skóry, wszystko...

Swetry, poncha, czapki, rękawiczki, skarpetki z alpaki – na prawdę warto. Tanie, bardzo oryginalne i niezłej, jakości.

Aguayo (może służyć za kapę na łóżko lub obrus), hamak, torebka skórzana, kapelusz, biżuteria, portfel, instrumenty muzyczne (np. typowe boliwijske charango albo lluvia seca) – sprawia wiele radości przyjaciołom.

Tanio można kupić artesañas również w Copacabanie.

Ciekawą pamiątką będą rzeźby i drzeworyty z regionu Concepcion (słynne aniołki).Przepiękne są arrasy na ścianę z wzorami indiańskimi oraz tradycyjne obrazki malowane farbami akrylowymi na czarnym aksamicie (arrasy są raczej duże, a obrazki można znaleźć w rozmaitych rozmiarach).

Świeczniki, solniczki, cukierniczki, talerzyki, kubki z typowym wzorem z siedzącymi bokiem cholitami.

Jeśli ktoś ma więcej funduszy i miejsca w bagażu – można sobie przywieźć jakiś typowy strój (suknie z regionu Tarija są przepiękne).

Dobrym prezentem będzie butelka boliwijskiego wina. Nie jest ono tak pyszne, jak chilijskie – ale nie do kupienia w Polsce. Najlepsze wina pochodzą z regionu Tarija i Concepcion.

Inne ciekawe pamiątki to płyty z muzyką boliwijska, herbata z marchewki, ananasa lub pomarańczy (z koki radzę nie ryzykować, szczególnie, jeśli jedziemy przez USA). Bardzo niedrogie są buty skórzane (za bardzo eleganckie czułenka zapłacicie mniej, niż 60 zł).

Picante – do doprawienia potraw.

Rzecz, którą można kupić lub sobie zrobić samemu, to czarka z kokosa. Może posłużyć do picia koktajli lub jako naczynko np: na biżuterię. Można pozbierać trochę nasion i samemu zrobić z nich ciekawą biżuterię (dużo można podpatrzeć – ale zawsze można też zdać sie na własną kreatywność).  (MM)

Autor

Anna i Marcin Szymczakowie - Wspinali się w Ałtaju, górach Elburs, Alpach Japońskich, Himalajach i Pamirze. W boliwijskich Andach zdobyli sześciotysięcznik, a w Tien-Szanie przemierzyli pieszo jeden z dłuższych lodowców górskich. Zmierzyli się z Jedwabnym Szlakiem w Zachodnich Chinach, Uzbekistanie i Iranie. Autorzy albumów: „Boliwia – Tybet Ameryki” oraz „Japonia – od tropików Okinawy po zabytki Kioto”. Prowadzą serwis www.fotografiapodroznicza.pl.

Michał Braun i Aneta Popiel - zwiedzają świat, poznając ludzi, pracując, uczestnicząc w konferencjach i szkoleniach. Michał pracował w więzieniu w Boliwii i z dziećmi w Indiach, uczył się pracować z młodzieżą w Stanach, Kanadzie i na Węgrzech. Aneta opiekowała się młodymi bezdomnymi w Boliwii, uczestniczyła w szkoleniach z pracy z młodzieżą w Austrii, Macedonii i Słowacji oraz koordynowała liczne projekty młodzieżowe w Polsce. Obradowała na Harwardzkich symulacjach obrad ONZ w Meksyku.

Magda Moll - Podróżniczka, psycholożka, autorka tekstów literackich. Zafascynowana miejscami, w których jeszcze nie była i ludźmi, których jeszcze nie zrozumiała. Dziesięć miesięcy mieszkała w Boliwii, pracując z dziećmi w Domu Dziecka w Cochabambie.

Dodaj swoje informacje o tym kraju

Aby dodać swoją opinię, zaloguj się korzystając z poniższego formularza. Jeśli nie masz jeszcze konta, zarejestruj się.

TypoScript object not found (lib.small_login)