Koniec Świata powie Ci dokąd warto pojechać i jak to zrobić tanio. Co więcej, powiedzą Ci o tym ludzie, którzy znają dany kraj na wylot, bo mieszkają w nim lub byli w nim wielokrotnie. Dowiesz się co zobaczyć, co zjeść, na co się szczepić, obejrzyjsz zdjęcia i posłuchasz muzyki. Jeśli jedziesz gdzieś z plecakiem, znajdziesz tu wszystko czego szukasz.


Ważne: Strona wykorzystuje pliki cookies. Więcej szczegółów w naszej Polityce Cookies.

brak nowości na liście.

USA - Ludzie i kultura

Etykieta i zwyczaje. No rules  - nakładasz co chcesz, fryzura jaka chcesz. Po prostu masz nie przeszkadzać innym i nie zakłócać spokoju. Generalnie jak w Europie, ale z większym luzem. W USA jest np. większa „demokracja kuchni” – w jednej knajpie spotkają się i biały kołnierzyk, i landscaper (osoba od koszenia trawy) – ceny dla obydwu (obydwojga) są dostępne.

W USA nie żartuje się na temat terroryzmu, nie pyta o zarobki (konkretne sumy) i może to zabrzmi paradoksalnie, ale o politykę (Amerykanie nie wymieniają wówczas nazwisk lubianych/nielubianych polityków).

Nie  przywiązuje się większej wagi do stroju – ludzie chodzą więc po sklepach w piżamach czy z zakręconymi lokami (ale buty i koszulka zawsze muszą być nałożone. Czasem przed wejściem do sklepu są napisy „no shoes, no t-shirt – no service”. Kiedyś wszedłem na bosaka, żeby sprawdzić jak to wygląda w praktyce  - wypatrzyli mnie na kamerze i wyproszono mnie ze sklepu).

Na drogach Amerykanie zazwyczaj ustępują sobie miejsca (poza wielkimi miastami). Szanuje się policjanta – jeżeli ktoś ma problem, np. na drodze, może być pewien, że mu policjanci doleją benzyny, aby mógł dojechać do najbliższej stacji, zmienią koło (dla kobiet), eskortują do najbliższego garażu naprawczego czy hotelu.

Jeśli jesteś stałym mieszkańcem jakiejś okolicy (masz to wpisane w swoim prawie jazdy) i płacisz tam podatki (policja lokalna jest w znacznej części utrzymywana z lokalnych podatków), a  jesteś pijany w trzy dupy ale nie szalejesz, eskortują cię do twojego garażu przy domu…

Nie można pod żadnym pozorem pić alkoholu w miejscach publicznych (posiadanie nawet pustej butelki po alkoholu w aucie oznacza, że piłeś). Z butelek opakowanych w papierowe torby pije się tylko w biednych dzielnicach. Jak to działa - aby policja mogła sprawdzić co pijesz, musi mieć nakaz rewizji - wszak zawartość torby jest prywatną własnością. Jeżeli policja zechce, żebyś dmuchał w balonik, możesz odmówić - powietrze w płucach jest TWOJĄ WŁASNOŚCIĄ. Każą wtedy przejść prosto po linii. Ale jeżeli policjant się wścieknie, znajdzie coś innego, żeby cię udupić.

Warto pamiętać, że gdy kupujesz alkohol, sprzedawca zazwyczaj pyta cię o I.D. (dokument identyfikujący, zazwyczaj prawo jazdy, bo to tam główny dokument. Jeśli dokument jest po angielsku, ale nie jest ważny, np. legitymacja ISIC, alkoholu nie kupisz – „twój wiek jest nieważny, bo dokument jest nieważny”). Mogą też pytać o d.o.b.(data urodzin).

