Koniec Świata powie Ci dokąd warto pojechać i jak to zrobić tanio. Co więcej, powiedzą Ci o tym ludzie, którzy znają dany kraj na wylot, bo mieszkają w nim lub byli w nim wielokrotnie. Dowiesz się co zobaczyć, co zjeść, na co się szczepić, obejrzyjsz zdjęcia i posłuchasz muzyki. Jeśli jedziesz gdzieś z plecakiem, znajdziesz tu wszystko czego szukasz.


Ważne: Strona wykorzystuje pliki cookies. Więcej szczegółów w naszej Polityce Cookies.

brak nowości na liście.

Etiopia - Czego nie warto

Mimo że LP zachwala cukiernie, nie warto – nie umywają się do polskich.

Finfine Adarash Restaurant – w stolicy, na Yohannis Street. Podobno najlepsza restauracja w kraju. Na pewno najdroższa, a injerę jadłem lepszą wszędzie.

Shashemene – potworne rozczarowanie. Brudne, zatęchłe miasteczko przemytników, dealerów i handlarzy bronią (leży na przecięciu głównych tras tranzytowych), w mojej ocenie najciemniejsze miejsce w całym kraju. W Shashemene jest kolonia Rastafarian, która też wiele nie wnosi (nie da się oszukać, że to Jamajka, a sami rasta nieszczególnie lubią turystów), czyli kilka chat, muzeum reggae i tysiąc osób z dreadami i wielkimi jointami (są tu legalne). Shashemene i tak nie da się ominąć, jeśli jedziesz na południe, ale warto po prostu przez nie przejechać, nie zatrzymując się.

Szerokim łukiem omijać też należy Wondogenet, przedstawiany przez Lonely Planet jako raj na ziemi. Jeden smutny mały wodospad, przetrzebiony las i kilka małp wysoko na drzewach. Dojazd tam jest dość czasochłonny, nie wart zachodu.

Spokojnie można ominąć Gonder, choć znajduje się na popularnej Historical Route. Oprócz chwilowego uniesienia z mieszkania wśród średniowiecznych murów niewiele tam na nas czeka. Trochę ruin nie robiących specjalnego wrażenia. (TM)

Nie zgadzam się, że nie warto jechać do Gonderu – to pięknie położone miasto, zresztą punkt przestankowy na historycznym szlaku i ciekawa lekcja etiopskiej historii. Ale rozumiem, że to subiektywne odczucia. (JR)

Dla mnie odwiedziny w wiosce Mursich to był taki tani folklor, cepelia, wkładanie płytek w wargi i strojenie się w piórka i koraliki pod publiczkę. Zdecydowanie ciekawiej byłoby przedostać się w głąb parku narodowego Mago, do dalej położonych wiosek Mursich. Ludy południa nauczyły się już, jak postępować z białymi gośćmi (wyreżyserowane ceremonie i obrzędy, zachowania i strojenie się, trochę jak w cyrku) i nie trudno dostrzec w tym sztuczność. Jest to męczące. Tak czy inaczej, chyba warto to jednak zobaczyć. (JR)

Jilmo - brązowy owoc sprzedawany tylko w Hararze, który smakuje jak czekolada i straszliwie śmierdzi. Rozbija się go o ziemię, ciskając z całej siły. Zapachu nie można potem zmyć długo. (TM)

Autorzy

Tomek Michniewicz - backpacker, dziennikarz, autor programu podróżniczego "Trójka Przekracza Granice". Przeciwnik kapeluszy a’la Indiana Jones i festiwalu w Opolu, miłośnik stanu na granicy wyczerpania. Redaktor naczelny serwisu KoniecŚwiata.net.

Joanna Radomyska - z wykształcenia etiopistka; ciekawość świata i zamiłowanie do podróży odziedziczyła po rodzicach. Ceni sobie etiopską otwartość, francuską kuchnię (i wino), szwedzkie podejście do natury, litewską gościnność, holenderskie zamiłowanie do rowerów, bałkańską muzykę, brytyjskie poczucie humoru...

Dodaj swoje informacje o tym kraju

Aby dodać swoją opinię, zaloguj się korzystając z poniższego formularza. Jeśli nie masz jeszcze konta, zarejestruj się.

TypoScript object not found (lib.small_login)