W zwykłych sklepach można kupić alkohol tylko do 20%, po mocniejsze trunki trzeba iść do liquer store (w Wyoming nawet piwo sprzedaje się w liquer store, nie dotyczy to jednak turystycznych miejsc jak Jackson’s Hole). Bary są otwarte najdłużej do drugiej w nocy, zazwyczaj zamykane są o pierwszej. (AD)

 

Mieszkańcy. Człowiek w Stanach czuje się dobrze, zrelaksowany i wyluzowany, wszystko jest „no problem”, wszystko da się załatwić. Amerykanie są zawsze albo prawie zawsze uśmiechnięci – zupełnie nieznani sobie ludzie potrafią gadać ze sobą jakby się znali kopę lat, człowiek czuje się tu przyjemnie i swobodnie. Czasem ma się dość sztucznych i przyklejonych uśmiechów, a wszechobecne „hello, how are you?” (kiedy pytającego guzik obchodzi, jak się mam) powoduje, że człowieka mdli.

USA to „melting pot” – wymieszany dzban. Wszystkie rasy, wszystkie nacje, wszystkie religie, wszystkie poglądy.

To co uchodzi za OK. np. w Los Angeles, nie uchodzi w Cheyenne, Wyoming. Ba, w obrębie jednego stanu ludzie się bardzo różnią – np. w moim Ohio północ była przemysłowa, zurbanizowana, ”nowoczesna”, „czarna” i demokratyczna. Południe było rolnicze, farmerskie, prorepublikańskie, gorąco wierzyło w swego boga i uważało, że z ich ciężkiej pracy utrzymywane są „czarnuchy”…

Każdy stan ma swoja autonomię, swoją politykę, swoje przepisy i co można w jednym, tego nie można w drugim stanie.

Generalnie Amerykanie są przyjaźni, ale niezbyt ciekawi świata (chyba że w ramach ciekawostki albo wśród jakiejś elity, która chce się pokazać. „Byłem w Europie” ma brzmieć jak „mam mnóstwo kasy i stać mnie na fanaberie typu wycieczka do Paryża czy Rzymu”. Emeryci („baby boomers”) tez jeżdżą po świecie (czyli Karaiby i Europa), bo mają na to pieniądze („o tym marzyliśmy ciężko pracując cale życie”).

Amerykanie są też uczynni (w większych miastach interesownie, w mniejszych „mniej” interesownie, a w małych w ogóle bezinteresownie) i pomocni, ale dopóki masz białą skórę i słyszą twój obcy akcent.

Wszyscy zaś hołdują dolarowi i kultowi zakupów, bez względu czy są bogaci czy nie, czy stać ich na to czy nie. Jedni kupują więc drożyznę w mallach, biedniejsi masę tandety w „dollar store”. Biedniejsi zawsze aspirują do „wyższych sfer” i kupują rzeczy na które ich nie stać (skutecznie napędza to reklama).”Nie stać mnie?” – to nic – „Jutro mnie będzie stać i spłacę długi”- bardzo charakterystyczna jest ta wiara, że mi się uda, że ja jutro też będę bogaty. Mit „od pucybuta do milionera jest bardzo żywy”, ale w rzeczywistości coraz rzadszy. 

USA to naprawdę dziwny dla nas kraj… Kraj pełen nieszkodliwych idiotów, pozytywnych szaleńców, jednostek wyalienowanych, idealistów przekraczających daleko normy wyznawanej idei, ludzi bez korzeni... Często jednak tych niegroźnych trudno jest odróżnić od „serious wackos” czy wrecz „psychos” – prawdziwych psycholi, których również tam pełno - czy to z realnymi problemami psychicznymi, czy też tymi stworzonymi przez system wielbiący tylko dolara. Albo np. tych, których armia obiecująca dobry żołd/naukowe stypendia, przetrawiła przez Wietnam, Liban, Somalię, Afganistan, Irak... Zalecam naprawdę dużą ostrożność w kontaktach z „wyluzowanymi”.

Osobiście najdziwniejszy freak show na jakim byłem to spotkanie ludzi tropiących Wielką Stopę, Sasquatcha. Dziesiątki ludzi – starych i młodych, wpatrujących się w niewyraźne zdjęcia powiększone przez multimedialny rzutnik na starym ekranie w community centre, bardzo żywe dyskusje, tort z Sasuquatchem (jeden z uczestników ma urodziny i zasponsorował ten deser), serwowanie piwa Sasquatch z browaru Bukeyee, Ohio... (AD)

 

Przydatne języki. Angielski, na południu hiszpański. (AD)

Święta. Największe święta to Memorial Day – ostatni weekend maja, 4 lipca – Dzień Niepodległości, pierwszy weekend wrzesnia - Labor Day, Święto Dziękczynienia („Turkey Day – dzień indyka). Boże Narodzenie trwa jeden dzień, Wielkanoc też.

Amerykańskie święta to zazwyczaj okazja do zakupów i wyprzedaży, wydaje się że tylko po to te święta istnieją. W każde święto ludzie zawsze mówią ”Happy…” (np. Happy Martin Luther King Day” czy „Happy Election Day).

Aha, wszelkie wybory w USA odbywają się we wtorki – w niedziele każdy odpoczywa lub leczy kaca i frekwencja byłaby niska).

W USA przykazanie „dzień święty święć” nie obowiązuje (przynajmniej w większych ośrodkach i w ogólnokrajowych firmach) i z wyjątkiem Utah praktycznie wszystko jest otwarte 7 dni w tygodniu (w niedziele do 18 czyli 6 p.m.). W oficjalne święta nieczynne są tylko instytucje publiczne i banki, reszta ma wówczas zdwojoną pracę (wyprzedaże  i „okazja do zakupów”). (AD)

 

Jedzenie. Na pierwszy rzut oka USA nie ma nic do zaoferowania w kwestii jedzenia – króluje fast food, tani, byle jaki zapychacz. Lepszym odpowiednikiem fast fooda jest chiński fast food – w tej samej cenie, ale bardziej wartościowy chow main, lo main czy wonton soup.

Jest też wspomniany już China Buffet, „homemade restaurants” i restauracje przy mikrobrowarach. Ale USA, jak przystało na „melting pot”, ma do zaoferowania kuchnię z każdego regionu świata (ale po nie trzeba się udać do większych miast).

Jedzenie ze sklepów jest uzależnione od jakości tych sklepów – można zjeść kanapkę z Wall Mart ze sztucznym serem, sztuczną szynką i genetycznym pomidorem za 4 USD i można zjeść pyszną kanapkę z tych samych składników, ale naturalnych z lepszego sklepu („Wild Oats” czy „Albertsons”).

Ogólnie rzecz biorąc nie opłaca się gotowanie na własną rękę – kupno składników, nawet najtańszych, wyniesie tyle samo, jeśli nie więcej, niż kupno gotowego jedzenia.

USA w podróży nie jest rajem dla smakoszy, chyba że wiesz gdzie jechać i to jest twoim głównym celem. W każdym bądź razie jedzenie jest tanie i na ilość tego jedzenia NIGDY narzekać nie można – w USA największą obrazą, najgorszą opinią, jaką można restauracji wystawić to że szkodują tam jedzenia.

UWAGA – śniadania z fast foodów nawet dla twardzieli nie nadają się do jedzenia więcej niż raz. Po pięciu latach w USA pomyliłem z wyglądu ser z jajecznicą – oba były w płynie. Lepiej iść do „homemade restaurant” (zwane tez są jako „hommie”), zapłacić dwa dolary   więcej i najeść się omletem (polecam „Denver Omlet – omlet z papryką, dość pikantny, co zabija smak jajek w płynie) czy pancake’ów (rodzaj naleśnika) i być nasyconym na trzy czwarte dnia. (AD)

 

Religia. Ludzie mają hopla na punkcie religii, ale amerykańska religia jest specyficzna – mało dogmatów, kościół to miejsce rozrywki, nic podczas kazań nie mówi się o grzechu czy potępieniu – Bóg i tak nas kocha, bez względu na to jacy jesteśmy. Nie do pomyślenia jest, aby kościół mógł być nieogrzany czy nie byłoby w nim łazienki. Jeśli kościół mu nie pasuje, wierny wybiera inny. Pastor/kapłan/nauczyciel traci wówczas dochód, a słaby dochód to znak, że bóg go nie popiera…

Króluje protestancki Bóg, bóg co pozwala, ba, każe się bogacić, co każe pracować ponad miarę, dbać o rodzinę i gromadzić ziemskie bogactwa. Bóg ten zapewne jest mężczyzną, pewnie ma brzuszek, ale jest wyprostowany i wygląda zdrowo. Na pewno kosi trawę i pozdrawia wszystkich „How are you today” (i w amerykańskim niebie mówi tak samo). A już na pewno w amerykańskim niebie powiewa flaga w paski i gwiazdy.

”Manifest destiny” o amerykańskiej predestynacji jest dla Amerykanów credo. Ten Bóg jest taki jak jego kapłani (unikać należy słowa „ksiądz”) – mobilny, kreatywny, doglądający swojej trzódki, znający ją z imienia. Jeśli kapłan (lepiej „nauczyciel”) się bogaci, to znak przychylności bożej – do takiego kapłana trzeba iść.

Czasem msza zakrawa na show – publicznie wygania się demony, leczy się opętanie. Wszystko to leci na bieżąco w telewizji, wszak wierny mógł być dziś niedysponowany – ciężko pracował cały tydzień i ma prawo być zmęczony. Ale niech nie cierpi wyrzutów sumienia - wszystko widzi na ekranie, bóg i tak go kocha, a wpłaty na ofiarę może dokonać za pomocą swojej karty lub wysyłając czek na adres widniejący na kopercie, którą dostaje co tydzień lub co miesiąc.

Amerykańską relikwia oprócz flagi jest konstytucja – to nie jak w Europie urzędniczy dokument, ale ŚWIĘTOŚĆ. (AD)

 

Co warto przywieźć na pamiątkę. Obecnie najlepszą pamiątką to zakupy WSZYSTKIEGO co można zabrać ze sobą (a jeśli się nie da, trzeba znaleźć polonijne biuro, oni tanio wysyłają do Polski absolutnie wszystko) – ceny są czasem powalające (na plus). Wszak amerykańska zasada biznesowa to „sprzedaj jak najwięcej”.

Jeśli chodzi o pamiątki sensu stricto, to te w stylu indiańskim polecam w następujących miejscach (chodzi mi o rzeczy dobrej jakości, a nie tandetę robioną w Indiach czy Chinach):
- rzeczy w stylu „Pacific Northwest” („alaskańskie”) – w rezerwacie S’Klallam na drodze nr 101, 30-40 mil na południe od Port Townsend w Washington State (nie da się przegapić, Indianie tam bardzo dbają o wygląd swojego rezerwatu).

- rzeczy w „american southwest style” – w Gallup w New Mexico (dziesiątki galerii, zazwyczaj opanowanych przez Arabów) albo wzdłuż Interstate 40 na odcinku pomiędzy Petified Forest National Park a granicą z New Mexico. (AD)

Autor

Adam Dęby - lat 33, z wykształcenia historyk, z pasji włóczykij. Obecnie obywatel stolicy disco-polo (Białystok). 7 lat w USA (6 lat pracował w bibliotece, skazany wręcz na książki, przewodniki i filmy). Kocha podróże bez większego celu, góry oraz dobre piwo. Zjeździł całe Stany.

Piotrek - Od sześciu lat mieszka w USA. Jednym z jego ulubionych sposobów spędzania wolnego czasu jest zwiedzanie nowych terenów, głównie parków narodowych.

Obejrzyj zdjęcia z USA.

Dodaj swoje informacje o tym kraju

Aby dodać swoją opinię, zaloguj się korzystając z poniższego formularza. Jeśli nie masz jeszcze konta, zarejestruj się.

TypoScript object not found (lib.small_login)